Witajcie,
Postanowiłam napisać, ponieważ sobie nie radzę z moją sytuacją. Może uzyskam jakąś ciekawą radę, a jednocześnie pisząc się oczyszczę?
Byłam z moim mężczyzną trzy lata, dwa lata mieszkaliśmy razem. 25.02 br wrócił do domu i oznajmił, że chce się rozstać, tak po prostu wyprowadza się. Powód?Jest mnie za dużo, intensywność związku i odpowiedzialność go przerosły. Teraz wiem, że mógł się tak czuć. Przez ostatni rok miałam bardzo ciężką sytuację w rodzinie - śmiertelna choroba bliskiej osoby. Przytłoczyłam go tym, bo sobie nie radziłam - chciałam ciągle o tym mówić, nie cieszyłam się, żyłam jak w marazmie.
Pierwsze emocje, szok, niedowierzanie. Naładawna jakąś energią i siłą spakowałam jego rzeczy. Następnego dnia to do mnie dotarło. Prosiłam o spotkanie, chciałam rozmawiać. Niechętnie ale się zgodził. Zapytałam się czy da nam jeszcze jakąś szansę. Ustaliliśmy, że spotkamy się po dwóch tygodniach, nie utrzymując przez ten czas konatktu. Jakoś się trzymałam, perspektywa spotkania i nadzieja dawały mi siłę. Spotkaliśmy się, zwykła rozmowa, bez poruszenia tematu rozstania, zapronoponował kolejne spotkanie. I tak to się jakoś toczyło. Coraz więcej spotkać, nie tylko przyjacielskich. Coraz więcej zbliżeń. Nie inicjowałam tych spotkań, godziłam się jak odzywał się co dwa trzy, dni. Przez ten czas przeżywałam autentyczny koszmar, schudłam 7 kilo, nie spałam, nie jadłam, cały czas płakałam. Podczas spotkań, oczywiście wielka twardzielka z dystansem, to on pierwszy się przytulał, trzymał za rękę itd. Później wynajął mieszkanie z kolegą. Kolejny cios - nie chce ze mną mieszkać ale i nadzieja, bo może zaproponuje, żebym się doprowadziła. I tak kolejny miesiąc. Jego sms, moja euforia, spotkanie, ulga, spokój, później nie odzywał się jeden, dwa dni- moja histeria, panika, później sms i koło się zamykało. W maju nie wytrzymałam. Powiedziałam, że już dłużej tak nie mogę, nie umiem być zabawką za zawołanie, nie może jeść ciasteczka i mieć ciasteczka, nie może mieć związku bez związku. Oczywiście mówiłam to spokojnie, delikatnie, komunikaty typu "ja się czuję..." a nie "Ty robisz tak czy tak". Nie oczekiwałam deklaracji, chciałam wiedzieć jak wygląda sytuacja i co on planuje. Czekałam tak długo bo bałam się go przytłoczyć, stawiać pod murem. Podczas rozmowy ustaliliśmy, że próbujemy, że on nie rozumie mojej i ludzkiej potrzeby określania wszystkiego, nie wie, że ja mogę się tak czuć. Nie umie mi powiedzieć, że to koniec, ale
też
boi się, że wrócimy do punktu wyjścia, boi się znowu tej intensywności. Bo on uwielbia te spotkania i boi się, że ja będę chciała coraz więcej. Zapewniłam, że tak nie jest. Ja nie muszę mieć go cały czas, tylko muszę wiedzieć, że nie bawimy się sobą. Zaczeliśmy ustalać nowe zasady. Zapytałam się co z mieszkaniem. Czy widzi możliwość zamieszkania razem. Tak - porozmawiamy o tym w lipcu. Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Owszem częściej dzwonił, spotykaliśmy się już prawie codziennie, więcej smsów, maili. Zwykłych, bez jakichkolwiek wyznań. Mi ciągle czegoś brakowało, tak naprawdę nikt nie wiedział, że się spotykamy, bałam się, że jestem otwartą furtką, ale nie mówiłam o swoich obawach. Płakałam jak byłam sama. Przy nim radosna, szczęśliwa, bez wyrzutów, potrzeby deklaracji itd. Zmieniłam fryzurę, nie mówiąc mu o tym, zaczęłam chodzić na rower, na siłownię. Kilka spotkań odmówiłam, żeby nie miał mnie w garsći, mówiąc, że jestem umówiona. Nieprawda, leżałam w domu płakałam i tęskniłam za tym jak było dawniej. Obiecałam sobie, że prztrwam, nie będę naciskać. Czym jest kilka miesięcy niepewności(może w pewnym sensie też mojej urojonej) w obliczu całej przyszłości?I tak trwałam, niby-twradzielka, ciągle z paniką, że to może być koniec. Prosił nawet, żebym to ja się odzywała, bo ciągle tylko on pisze, on dzwoni. Tak zrobiłam, zadzwoniłam, chwilkę pogadaliśmy. Coraz więcej nadziei na to, że wszystko wróci do normy. Podczas spotkań był taki cudowny, jedzonko, herbatka, film który lubię, przytulanie, pytał się czy czuję się bezpieczna. Wszystko idelanie. Przedwczoraj ja zaproponowałam spotkanie (chciałam sprawdzić, czy to nie jest tak, że nia ma miejsca na moje potrzeby), wszystko super. Następnego dnia wysłał mi maila z piosenką, później się nie odzywał. Wczoraj napisał mi "wybacz, że się nie odzywam, ale potrzebuję teraz trochę czasu". Napisałam rozumiem. Chociaż wcale nie rozumiem.
