Zacznę od zwrotu do moderatorów - większość tematów o problemach z sobą dot. wyglądu, a nie psychiki, dlatego, tworzę coś nowego.
Dla niektórych to może być głupio. Ale przez ten problem zaczynam nienawidzić siebie i swojego charakteru. Jest mi po prostu ciężko żyć bez ludzi.
Od dziecka w sumie mam problemy z relacjami międzyludzkimi, nigdy nie otaczałam się wianuszkiem koleżanek, raczej zawsze miałam ich mało lub wcale. Pogodziłam się z tym jakiś czas temu. Poszłam do liceum - nowa szkoła, nowe miasto - czysta karta. Chciałam tworzyć nową siebie i wydawało mi się z początku, że udaje mi się to. Z początku zawsze ludzie kojarzyli mnie z wiecznym uśmiechem i optymizmem. Z zasady jestem optymistką, więc pasowało mi, że będąc sobą, robię dobre wrażenie. To jednak jakiś mocnych, trwałych znajomości mi nie przysporzyło.
W trakcie liceum miałam w swoim rodzinnym mieście taką grupkę kumpelską. Jakoś tak się zgadaliśmy i spotykaliśmy się, niektórych poznałam dopiero na tych spotkankach. Było naprawdę fajnie. Myślałam, że wreszcie coś się układa.
Zaczęłam chodzić z chłopakiem, którego tam poznałam. Kiedy po bardzo długim związku zerwałam z nim, myślałam, że znajomości tamte są mocne. Niestety.
Jestem typem człowieka, który lepiej dogaduje się z facetami. Jako, że mam starszego brata zawsze w domu było pełno chłopców. Więc zawsze trzymam się raczej z chłopakami, niż dziewczynami.
Łatwo się więc domyślić, że moja paczka, złożona była w większość z facetów. Wiadomo również, że bardziej poszli za moim byłym - no w końcu to on był zraniony, nie ja - ja się temu nie dziwię, ale wcześniej mówili, że tak będzie może miesiąc, dwa, żeby się lepiej poczuł, a potem zapewniali, że będzie normalnie. Miałam nadzieję, że to jest możliwe.
Miałam tam również przyjaciela - w sumie zawsze wiedziałam, ze na tej relacji bardziej zależy mi niż jemu, ale jakoś to się trzymało kupy wszystko. Teraz ma dziewczynę, więc już w ogóle - tylko sucho-koleżeńska znajomość została.
Teraz, gdy nie mam takiej "paczki" moje problemy z relacjami międzyludzkimi są o wiele bardziej odczuwalne. Patrzę na ludzi których mijam na mieście - zazwyczaj idą grupką znajomych. Większość z nich znam tylko z widzenia (mieszkam w małej miejscowości), a większość się świetnie zna. Nawet ludzie, których znajomości bym się nie spodziewała. Patrząc nawet na głupiego fejsa bierze mnie zazdrość. Staram się poznawać nowych ludzi. Gadać z tymi, których znam, ale nie umiem tak ich sobą zainteresować, by chcieli ze mną wyskoczyć na głupie piwo czy rower.
Wiem, że większości wyda się to głupie, ale dla mnie to bardzo męczące. Staram się pokonywać siebie, a nie wychodzi. Naprawdę nie łatwo jest żyć kiedy nienawidzisz swojego charakteru, wyobcowania, tego że mimo chęci nie umiem na luzie podejść do obcego człowieka i nawiązać znajomości, tego, że często nie wiem o czym gadać ze znajomymi. Totalna pustka w głowie. A uwielbiam przebywać pomiędzy ludźmi.
Kiedyś kolega się mnie zapytał, czemu gdy dzieli mnie z kimś bariera internetu, potrafię gadać non stop, zabawnie w na luzie, a na żywo nie mogę z nim nawiązać rozmowy - tego też nie potrafię w sobie zrozumieć.
Przełamała w sobie któraś w Was to?