Chcę opisać swój problem.
Od czterech lat jestem z Moją Zosią. Kocham ją niemiłosiernie.
O mnie.
Poznałem ją zaraz po rozwodzie (żona odeszła do innego, wcześniej doprawiając mi obfite poroże).
Rozwód przeprowadziliśmy aksamitnie, bez kłótni o opiekę nad dzieckiem i o majątek. Schowałem swoją dumę w kieszeń, przeprowadziłem wiele rozmów z moją siedmioletnią wtedy Córeczką wciskając jej kit, że rozstajemy się ,bo się już nie kochamy i wiele innych słodkopierdzących kitów, ani razy nie wspominając o winie mamy. Fajnie się udało, bo była wynajęła mieszkanie ok. 200 m od mojego. Dziecko weekendy i środy spędzało ze mną , codziennie woziłem i odbierałem je ze szkoły. Mógłbym napisać książkę ?Jak przeprowadzić dziecko suchą nogą przez tsunami rozwodowe? ;-)
O Zosi.
Gdy się poznaliśmy Zosia była cztery lata po rozwodzie. Wyszła z toksycznego związku, w którym mąż maltretował ją psychicznie, zdradzając przy tym w najlepsze .Jej życie to praca do kwadratu, zero życia prywatnego o przyjemnościach życia codziennego nie wspominając. Z tego związku ma córkę. Gdy się poznaliśmy miała 14 lat. Wiem ,że ojciec jej córki nie przejawiał ojcowskich instynktów przez co Mała cierpiała. Po rozwodzie Zosia dzielnie radziła sobie przez lata za co zasługuje sobie na ogromny szacunek.
Moje wtedy siedmioletnie dziecko polubiło Zosię od samego początku, łasiło się , przytulało wzbudzając tym samym zazdrość dziecka Zosi, które dla odmiany mnie olewało. Zrozumiałe było dla mnie, że przy jej córce Zosia traktowała moją chłodniej aby nie zaogniać sytuacji.
Już w czasie miłości na odległość (bariera 400km )Zosi przeszkadzało:
-że odwiedzam córkę w jej domu (właściwie w pokoju)
-że mimo zdrady mojej byłej , rozmawiam z nią normalnie
-że wożąc dziecko do szkoły idę po nią do domu ,a nie czekam w samochodzie
-że rozmawiam z rodziną byłej , mimo że akurat Oni byli w czasie rozwodu po mojej stronie
Wszystko co dotyczyło mojego dawnego życia było na anty.
Po ok. 15-tu miesiącach Zosia przeprowadziła się do mnie. Niestety daliśmy wybór, wtedy 15-to
letniej córce Zosi, która postanowiła zostać z ojcem. Żadne argumenty jej nie przekonały, Zosia mówi że ma dużo z ojca, dziadkowie, rodzina, znajomi nic jej nie przekonywało. Do końca myśleliśmy,że zmieni zdanie, nie zmieniła. Z ciężkim sercem, poczuciem porażki i wyrzutami Zosia jednak przeprowadziła się do mnie licząc jeszcze, że po gimnazjum Mała zmieni zdanie i zamieszka z nami . Bardzo doceniam to co zrobiła ale na tamtą chwilę to było najlepsze rozwiązanie, pomijając atrakcyjność trójmiasta (Zosia mieszkała w małej wiosce), miałem tutaj pracę z którą połączony byłem również kapitałowo (inna historia). Nikt, powtarzam nikt jej źle nie oceniał za wyprowadzenie się i pozostawienie córki. Pewnie prócz córki (charakterek to ona ma).
Gdy Zosia zamieszkała ze mną zazdrość się nasiliła
-nie chodź tam
-czemu rozmawiałeś z byłą (moje rozmowy to techniczne ustalenia dotyczące mojej córki)
-źle wychowujesz (córeczka tatusia), pewnie gdybym tak postępował wobec naszego dziecka byłbym dobrym tatusiem
-gdziekolwiek ją brałem na wspólne wyjazdy (sklep, spacer itp.) Zosia muchy w nosie (mała jak dziecko ,kup to lub tamto (nie wszystko dostawała) albo nudzi mi się ( za co ją strofuję)
Stało się jeszcze coś , moja ex nie mogąc znaleźć pracy na miejscu zaczęła jeździć do Niemiec w wyniku czego ja oczywiście szczęśliwy , bo miałem dziecko 2 tygodnie w miesiącu.
