Za kilka dni skończę 25 lat i tak mnie wzięło na refleksję.
Jestem zupełnie sama. Nie mam przyjaciół. Chyba nigdy tak naprawdę nie miałam. Nie mam chłopaka (nigdy nie miałam). Nigdy żadnego nie trzymałam za rękę, nigdy żaden mnie nie pocałował. Seksu też nie uprawiałam.
Studiowałam, a właściwie nadal to robię (tak się życie ułożyło po prostu, że mi to dłużej schodzi
). Znajomych (głównie znajome, bo babskie kierunki) mam. Ale to tylko znajomi. Widzimy się na zajęciach, razem robimy projekty. Nie raz proponowałam, abyśmy gdzieś poszli razem, ale każdy z tych znajomych ma swoje grupy, z którymi spędza czas, z którymi zna się kilka lat. A nowej osobie ciężko do jakiejś wejść. A jedna bliższa mi koleżanka mieszka na drugim końcu Polski.
Marzę o wakacjach z grupką znajomych (nigdy na takich nie byłam), nigdy nie spędzałam wakacji z rówieśnikami. Marzę o młodocianych szaleństwach. Bo kiedy jak nie teraz? Samemu nie jest tak fajnie...
Musiałam na wakacje wrócić do domu, do rodzinnego miasta. Nie mam tu kompletnie nikogo. Żadnej koleżanki, ani kolegi. Nie mam z kim iść na spacer, nie mam z kim iść do kina, nie mam właściwie z kim pogadać. Nawet jeśli zostałabym w mieście, gdzie studiuję, to też nie miałabym się z kim spotykać. Co z tego, że na spacer mogę pójść sama? Co z tego, że nie boję się iść sama do kina? Ile można robić wszystko samemu?
Każdy nowy etap edukacji, nowe miejsce, nowe miasto, nowo podjęta aktywność = nowa nadzieja. Ale na ile mi jej jeszcze wystarczy?
Nie jestem brzydka, nie jestem głupia. Większość uważa mnie za dość silną, dowcipną, z dystansem do siebie, uśmiechniętą i tylko czasem marudzącą (głównie na pogodę) osobę. Staram się, ale już po prostu brakuje mi sił.
Może to dziwne, ale ta samotność aż boli. Kłuje w sercu.
Zazdroszczę ludziom, którzy kogoś mają. Którzy mają rodziny. Których ktoś kocha... Mnie chyba nikt nigdy nie pokocha.