Mimo wypełnionych dni studiami, pracą, życiem towarzyskim, rodzinnym stale dopada mnie myśl: co ze mną nie tak i o co tu chodzi? Mam 22 lata, wkrótce 23 (...) i dla jasności - nie płaczę dniami i nocami i nie myślę nad moim ''nieszczęściem''. Uczucie totalnego smutku i przerażania dopada mnie jak bumerang, zupełnie niespodziewanie. Czuję się radosną, pozytywną dziewczyną, za taką też uważam, jestem postrzegana. Bywa, że zupełnie szaleję i jestem zupełnie ''na tak'' ale przychodzą chwilę, kiedy bardzo mi źle z moją samotnością. Mam przyjaciół, bliskich, jednak brak głębszego uczucia i zaangażowania w jakąś relacje boli mnie, czuję bezsilna. Nie wyobrażam sobie kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca, roku? Nie wiem co ze mną jest nie tak. Zdaję sobie sprawę, że jestem pewna wad, daleko mi do ideału, lecz czasami ''daję sobie'' 2 a czasami 9. Lubię to co robię, miejsce w którym jestem, jednak brakuje mi tego, że nie mogę tego z kimś dzielić. Czasami odlatuję marzeniami o wspólnych podróżach albo zwykłym/niezwykłym spędzaniu wolnego czasu razem. Nie ukrywam, z zazdrością patrzę na zakochane pary, żałuję, że nie mogę tego przeżywać, że zawsze jestem po prostu sama. Staram się cieszyć tym co mam na dzień dzisiejszy i nie zatruwać miłych dni myśleniem o brakach, ale są chwile, że nie umiem... Nie potrafię zapomnieć, że brakuje mi miłości. Ja nie marzę o jakimś nieosiągalnym ideale, wyśnionym ''mężu''. Ja marzę, żeby poznać kogoś ciekawego, żeby móc go wysłuchać, opowiedzieć jak minął mój dzień, zrobić kolację, coś dać od siebie, myśleć o kimś. Brakuję mi dotyku, czułości.
Zastanawiam się co ja mam robić? Czy w ogóle ja coś mogę zrobić?
Przeraża mnie ta stagnacja, że mimo rozwoju w innych dziedzinach - tu wciąż jestem w miejscu. Mija rok, dwa, trzy, cztery... Czy ja jestem skazana na samotność?
Nie oczekuję czarodziejskiej kuli i rozwiązania mojej ,,zagadki''. Jest mi przykro i próbuję robić chyba cokolwiek. Pozdrawiam.