Hej, nazywam się Ola i wczoraj skończyłam prawie dwuletni związek z moim chłopakiem. Spędzaliśmy ze sobą naprawdę mnóstwo czasu i nigdy się nie nudziliśmy, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, do jego rodziny, mojej. Wszystko pięknie. Ale od pewnego czasu (nie wiem.. może pół roku?) zaczęliśmy się kłócić. Nie były to kłótnie poważne, broń boże, zawsze o jakieś pierdoły. W marcu powiedział, że już tego nie wytrzymuje, że nie wie co do mnie czuje i że nie chce ze mną być. Za 3 dni zadzwonił i powiedział, że chce wrócić i że tym razem oboje mamy się starać i będzie lepiej, ale niewiele się zmieniło. Wczoraj znowu mnie zostawił. Rozmowa wyglądała prawie identycznie jak ta w marcu, że mu zależy, że dalej coś do mnie czuje, ale nie ma już na to siły i nie chce po raz kolejny przechodzić przez taką rozmowę jak ta. Mówiłam mu, że mi zależy, że ja nie chcę tego kończyć i że dalej go kocham, próbowałam go przekonać, że nic nie traci jeżeli "pomęczy się" w tym związku jeszcze przez jakiś czas, że jedynie może zyskać, bo akurat tym razem może być dobrze, ale nic to nie dało, bo on mówił "po co jak i tak za parę dni znowu będzie ch**owo", "ja już nie mam siły", "i tak się będziemy kłócić". Ja mam nastawienie takie, że pomimo tego, że się kłóciliśmy myślałam i wiedziałam, że za jakiś czas będzie dobrze i wszystko się ułoży, po prostu w to wierzyłam, a on z góry zakładał, że i tak się pokłócimy i za jakiś czas znowu będzie taka rozmowa. Od wczoraj cały czas płaczę w poduszkę i nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić mojego życia bez niego. Co mam zrobić? Błagam, pomóżcie.
1 2013-06-19 08:35:47 Ostatnio edytowany przez oleczqa1234 (2013-06-19 08:37:02)
Podobne tematy
Kazde rozstanie boli czy [po 2 czy 20 latach zwiazku .
Jednak niemozesz zrobic nic oprocz parcia na przod i szukania swojej prawdziwiej milosci , ktora sie trafi na pewno .
Powodzenia
Nie piszesz w jakim wieku jesteś a to ma duże znaczenie. Powiem Ci z mojego doświadczenia. Mój pierwszy związek ( wtedy już dorastałam miałam 18 lat ) trwał 2 lata. Przez półtora roku było idealnie, a później coraz gorzej, wpadliśmy w coś co było bardzo dziwne kłóciliśmy się o najmniejsze pierdoły z tym, że bardzo często. I ja byłajm tą osobą która miała tego dość i postawiłam krzyżyk na związku. Oczywiście nie za pierwszym razem, bo 2 lata dla mnie wtedy bardzo dużo znaczyły, w sumie dzień w dzień się widywaliśmy on był starszy, więc chyba z 4 razy wracaliśmy do siebie. To on by osobą która prosiła o kolejne szanse itd, ale mi już po tych kłótniach przestawało zależeć.
Może Twój chłopak właśnie przezywa coś podobnego.
Wydaje mi się, ze jesteś młoda chociaż też warto byłoby wiedzieć czy to Twój pierwszy związek. Nie wydaje mi się, ze u was znowu wszystko wróci do normalnosci, bo skoro już raz byliście w sytuacji, ze doprowadziło to do zerwania i kolejny raz nie przeskoczyliście tych kłotni.. to muszę przyznać, że lepiej dać sobie czas. Takie rozstania i powroty doprowadzą z czasem do nienawiści jednoz was. Lepiej teraz się rozstać póki nie jest za późno, a może różnie być w życiu. Pierwsze co bym zrobiła to odpoczęła, ale zaczęła również życie na nowo.
Pierwsze co bym zrobiła to odpoczęła, ale zaczęła również życie na nowo.
Otóż to. Najlepiej byłoby zacząć żyć od nowa od razu, ale wiem, że tak się nie da. Daj sobie trochę czasu na ten płacz i ochłonięcie, przyzwyczajenie się do sytuacji. Ale nie za długo, bo to w niczym tak naprawdę nie pomaga.
