Cześć, potrzebuję zaczerpnąć porady ponieważ sam do końca nie wiem jak się zachować. Na szybko przedstawię nasz związek. Ja 22, ona 21 lat. Jesteśmy razem od jakiś 11 miesięcy, było dynamicznie, dobrze na siebie wpływaliśmy, wspólne cele, pełna akceptacja podejścia do życia, kłótnie jeżeli już były to rozwiązywane w ciągu jednego wieczora, można dużo pisać, ale najbliżsi znajomi, rodziny no i my bardzo się cieszyliśmy z tego związku. Ona wyjechała na pół roku, (feralny czas bo niby związek już stały i poważny ale jeszcze bez konkretnego stażu) było ciężko, dużo nerwów z mojej strony, ale wg. znajomych uzasadnione, tylko że ona ma wyjątkowe zdolności do tworzenia nieporozumień itp. ona ze względu na swój bardzo delikatny charakter zaczęła się na mnie zamykać. Pojechałem do niej i nam odbiło, na siłę sprawdzaliśmy nasz związek czy się nadajemy do siebie, zachowania nienaturalne, czasem wymuszona czułość. Była taka presja i ciśnienie, że podjąłem temat czy powinniśmy być razem. Ale to była normalna rozmowa, co czujemy, bo nie było zbyt dobrze. Odniosłem wrażenie jakby wcześniej wiedziała, że chce się rozstać i tylko czekała na okazję, a ta rozmowa była odpowiednia. Skończyło się na tym, że nie możemy być razem. Zostało mi jeszcze kilka dni u niej, przybiegła z płaczem, że nie wie co ma robić, że ona się nie nadaje. Odpuściliśmy temat, żeby jakoś normalnie spędzić czas. Wyjeżdżając obiecała przemyśleć nasz związek. Przemyślała i napisała mi że tego nie widzi.
Istnieje ryzyko, że z kimś się tam związała, w końcu jest na erasmusie i jest osoba z którą mogę ją połączyć. Ale to jest taki charakter, że nie mogę w to uwierzyć. Ona bardzo wolno wchodzi w relacje, w jej przeszłości nie było miejsca na przelotne romanse, jest bardzo uczuciowa, nigdy nie zdradziła i jakby do czegoś doszło to wątpię aby się tak doskonale maskowała, zwłaszcza dając mi tyle uczuć podczas mojego pobytu. Jednak to jest erasmus, mogło jej nieco odbić, panuje tam absolutna beztroska, oderwanie od wszystkiego, nikt nie mówi co ma robić co najważniejsze jest tam bardzo zadowolona (kto by nie był:P), a więc doszła do wniosku, że jesteśmy przeszkodą w swoim szczęściu.
To rozstanie wziąłem w pełni na klatę, nie zamęczam jej. Oczywiście, jeżeli rozmawialiśmy to ją przekonywałem i swoje przeżyłem. Jest wyjazd, wiadomo że między nami będzie ciężej i chociażby ze względu na przeszłość nie powinniśmy się definitywnie rozstawać, tylko przetrwać chwilową rozłąkę i spróbować.
Ona sobie to tłumaczy przede wszystkim tym, że nie ma już sił na ten związek, zrobiło się między nami za poważnie (jednak to ona pierwsza poruszała jakiekolwiek poważne tematy, ja jestem sceptyczny w tym), ona już nie chce nic planować, że nie umie sobie wyobrazić naszego związku w przyszłości, nie jesteśmy razem szczęśliwi. Mówiła, że dużo myśli o nas i nie jest jej łatwo i że robi to też z troski o mnie, żebym nie marnował swojego czasu.
Nie jestem obecnie strasznie załamany i zdesperowany, ale mam świadomość i ciągle myślę o tym, że tracę coś bardzo, bardzo ważnego. Ona rzadko stoi twardo przy swoim, jest osobą której raczej pomaga się we wszelkich wyborach i "trzyma za rękę", tutaj jednak jest inaczej, jest bardzo pewna siebie i nieugięta.
Jedyne co widzę to poczekać na jej powrót i się zobaczyć. Jednak te 2 miesiące to niby niewiele, ale tam bardzo dużo się dzieje, nie ma czasu myśleć i mogę być jej wtedy zupełnie obcy. Rozmawialiśmy ostatnio tydzień temu przez telefon i nie mam z nią kontaktu.
Chcę podejść najbardziej dojrzale do sprawy, wiem że nie zmuszę jej do siebie, bo nie o to tu chodzi. Jestem w stanie zrobić bardzo dużo, ale wątpie że jak się jej pokaże jutro na oczy to mi się rzuci na szyję. Bardzo mnie wcześniej kochała, nie mogę uwierzyć że już jej przeszło. Nawet mój ojciec który nienawidzi całego świata i nikomu nie ufa, zwłaszcza "obcym dziewczynom" powiedział że ona musi sobie wszystko poukładać, przemyśleć, wróci do domu i zobaczymy. Znając jego podejście taka opinia mnie kompletnie zamurowała i dała jakąś nadzieje. Ogólnie tutaj w polsce jest małe szaleństwo bo wszyscy są w szoku, że się rozstaliśmy i prawie doszło do tego że jeszcze ja musiałbym innych pocieszać.