Witam wszystkie forumowiczki,
swoją historię chciałabym opowiedzieć Wam nie tylko po to by wyrzucić z siebie ból, który czuję, ale także by przestrzec Was byście nie popełniały podobnych błędów...
Mam 24 lata, a postąpiłam nierozważnie niczym 16 letnia siksa. Po 5 letnim związku, który zakończył się zdradą mężczyzny, którego kochałam najbardziej na świecie, straciłam wiarę w miłość i drugiego człowieka. Otrząśnięcie się z tego koszmaru i powrót do świata żywych przypłaciłam głęboką depresją i załamaniem nerwowym. Nie chciałam się z nikim wiązać, nie mogłam wręcz patrzeć na innych mężczyzn. Myślałam, że już na zawsze zostanę sama. Wtedy pojawił się on... Niczym pierwszym promień słońca po długiej, mroźnej zimie, który rozpalił płomyk nadzei w moim skostniałym sercu.
Poznaliśmy się przez internet. Wiem, że może nie jest to najlepsze miejsce na poszukiwanie miłości, ale wyszło jak wyszło. Wydawał się być idealny. Inteligentny, dojrzały, poważnie myślący o życiu, szalenie pociągający mnie, wartościowy, pracowity - marzenie. Spotykaliśmy się coraz częściej, robił wszystko bym nigdy nie była smutna, by uśmiech zawsze gościł na mojej twarzy. Czułam się wyjątkowo, byłam szczęśliwa. Myślałam, że w końcu los uśmiechnął się do mnie. Kina, kolacje, wspólne wyjazdy na weekend. Szybko poznałam jego znajomych, rodzinę. Zaczął składać deklaracje, mówił, że kocha. Ja też się zakochałam... a wtedy wszystko się popsuło. Stał się zaborczy, ciągle powtarzał, że nie chce mnie stracić. Kontrolował mnie, próbował odciąć od wszystkich znajomych. Powiedziałam, że to nie dla mnie. Nie chciałam znów trwać w jakimś chorym związku. Kiedy oznajmiłam jemu, że odchodzę... Zaczął się koszmar. On po prostu oszalał. Nigdy nie widziałam jego w takim stanie. Rozpacz przechodząca w napady szału. Wyzwał mnie od najgorszych, powiedział, że jestem nikim. Na odchodne stwierdził, że seks ze mną był najbardziej beznadziejnym w jego życiu... Stwierdziłam więc, że dobrze się stało i z człowiekiem chorym nie będę. Później próbował kajać się i przepraszać, ale oczywiście po takiej sytuacji nie rozważałam nawet możliwości powrotu. Jednak to nie koniec...
Nie minął tydzień od naszego rozstania, gdy moja koleżanka poinformowała mnie, iż okazało się, że mężczyzna, z którym byłam od 4 lat jest w związku, a od roku zaręczony. Świat okazuje się być dużo mniejszy niż nam się wydaje. Dziewczyna, z którą był jest koleżanką jej znajomego. Okazało się, że brak profilu na facebooku nie był spowodowany niczym innym jak tym, iż ukrywał się pod dziwnym pseudonimem. I teraz pojawia się pytanie jak to możliwe, że człowiek ten tak długo prowadził podwójne życie? Jak to możliwe, że poznałam jego rodzeństwo, znajomych z pracy i nikt o tym nie wiedział!? Podczas, gdy wszyscy mieli w znajomych jego narzeczoną, która pisała o wakacjach ze "swoim misiem"... Ale skąd miałam wiedzieć, że to ona! Przecież nie sprawdzałam wszystkich znajomych jego znajomych. Ja nie wiem czy to świat staje na głowie czy to ja jestem w jakiejś ukrytej kamerze, programie "Mamy Cię" czy po prostu mam tak strasznego pecha w swoim życiu? Na początku chciałam od razu pojechać, zrobić im wszystkim awanturę, powiedzieć o tym tej dziewczynie i żeby ktoś wytłumaczył mi o co w tym wszystkim do jasnej cholery chodzi. Ale stwierdziłam, że w taki sposób poniżyłabym się tylko i pokazała, że zależało mi na kimś, kto był zwykłym... Mój rozum nie jest w stanie tego ogarnąć. Brzydzę się tym człowiekiem i tym, co zrobił, nienawidzę go. Nie mogę jednak powiedzieć, że mnie to nie boli... Czuję się upokorzona, potraktowana jak jakaś naiwna idiotka, a nawet gorzej... Napisałam jemu, że wiem o wszystkim i jest dla mnie nikim, że cieszę się, że dowiedziałam się kim był naprawdę i powinien się leczyć. Nie mogę sobie wybaczyć tego, że dałam się tak oszukać i zakpić z siebie. Pewnie świetnie bawili się ze swoimi kolegami, o których wiem, że notorycznie zdradzają swoje żony z poznanymi w internecie kobietami... Zastanawiam się dlaczego wtedy nie odeszłam, bo przecież kto przystaje... Ale wierzyłam, że jest inny. Spędzał ze mną tyle czasu... Nie wiedziałam jak to jest możliwe. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że niestety ja wtedy naprawdę jego pokochałam i gdyby nie rada mojej przyjaciółki, która widziała, że on próbuje mnie sobie całkowicie podporządkować, pewnie dalej trwałabym w tym związku i być może nigdy bym się nie dowiedziała. Nadal mnie męczy to jak to jest możliwe, że jego brat, szwagierka zachowywali się przy mnie normalnie... Że nikt ani nic nie dało mi odczuć, że coś jest na rzeczy. Nie mogę sobie z tym poradzić. Czuję odrazę do tego człowieka, ale boli mnie to, że znów zostałam zraniona, że znów okazałam się być jedynie tą drugą. Nie wiem co z tym wszystkim robić, jak ułożyć to sobie w głowie. Teraz nie zaufam chyba już naprawdę nikomu. W związku trzeba być cały czas czujnym i mieć oczy dookoła głowy, choć jak widać i to czasami nie wystarczy... Jestem załamana i kiedy myślę, że ode mnie jechał do niej lub odwrotnie... Robi mi się niedobrze. Dzisiaj załamałam się już całkowicie. A jeszcze dwa dni temu pisał, że mnie kocha i żebym wróciła. Kiedy napisałam dzisiaj, że wiem o wszystkim, żeby wynosił się najdalej jak się da, nic nawet nie odpisał. Cierpię strasznie kolejny raz i tym razem tracę już kompletnie wiarę we wszystko. Jak później komuś zaufać, jak kochać? Wczoraj myślałam, że umrę kiedy się o tym dowiedziałam. Na szczęście moja koleżanka, która mi o tym powiedziała i pokazała te profile, zadbała o to by nie zostawić mnie z tym samej i żebym impulsywnie nie zadziałała, bo chyba byłabym wczoraj gotowa zabić takiego... Nadal biję się z myślami czy nie powinnam czegoś z tym zrobić? Tylko co mi to da? Pewnie ośmieszę się przed wszystkimi, którzy o tym wiedzieli i myśleli sobie jaką to naiwną idiotką jestem... Proszę pomóżcie mi to sobie w głowie ułożyć. Nie radzę sobie. ![]()