Musisz po prostu się od tego odciąć i zacząć nowe życie. spotykać się z przyjaciółmi, uśmiechać się, bawić i poznawać nowych ludzi. Uwierz mi, że ja też już nie widziałam sensu życia kiedy skończył się mój 4-letni związek. Miałam marzenia, wizje i plany, dość daleko posunięte, bo byłam przekonana że jeżeli przetrwamy tej najtrudniejszy okres to wkrótce się pobierzemy. Ale życie zmusiło mnie do zmiany priorytetów. Im szybciej wrócisz do normalności tym lepiej dla Ciebie. Być może z czasem coś dostrzeżesz i zrozumiesz, że to rozstanie to było najlepsze wyjście. Pomyśl czy chciałabyś tak spędzić resztę życia? Ludzie się zmieniają po latach, albo spadają różowe okulary i wychodzą z człowieka różne mankamenty jego osobowości i charakteru, nie zawsze wszystko da się bezgranicznie wytrzymywać.
Na początku zawsze jest pięknie a potem wychodzą różnicy w poglądach na życie i na różne sprawy.Płacz jest u Ciebie normalną reakcją ale nawet jeżeli znów się zejdziecie to, to znowu skończy się rozstaniem. Taki związek nie ma sensu.
Nie piszesz w jakim wieku jesteś a to ma duże znaczenie. Powiem Ci z mojego doświadczenia. Mój pierwszy związek ( wtedy już dorastałam miałam 18 lat ) trwał 2 lata. Przez półtora roku było idealnie, a później coraz gorzej, wpadliśmy w coś co było bardzo dziwne kłóciliśmy się o najmniejsze pierdoły z tym, że bardzo często. I ja byłajm tą osobą która miała tego dość i postawiłam krzyżyk na związku.
Mam 20 lat, on jest o rok starszy i można powiedzieć, że to jest mój pierwszy poważny związek. Pod tym względem, że pierwszy raz kogoś tak bardzo kochałam, albo raczej kocham.
7 2013-06-20 09:45:25 Ostatnio edytowany przez oleczqa1234 (2013-06-20 09:55:04)
Na początku zawsze jest pięknie a potem wychodzą różnicy w poglądach na życie i na różne sprawy.Płacz jest u Ciebie normalną reakcją ale nawet jeżeli znów się zejdziecie to, to znowu skończy się rozstaniem. Taki związek nie ma sensu.
Właśnie ja wierze w to, że wcale nie musi się to skończyć w ten sposób, że moglibyśmy dać sobie jakoś radę. Tylko problem w tym, że on z góry zakłada, że nie i że i tak się rozstaniemy.
co wiąże się z tym, że jeżeli do siebie wrócimy to ja będę jedyną osobą starającą się z tym związku. ehh, ale pomimo tego i tak chciałabym spróbować jeszcze raz
Zastanawiam się czy do niego zadzwonić i zapytać się czy są jakiekolwiek szanse na to, żeby wrócił, czy zmienił zdanie?
Myślicie, że to dobry pomysł? Co chwilę chcę sięgnąć po telefon i się z nim skontaktować.. Tylko boję się jego odpowiedzi.. Nie rozmawialiśmy ani nie widzieliśmy się od rozstania.
To zdecydowanie nie jest dobry pomysl, jesli facaet podjal taka dyskusje to ja uszanuj, wiem ze to nie jest proste,ale chyba nie chcialbys byc z kims kto cie nie kocha, samotosc boli a jeszcze bardziej boli byc z kims kto cie nie szanuje..
To zdecydowanie nie jest dobry pomysl, jesli facaet podjal taka dyskusje to ja uszanuj, wiem ze to nie jest proste,ale chyba nie chcialbys byc z kims kto cie nie kocha, samotosc boli a jeszcze bardziej boli byc z kims kto cie nie szanuje..
On nie powiedział, że mnie nie kocha, ale że nie potrafi znieść już dłużej tych kłótni i że zmieniło się jego nastawienie do tego związku. Ja nie wyobrażam sobie życia bez niego, jak to wszystko ma teraz wyglądać. I chciałabym wiedzieć czy jest jakakolwiek szansa, bo ja jestem w stanie walczyć.
Jeśli coś zgrzyta w związku z tak małym stażem, to radzę czym prędzej się pozbierać, zakończyć temat i poszukać kogoś, z kim nie trzeba będzie być na zasadach ciągłego ratowania związku. To, co teraz jest błahostką, urośnie do pokaźnych rozmiarów, a w dalszej perspektywie wyrzuty, ubliżanie itd. Dopóki nie macie dzieci, zróbcie co możliwe, aby nie zmarnować sobie wzajemnie życia.