Zosia oczywiście w druga stronę, dostało się mnie, córce , mojej ex. Minął ciężki rok.
Moja córka pogodziła się z takim chłodnym traktowaniem. Moje dziewczyny właściwie nie rozmawiały ze sobą . Ogólnie słabo i ja lawirujący w tym wszystkim. Najgorsze ,że zauważyłem po sobie,że dystansuję się od swojego dziecka, że nie chcąc zaogniać sytuacji odpuszczam kosztem córki. Często chce żebym posiedział i pobawił się z nią w pokoju (w nowym miejscu zamieszkania) a ja wymyślam ,że nie teraz , spieszę się nie mogę wszystko po to by nie denerwować Zosi.
W domu staram się nie rozmawiać o córce, nie informuję Zosi o radościach i smutkach mojej córki wiem ,że ma to w nosie, przynajmniej tak czuję.
Dodam tylko,że jestem pozytywnie nastawiony do córki Zosi (inna historia mojej przyjaznej natury
)
Do brzegu.
Obecnie córka z mamą wyprowadziły się daleko stąd . Odległość pozwala mi widywać dziecko nieraz co miesiąc ale bywa,że co dwa.
Problem. Mimo odległości :
-Zosia cały czas jest zazdrosna o córkę
-każdy pobyt w miejscu zamieszkania córki to kłótnie
-każdy pobyt u nas , wakacje lub ferie to kłótnie
-ostatnie święta bożonarodzeniowe: córka poprosiła czy może ze mną spać (po dwóch miesiącach rozłąki) co Zosia? FOCH , całe święta zrypane
-ostatnie święta wielkanocne, patrz wyżej.
-żal o to,że wychodzę do pokoju w którym siedzi córka w czasie gdy biesiadujemy wiele godzin, bo przecież gówniara powinna siedzieć przy stole z nami (sory bez wódki sie nie da wysiedzieć ![]()
Zosia uważa,że jak widzę swoją córkę to zaczynam ją traktować gorzej, z czym się nie zgadzam, bo to Ona izoluje się od nas , a chyba nie jest dziwne, że po tak długiej rozłące chcę nadrobić z dzieckiem stracony czas.
Zosia ma mnie do dyspozycji cały czas, jestem przedmiotem zazdrości jej koleżanek, które widzą we mnie porządnego, dbającego zakochanego w swojej kobiecie faceta.
Sory, że o tym wspominam ale może to będzie ilustracja mojego zakochania. Od półtora roku Zosia pracuje na 7.00 ja na 9.00. Od półtora roku wstaję o 5.45 aby zrobić jej śniadanie do pracy, podać kawę do łózka i zjeść wspólne śniadanie. Wiozę ją do pracy do której ma 1 km i autobusy odjeżdżające co 5 min. Dla jasności, Zosia tego ode mnie nie wymaga ale dla mnie każda minuta jej snu i odpoczynku jest ważniejsza. Inne gesty z mojej strony też są niebanalne. KOCHAM JĄ.
Nie myślcie, że życie z nią to dramat, broń Boże. Zosia odwzajemnia moją miłość, jest wzorem kobiety, kochanki . Kocha mnie równie mocno jak ja ją.
Niestety każda rozmowa po spotkaniach z moją córką kończy się groźbą odejścia , pokazania mi jaka ona jest twarda, wyrzygiwaniem że Ona zostawiła córkę dla mnie a ja jestem takim niewdzięcznikiem. Mówię, że skoro ją tak krzywdzę to niech mnie kopnie w tyłek i zostawi ale jak na razie bije się pewnie z myślami. Ja jej nie zostawię, mam wyobraźnię i wiem jak wyglądało by nasze życie bez siebie. Jeśli Ona podejmie kiedyś ten krok przeżyje to jakoś, przeżyłem przecież zdrady, rozwód i zabranie mi córki daleko.
Jestem zły na siebie ,że trafiłem trochę pod obcas w kwestii dziecka, bowiem wszystko inne w naszym życiu to sielanka do czasu...... w/w problemu.
Nie wiem czy oczekuję od Was dziewczyny rady, tak się ?wypisałem? nie skarżę się nikomu bliskiemu ,żeby nie stawiać Zosi w złym świetle. Jeśli któraś z Pań ma jakąś radę to proszę jeżeli nie to niech chociaż zazdrośni o dzieci partnerzy wiedzą ,że to boli.
Pozdrawiam Misiaczek Zosi.