No i kolejny spam robię na forum. Wybaczcie ![]()
Od bardzo dawna nurtuje mnie pewna sprawa - czy jestem facetem w babskim ciele?!
Może się to wydawać pokręcone, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to realne. Wszelkie tzw. atrybuty kobiecości mnie odpychają. Z butów noszę wyłącznie glany albo trampki (jedno i drugie "zajechane" na śmierć). Kiecki - bardzo rzadko. Makijaż - wyłącznie dlatego, że mam problemy z cerą i nie chcę straszyć ludzi. Generalnie mało dbam o wygląd, wydaje mi się to zbędne, nie chce mi się poświęcać czasu ani pieniędzy na takie głupoty. Od zawsze mam też obsesję na punkcie zmniejszenia biustu, chociaż wiem, że nie jest wcale ogromny. Ale wkurza mnie mimo wszystko. Podobnie rzecz ma się z okresem - niby nie boli ani nic takiego, ale nienawidzę biegania co chwila do łazienki w wiadomym celu... Ani świadomości, że nie mogę dźwigać ciężarów w tym czasie, bo to się źle kończy. No i boli mnie fakt, że z racji "anemicznej" budowy ciała nigdy nie będę tak silna, jak nawet podobnej budowy mężczyzna, choćbym sobie mięśnie zdarła na siłowni. Gdy myślę o ciąży albo, tym bardziej porodzie, robi mi się słabo z przerażenia... Dzieci? W życiu. Nie czuję się dobrze w ich towarzystwie...
Mówi się, że kobiety są bardziej empatyczne, łatwiej chwytają aluzje, zdania pomiędzy wierszami, łatwiej im przychodzi otwartość i nawiązywanie relacji - kompletne moje przeciwieństwo. Jestem introwertykiem pełną gębą, o moich problemach wie co najwyżej mój facet, ale też nie o wszystkich. Wkurzają mnie sytuacje, kiedy muszę się czegoś domyślać - nie można powiedzieć normalnie, wprost? Do tego jestem (a przynajmniej zawsze staram się być) racjonalistą, kiedy się da. Najpierw logika, później emocje. Podzielność uwagi? A co to? No i seks. Nie widzę najmniejszego problemu w uprawianiu go bez miłości...
Ponad to, lubię rozmaite "męskie" rozrywki. W dzieciństwie łaziłam po drzewach jak małpa. Gry komputerowe, wyrzynanie wrogów... Ostatnio nawet broń... A im coś bardziej ryzykowne, tym fajniejsze. Te "kobiece" mnie w ogóle nie ciągną.
Nie mam zielonego pojęcia, skąd to wszystko mi się wzięło. Podobno może stać się tak, gdy rodzice bardzo chcieli mieć syna. U mnie było na odwrót - mama zawsze chciała mieć córkę, a i ojciec odetchnął z ulgą, że nie będzie musiał grać z potomkiem w piłkę. Więc ta teoria odpada.
Wydaje wam się to na tyle poważne, żeby zawracać tym głowę lekarzom? A może myślę za bardzo stereotypami + presja społeczna (no bo ze wszystkich stron słyszy się, kobieta jest/ma być taka a taka... albo, że cośtam jest kobiece... patrzę na to, a to zupełnie nie moje...) i sobie wkręcam?
Ps. Tylko proszę nie pisać, jak to fajnie być kobietą, bo przeczesywałam internet wzdłuż i wszerz i się naczytałam. I kompletnie to do mnie nie trafia. Ciągle myślę, że byłabym szczęśliwsza jako facet...