My z żoną, 15 lat temu, również uważaliśmy, że to "się ułoży, dotrze", a jak będą już dzieci to na pewno nas to scali do końca życia. Teraz żyjemy, jak dobrzy sąsiedzi, mając świadomość, że każde z nas marzy o kimś innym, że z kimś innym cieszylibyśmy się życiem na pełnych obrotach. Teraz wegetujemy ze względu na dzieci, na obowiązki, każde z nas robi w domu co trzeba, ale studnia już wyschła i nic się z tym już nie da zrobić. Nie ratujcie związku na silę - na silę ratować można małżeństwo ze względu na dziatki.
Jeśli coś zgrzyta w związku z tak małym stażem, to radzę czym prędzej się pozbierać, zakończyć temat i poszukać kogoś, z kim nie trzeba będzie być na zasadach ciągłego ratowania związku. To, co teraz jest błahostką, urośnie do pokaźnych rozmiarów, a w dalszej perspektywie wyrzuty, ubliżanie itd. Dopóki nie macie dzieci, zróbcie co możliwe, aby nie zmarnować sobie wzajemnie życia.
My z żoną, 15 lat temu, również uważaliśmy, że to "się ułoży, dotrze", a jak będą już dzieci to na pewno nas to scali do końca życia. Teraz żyjemy, jak dobrzy sąsiedzi, mając świadomość, że każde z nas marzy o kimś innym, że z kimś innym cieszylibyśmy się życiem na pełnych obrotach. Teraz wegetujemy ze względu na dzieci, na obowiązki, każde z nas robi w domu co trzeba, ale studnia już wyschła i nic się z tym już nie da zrobić. Nie ratujcie związku na silę - na silę ratować można małżeństwo ze względu na dziatki.
To są problemy, które dałoby się rozwiązać, pójść na kompromis czy coś.. Jednak z drugiej strony jeżeli on nie widzi nic złego w swoim zachowaniu i prawie wszystko przelewa się na mnie to kompromis nie wchodzi w grę. "Bo co ja mam zmieniać skoro postępuję właściwie" - założę się, że tak uważa.
Mi jest po prostu żal tego wszystkiego, bo przeżyliśmy jednak tyle chwil razem i obojętnie gdzie popatrzę albo co zrobię - kojarzy mi się z nim. Ciężko to tak po prostu zostawić za sobą, nie walczyć i powiedzieć sobie, że teraz jestem sama.
Ale na pewno w jakiś sposób kochasz żonę i jest dla Ciebie jedną z najważniejszych osób w życu. Jesteś pewien, że z kimś innym byłoby Ci lepiej? Ciężko by było to tak wszystko zostawić po tylu latach. (nawet gdybyście nie mieli dzieci)
oleczqa, a jak długo już nie jesteście razem?
Absolutnie do niego nie wydzwaniaj i nie proś o nic! Musisz się z tym pogodzić, przynajmniej na ten moment.
Mój mi też nie nie powiedział, że mnie nie kocha ale co z tego skoro nie chciał ze mną być? Jeśli się kogoś kocha to się tego pragnie, a nie cuda na kiju wyprawia i wymyśla historie, teorie takie że głowa boli...
Daj jemu i sobie czas na poukładanie myśli w głowie, a skoro było na tyle źle jak opisałaś, to gwarantuję Ci, że za jakiś czas powiesz że dobrze się stało. Może to właśnie nowa szansa się otwarła, żeby poznać kogoś z kim będziesz naprawdę szczęśliwa. Potrafisz bez niego żyć, na 100%.
Napisałaś tak: "Mi jest po prostu żal tego wszystkiego, bo przeżyliśmy jednak tyle chwil razem i obojętnie gdzie popatrzę albo co zrobię - kojarzy mi się z nim. Ciężko to tak po prostu zostawić za sobą, nie walczyć i powiedzieć sobie, że teraz jestem sama."
Odpiszę tak: moja żona jest moją którąś tam kobietą z kolei (nie chce mi się liczyć). Ze wszystkimi poprzednimi, jak się rozstawaliśmy, miałem dokładnie takie odczucia, o jakich piszesz. Po znalezieniu kolejnej partnerki myślenie zmienia się radykalnie. Co ciekawe, im intensywniej szukałem, tym mniejszy był skutek tych poszukiwań.