I chyba najważniejsze jak ja się czuję...tragicznie, nigdy tak się nie czułam, nawet nie umiem tego opisać. Byłam u psychologa, powiedziała, że mam depresję i muszę szybko coś z tym zrobić.
Nie sądziłam, że człowiek może tak cieprpieć. Nie skłamię mówiąc, że nia ma minuty, żebym o nim nie myślała. Autentycznie nie spodziewałam się po sobie takiej reakcji, nie wiem co się ze mną dzieje. To nie jest płacz, to jest rozpacz, coś mnie rozrywa od środka. To są takie uczucia, których nie da się kontrolować. Boję się tego co się dzieje, panicznie boję się przyszłości. Widzę czarną otchłań, jakby wszystko straciło sens. Myśl, że już nigdy więcej go nie zobaczę, nie przytulę, nie porozmawiam z nim, napawa mnie taką paniką, że nie mogę złapać oddechu, na jakiś czas tracę świadomość.
Nie umiem zaakceptować faktu, że on zniknie, tak po prostu. Był i nie ma...przecież on był ze mną, ja byłam z nim!
Tak samo myśl, że mogłabym spotykać się z kimś innym. Patrzę na różnych mężczyzn, ale nikt nie jest nim. To była moja miłość, byłam taka szczęśliwa, miałam wszystko. Teraz nie mam nic. Nie wiem jak sobie pomóc, nie mam z kim o tym porozmawiać. Moja mama mnie nie rozumie, bardzo się kłócimy, to też mnie boli. Przecież jestem taka młoda, całe życie przede mną. No właśnie tyle przede mną, ale bez niego. On jest moją przeszłością i miał być moją przyszłością. Nie wiem co robić. Przecież czas leczy rany, ale czy ten czas nie musi być przepracowany, czy rana nie musi być zdezynfekowana?
Wiem, że wszyscy ze złamanym sercem przechodzą to samo, to się rządzi swoimi prawami, pewne etapy są schematyczne, ale ja...ja przeżywam to za bardzo. Nie tylko psychicznie ale i fizycznie.
Czytam tyle porad jak sobie poradzić, nic nie pomaga. I ja nie chcę natychmiastowego rozwiązania, będę tęsknić, będę cierpieć, ale ja straciłam sens życia. Nic mnie nie cieszy, bo nie ma jego, co to za szczęście, którgo nie można dzielić?A dzieliłam je zawsze z nim. Przyszłość mnie przeraża, absurdem jest dla mnie przyszłość bez niego, jakby to się nie mogło stać (zaprzeczenie?). W dodatku tyle wspomnień, mi się naprawdę wszystko kojarzy!Wszystko, nie wiem jak sobie z tym pomóc. Śpię około godziny dziennie, nie jem, bo wymiotuję. To jest dramat. Jestem zła na siebie, nigdy nie chciałam stać się taką osobą. Nie rozumiem co się ze mną dzieje. Nie wiem jak sobie pomóc. Wychodzenie ze znajomymi?Nie mam ich, każdy ma swoje życie, nikt nie ma dla mnie dużo czasu. A poza tym wychdzę gzdzieś i opd razu myślę o tym, że chciałabym, żeby tu był, że chciałabym mu o tym miejscu/spotkaniu opowiedzieć. Cokolwieik robię, płaczę bo z nim o tym nie porozmawiam. Wkacje bez niego, święta, urodziny?Nie dam rady....
W pracy wszyscy mają mnie dość a ja ich. To irracjonalne ale ja jestem zła na to, że wszyscy żyją jakby nic się nie stało i wymagają ode mnie powrotu do normalności. Przecież o kimś takim nie da się zapomnieć, był taką ważną osobą, tak się cieszyłam, że go mam, przy nim wszystko było łatwiejsze. Problemy?Nie ważne, ważne, że mam jego, że mam to co w życiu jest najważniejsze. Przez trzy lata nigdy nie myślałam, o tym, żeby go zostawić, nigdy nie myślałam o kimś innym. A mężczyźn w okół było wiele. Jak on może stać się moją przeszłością?Kimś kto był, a kogo nie ma?
Wiem, że popełniłam błąd uzależniając się emocjonalnie od niego. Ale to już się stało, co zrobić, żeby to odkręcić?
No i przede szystkim co zrobić, żeby to naprawić?Boję się spotkania (o ile do takowego dojdzie) boję się, że te przemyślenia wyjdą na moją niekorzyść, że on teraz dojdzie do wniosku, że nic z tego. A z drugiej strony, może to dobry sposób?dać sobie czas, przemyśleć to osobno?Na pewno się do niego nie odezwę, chyba, że jego milczenie będzie trwało miesiąc. na pewno nie napiszę, może zatęskni, zrozumie?Tak to podobno działa. A jeśli się odezwie czy odpisać, odebrać? Nie wiem, co robić, jestem tak zagubiona. Tęsknota, samotność i lęk przed przyszłością. Wszystko w jednym. Nie umiem się zająć sobą, nie mam na nic siły. Nie funkcjonuję już, tak się nie da żyć. Próbuję wszystkiego, ale nic nie pomaga...
Będę wdzięczna za jakąś odpowiedź.