Hej,
Naście lat malzenstwa, 3 dzieci, kilka kochanek po drodze. Dzieci kocham ponad wszystko. Ale zony juz nie. Bylo wiele klótni, jedna juz wyprowadzka (wtedy jeszcze bylem wierny, nie chodzilo o kochanke). Byla wizyta u psychologa, po której prawie sie pozabijalismy -- natychmiast po wyjsciu, w samochodzie. Przez jakies 50% czasu jest fajnie, druga polowa to albo ciche dni albo draka. Dzieci sa swiadkami tego wszystkiego.
Zona jest uzalezniona ode mnie i swiata poza mna nie widzi. Przynajmniej przez te 50% czasu.
Od dwóch lat mam inna dziewczyne. Na poczatku wiadomo -- konska dawka dopaminy i adrenaliny, wiec nie podejmowalem zadnych decyzji. Dla dzieci wszystko. Minely jednak 2 lata i z panna uklada sie nadzwyczaj dobrze. Ale podwójne zycie meczy nas oboje i trzeba wybrac.
To ze jestem wulgaryzm i nie warto na mnie nawet splunac juz wiem, mozecie sobie oszczedzic.
Prosze o konstruktywne wypowiedzi osób, które sa po rozwodzie lub znaja podobne sytuacje z bliska.
Zostawic zone czy oszukiwac ja i dzieci do konca zycia?
Dziekuje.
P.S. Uprzedzam tez ewentualne teksty o praniu mi skarpetek i robieniu sniadan do pracy. Piore i gotuje sobie sam. Zona tez pracuje zawodowo i zatrudnia opiekunke full-time.