Wstąpić w związek, który okaże się toksyczny problemem nie jest. Ważne, aby w porę się z niego wycofać i nie wmawiać sobie, że partner jest tą osobą, z którą pozostanie się do końca życia.
Teraz już wiem, że jeśli na początku znajomości, jeśli partnera/ki nie stać na poświęcenie, kompromis itp. to później będzie już tylko gorzej.
Co do miłości do żony - oczywiście jest, fakt, że jak do siostry czy córki. Nie do kobiety. To u mnie efekt strachu przed podjęciem w porę decyzji o rozstaniu.
Zadzwoniłam do niego wczoraj i poprosiłam o spotkanie. Rozmowa wyglądała tak, że ja mówiłam, że go kocham, że chcę z nim być, ale też kocham go na tyle, że jeżeli powie, że nie to odejdę i dam mu spokój. (jestem osobą bardzo impulsywną i płaczliwą, ale zachowałam spokój i nie popłakałam się ani razu - bardzo dziwne jak na mnie ^^) On nie potrafił się zdecydować, widziałam, że prawie płakał, ale w końcu powiedział, że już podjął tą decyzję kilka dni temu, że przez to jest teraz bardziej "na nie" i będzie się tego trzymał. On ogólnie myślał, że np. jak za 3 miesiące oboje będziemy za sobą tęsknić to wtedy można spróbować jeszcze raz, żeby odpocząć od siebie i zobaczyć czy tylko wytrzymamy bez siebie. Ja na to, że to jest jedyna i ostatnia taka szansa dla nas, że potem zbyt dużo rzeczy może się wydarzyć żeby do siebie wrócić.
I najbardziej zadziałały na niego słowa, że: ja nie będę wiecznie na niego czekać, że jeżeli on jest na nie to ja chcę ruszyć do przodu i za jakiś czas ułożyć sobie życie z kimś innym. Wtedy on nie chciał mnie wypuścić z domu (ale ciągle nie zmienił zdania) zaczął uderzać i kopać w drzwi, położył się na podłodze i zaczął płakać. Mówił, że teraz będzie się czuł 5 razy bardziej chu*owo niż wtedy jak to skończyliśmy, że po co mówię mu takie rzeczy, dlaczego nie możemy się rozstać jak normalni ludzie tylko w taki sposób no i płakał płakał. Potem wstał, ja powiedziałam, że idę. Przed tym jak wsiadłam do auta zapytałam czy to jest jego ostateczna decyzja, czy jeszcze da mi znać jutro. Czekałam 3s. nie dostałam odpowiedzi. Powiedziałam - zrozumiano i pojechałam. On trzasnął drzwiami.
Nie mam pojęcia dlaczego, ale po tym spotkaniu czuję się tak jakby wszystko ze mnie zeszło.
naprawdę. Może nie wszystko, bo dalej coś do niego czuję i dalej mi zależy.. ale już zupełnie w inny sposób. Ani razu nie płakałam, nie myślę - co by tu zrobić żeby do niego wrócić. Jest mi lepiej.
) Chociaż wszyscy odradzali mi kontaktowania się z nim.
Pojechałam do niego i pomimo tego, że po raz kolejny usłyszałam, że nie chce, że nie jest pewien, ale nie chce spróbować. Pomimo tego, że nie jesteśmy razem. Ta rozmowa miała na mnie duży wpływ. Nie wiem dlaczego. Teraz wiem co mam robić. Pójdę dalej, nie płacząc i zapominając o nim. ![]()
oleczqa, a jak długo już nie jesteście razem?
Mój mi też nie nie powiedział, że mnie nie kocha ale co z tego skoro nie chciał ze mną być? Jeśli się kogoś kocha to się tego pragnie, a nie cuda na kiju wyprawia i wymyśla historie, teorie takie że głowa boli...
Teraz już jest 4 dzień.
Jestem dokładnie takiego samego zdania! Jeżeli kogoś kochasz to kurde, chcesz walczyć o tą osobę. Uważam, że to, że to czujesz tak wielkie uczucie do drugiej osoby bije wszystkie inne niedogodności w związku na kolana.
Może to właśnie nowa szansa się otwarła, żeby poznać kogoś z kim będziesz naprawdę szczęśliwa. Potrafisz bez niego żyć, na 100%.
