Witam,
Prosze pomozcie mi podjac jakas decyzje. Jestesmy razem od 4 lat, poznalismy sie kiedy czekalam na przeszczep. Jego rodzinie sie to nie podobalo bo "cora sobie bierze, same problemy beda" i "jakas nie towarzyska" (bo zamiast do nich na kawe to do szpitala jezdzilam ale ten argument jakos nigdy nie dzialal). Dzis do naszego slubu zostaly 4 m-ce. A ja juz od dawna zastanawiam sie czy to czasem nie bedzie najwiekszy blad w moim zyciu
Moja rodzina i znajomi sa zachwyceni moim narzeczonym. Ale mieszkamy 2000km od rodziny i nikt nie widzi tego jak jest miedzy nami na codzien. Kiedy jest wszsytko dobrze to ciesze sie ze sie pobieramy. Ale jak jest zle to slysze ze jestem tepa pizda, pier* cipa, ze mam zamknac kur* ryj... takimi tekstami moge sypac z rekawa. No i tu zapala sie zaroweczka
Jak by tego bylo malo to caly ten slub i wesele tez sa tematem ktory lepiej omijac z daleka. Nie planowalismy wesela, chcielismy telko slubu, zaprosic rodzicow i rodzenstwo, jakis obiad i koniec. Bez tych wszystkich pomp na pokaz. Sama mu zaproponowalam zebysmy kupili sobie duzy motor (dla nas obojga, on je kocha i taki motor jest jego marzeniem) zamiast robic wesele na ktore i tak nie jestesmy przygotowani finansowo i ktorego przeciez i tak nie chcemy. Ale jeden wieczor rok temu spedzony przez narzeczonego z jego rodzina zmienil wszsytko. Nastepnego dnia zostalam poinformowana przez mojego lubego, ze wesele bedzie, ze zaprosimy tych i tych gosci, ze zrobimy tak i tak, ze kupimy taka suknie i takie kwiatki i ze bedzie fajnie... Zatkalo mnie wtedy i bylo mi cholernie przykro ze potraktowano mnie jak laleczkie, ktora ma tylko stac z boku i ladnie wygladac... O naszym dniu, dniu ktory powinien byc najpiekniejszy i najwazniejszy zdecydowali moi tesciowie za moimi plecami. Odpuscilam sobie juz obwinianie narzeczonego - jest przywiazany do rodziny i tak wychowanu zeby zawsze zadowalac rodzicow i nie sprawiac im zawodu. Odnioslam wtedy wrazenie ze jego rodzina zwyczajnie to wykorzystala... Dzis po roku i na 4 m-ce przed slubem slysze ze to ja chcialam tego wesela i ze przeciez i tak robie wszystko tak jak mi sie podoba wiec co ja jeszcze chce? Do tego wypominanie koszow - narzeczony uwaza ze to on mi sponsoruje to wesele. Owszem wslozy wiecej kasy bo wiecej zarabia i zwyczajnie wiecej moze na to przeznaczyc. Choc z biezacych wydatkow do tej pory ja placilam i jakos nie mowilam slowa. Suknia, jego frak, zaliczka na sale, fotografa, orkiestre, zaroszenia, wszelkie etykiety, bilecili, winietki...to wszystko poszlo z moich biezacych wyplat. I nigdy sie nie sprzeciwialam bo wiedzialam ze on na koniec i tak wylozy wiecej. Ale nie spodziewalam sie ze to kiedykolwiek uslysze...
Takich spraw jest wiele wiecej...
POradzcie prosze, jestem w kropce. Nie chce pozniej zalowac i zmarnowac calego zycia.