Mój 12-letni królik, wydaje dziś z siebie ostatnie tchnienia... Kompletnie nie umiem sobie z tym poradzić. Mimo że od paru miesięcy było wiadome, że jego stan zdrowia bezustannie się pogarsza, że moment jego odejścia zbliża się wielkimi krokami, że miałam czas by jakoś się na to nastawić - nie mogę znieść tego widoku; niegdyś żywego i energicznego sierściucha, z którego dziś nieodwracalnie uchodzi życie... Wyjęłam go z klatki, położyłam na swojej poduszce, i wydaje się być spokojniejszy, ale świadomość że nic więcej nie mogę dla niego zrobić, dobija mnie... Nie sądziłam, że tak to wydarzenie przeżyję, zresztą nie tylko ja... Wszyscy domownicy ronią łzy, włącznie z psem, który odkąd tylko trafił do naszego domu, przypominał że królikowi brakuje wody czy jedzenia, a dziś obsesyjnie próbował zachęcić go do zabawy, gdy ten już nie mógł samodzielnie wstać...
Wiele osób uważa, że reakcje osób kochających zwierzęta, są w takich sytuacjach grubo przesadzone. Zdawałoby się, że to w końcu tylko zwierzę, jak zdechnie, to zawsze można kupić nowe... W moim odczuciu to prawowity członek rodziny. Najwierniejszy, najlojalniejszy przyjaciel, którego śmierć porusza i zmusza do refleksji, tak samo jak śmierć bliskiej nam osoby (a w wielu przypadkach nawet bardziej...). Nie da się go zastąpić, podobnie jak nie da się zastąpić rodzeństwa. A wy jakiego zdania jesteście? Jak radziliście sobie ze stratą waszych młodszych braci? Chowaliście w ogródkach, czy decydowaliście się na utylizację? Co sądzicie o cmentarzach dla zwierząt? Jak tłumaczyliście swoim pociechom odejście ich pupila?