Też tak uważam!
Dziękuję za wsparcie. ![]()
Odpiszę tak: moja żona jest moją którąś tam kobietą z kolei (nie chce mi się liczyć). Ze wszystkimi poprzednimi, jak się rozstawaliśmy, miałem dokładnie takie odczucia, o jakich piszesz. Po znalezieniu kolejnej partnerki myślenie zmienia się radykalnie. Co ciekawe, im intensywniej szukałem, tym mniejszy był skutek tych poszukiwań.
Podobno miłość przychodzi wtedy kiedy jej nie szukasz i ja właśnie tak miałam ze swoim byłym. Nagle! To był moment mojego życia kiedy cały czas chodziłam na imprezy i nawet przez głowę mi nie przeszło, że mogłabym być teraz w związku.
Wstąpić w związek, który okaże się toksyczny problemem nie jest. Ważne, aby w porę się z niego wycofać i nie wmawiać sobie, że partner jest tą osobą, z którą pozostanie się do końca życia.
Właśnie najgorsze i najtrudniejsze jest wycofanie się z niszczącego Cie związku. Jesteś tak bardzo przywiązany do drugiej osoby i chcesz z nią być pomimo tego, że ona Cię krzywdzi, niszczy.
Co do miłości do żony - oczywiście jest, fakt, że jak do siostry czy córki. Nie do kobiety. To u mnie efekt strachu przed podjęciem w porę decyzji o rozstaniu.
Ale męczysz się w tym związku? Czy raczej jest to uczucie, które po prostu wygasło i pomimo tego dobrze się dogadujecie. A jak to wygląda z jej strony?
Ale męczysz się w tym związku? Czy raczej jest to uczucie, które po prostu wygasło i pomimo tego dobrze się dogadujecie. A jak to wygląda z jej strony?
Napiszę tak. Wiem, że Ona się nie zmieni, ponieważ ludzie się nie zmieniają. Są, jacy są i tyle. Reszta to gra, mydlenie oczu.
Widzę, że jej zależy bardzo na utrzymaniu status quo, ale to po prostu lęk przed zmianą. Jak większość kobiet i facetów, których partnerzy przestali ich kochać doszukują się w swoim postępowaniu błędów. Po wyartykułowaniu tych błędów zmieniają się na chwilę, lecz po krótkim czasie powracamy do punktu wyjścia. I tak jest raczej ze wszystkimi - to lenistwo partnerskie. Robiłem, co mogłem, aby była szczęśliwa, koleżanki cały czas mówiły, że zazdroszczą jej męża. Nie uznawałem podziału ról w domu. Trzeba było gotować, prasować, sprzątać, prać - nie ma sprawy. Sanitariaty sam najczęściej oporządzałem. Do pracy woziłem, przywoziłem, robiłem zakupy, śniadania do pracy itd, itp. Robiłem wszystko, co mogłem, aby doceniała mnie jako mężczyznę, ojca swoich dzieci. Spotykało mnie lekceważenie, nerwowe odzywki, nerwowe odruchy, wręcz wydawanie poleceń w stylu podaj mi to, podnieś tamto, dlaczego ja, dlaczego ty tego nie możesz podnieść itp.
W łóżku, jak to w polskim stereotypowym łóżku - brak fantazji, bóle głowy i inne pierdoły. W końcu moje myśli uciekać zaczęły od niej, jako kobiety i dalej już poszło.
Poznałem inną, w której się zakochałem prawie na zabój (sytuację ma podobną: mąż, dzieci, atmosfera), ale nie tak bezkrytycznie, jak nastolatek. Nie potrafię zostawić żony, ale co dzień marzę, aby przyszła i powiedziała: mam kogoś. Myślę, że oboje byśmy byli szczęśliwi.
W końcu odpowiedź na Twoje pytanie: tak, męczę się w tym związku, ponieważ energii mam tyle, że mnie roznosi od środka, a moja żona to ślimak. Ona mnie zaczęła kochać, jak ja już odpuściłem. I mamy sytuację patową, pewnie do grobowej deski ;-)
A ta druga - kto wie, może już się jej znudziłem. Ale nie żałuję, ponieważ też chcę żyć, kochać i być kochanym. I spełniać powoli swoje marzenia o kobiecie, którą chciałbym mieć u swojego boku po grób ;-)