Mam 23 lata i nigdy nie chciał mnie żaden facet. Nigdy w sensie - nigdy nic.
Nie. Nawet się nie całowałam - Naprawdę.
Pomiędzy jednym a drugim chlipnięciem we własny rękaw, nie przychodzi mi na myśl żadne konstruktywne uzasadnienie. Bo przecież jest ziarnko prawdy między przysłowiami - potwory, amatory, amory..- wiecie o co chodzi
Przecież pomiędzy adonisami zarezerwowanymi dla afrodyt, jest chyba mężczyzna wystarczająco głupi, głuchy i ślepy, by zainteresować się mną?..
Moje tropy i rozkminy :
Aspekt wizualny : całe swoje nastoletnie życie byłam gruba. Gruba w sensie gruba. Nie przy kości, puszysta, apetycznie krąglutka. 105 kg przy 175 cm. Taka gruba, o. Część z tego balastu udało mi się zgubić jakieś 2 lata temu. Jest 75 przy 176 cm. Czyli taka trochę mniejsza kulka.
Mimo to nigdy nie usłyszałam o sobie, że jestem brzydka. O ironio - opinie z jakimi się zetknęłam wskazywałyby na to, że jest całkiem nieźle. Piękna, ładna..sratatata. Ciężko ocenić mi się obiektywnie, ale przypuszczalnie nie jestem wybitnym straszydłem.
Aspekt psychologiczny : Depresja. Nie tylko z racji bezfacetowia, lecz jako przebytej (i miejmy nadzieje - odpukać! zakończonej) jednostki chorobowej, na którą cierpiałam od ok 16 -22 roku życia. Skutki niestety pozostały. Jestem nadmiernie wrażliwa, emocjonalna, cierpię na syndrom poszukiwaczki księcia, choć o ironio w mojej desperacji byłabym w stanie zakochać się w .. nodze stołowej, gdyby ta przejawiła jakieś zainteresowanie moją osobą. Poza tym jest paradoksalnie władczość i coś na kształt symulacji poczucia humoru, za którymi chowam to wszystko.
Wychodzę do ludzi, chociaż nie przepadam za imprezami, a szukanie tam związku wydaje mi się nieco abstrakcyjne. Staram się względnie dbać o siebie itp. itd. Nie szukam ideału, lecz faceta który zaimponuje mi osobowością i wiedzą. Co mogę jeszcze zrobić?
Co ze mną jest nie tak?