Witam serdecznie. Piszę na tym forum, hmm na jakimkolwiek forum, na ten temat po raz pierwszy, ale nie mam juz sił i muszę to z siebie wyrzucić. Może ktos z Was był tam gdzie ja jestem teraz. Ja wiem, ze nie będzie krótko ale postaram sie jak mogę.
Może zacznę od początku.
Jesteśmy małżeństwem od 11 lat, mamy 10-letniego syna. Układało nam się raz lepiej raz gorzej, ale zawsze jakos to było, byle do przodu. Taki mam charakter i tak w życiu działam. Mój mąż od poczatku naszego związku zrzucił na mnie całą odpowiedzialność za podejmowanie wszelkich waznych decyzji.
Przed ślubem znaliśmy sie rok, z tego 9 miesiecy mieszkaliśmy razem zagranicą. Przez ten czas on nie mógł tam znaleźć pracy, zawsze mu coś nie wychodziło, nie podchodziło, nie było. Przyjęłam do wiadomości, że życ za coś musimy, harowałam a on stał się kurą domową. Po latach wyszło, że przez ten czas okłamywał swoją rodzinę, że tam cały czas pracował.
Po slubie zostaliśmy w Polsce, zaszłam w ciążę, jego tato znalazł mu pracę. Wszystko układało się w miarę pomyslnie. dziecko rosło zdrowo, ja i on skończyliśmy studia. Babcia pomogła mu dostać lepszą pracę. I w chwili kiedy to piszę, po raz kolejny doznaję olśnienia! tato, babcia ehhh.
Po otwarciu rynku pracy w UK, wynalazlam (widzę znowu nie on sam) mu ofertę pracy w zawodzie, w UK. Dobrze płatna, stały kontrakt, min 2 lata, firma pomagała sie przesiedlić. Pojechał. Po poł roku dojechałam z dzieckiem. Było ok.
Przez 3 lata życia ani sie nie dorobiliśmy fortuny, ani nie klepaliśmy biedy. Powoli rozkręciałam malą firemke.
To było jak grom z jasnego nieba. Przyszedł i powiedział, zę musi zapłacic w pracy kilkaset funtów, bo go zwolnią! No jak! Przecież nie można takich rzeczy żądać od pracownika, co jak co prawo pracy znam.
Przegrał wszystko na automatach.
Swoje, moje, pożyczone, firmowe. Zostaliśmy z niczym.
Zdecydował, ze najlepszym rozwiązaniem będzie samobójstwo, bo on nie ma już po co żyć. Ganiałam go ze szwagrem, nie wiem ile godzinę, dwie, trzy po lesie. Uciekał od nas. Błagałam zeby sie nie zabijał, ma mnie i dziecko. Damy rade. Po przemyśleniu nie zabił się.
Natychmiast zorganizowałam pieniądze, chociaż zeby znajomych pospłacać. W pracy zawieśili go dyscyplinarnie. W międzyczasie okazało się, że jego rodzeństwo wiedziało o wszystkim już od miesiąca, pozyczali mu w tym czasie, na oddanie długów a on to oczywiście przegrywał. Zadno z nich nie uznało, że może ja też powinnam wiedzieć.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam z czym się ten cały hazard je. Uwierzyłam, że to koniec, już ma swoją lekcję, nigdy więcej bo widzi co by stracił a bardzo nas kocha.
Wydawało mi sie, ze teraz pospłacamy długi i będzie ok. Nie miałąm powodów żeby wątpić. Nie wiedziałam jeszcze, ze powie i obieca co tylko zechcę.
Kolejna bomba po miesiącu. Tym razem zwolnili go z pracy dyscyplinarnie. Znowu akcja samobójswo, pogoń i powrót. Przysięgał, ze takiej nauczki w życiu nie dostał i już na pewno, milion procent i słowo honoru nigdy wiecej.
Znów pomogłam. Znalazłam prace. 2 lata spokoju. Przestój w robocie. 2 miesiace spedził w domu. Tym razem przegrał swoje, moje, na wypłaty dla moich pracownic, sprzedał z domu.
Poszedł się znowu zabijac, musialam go szukac, prosic, błagac przekonywać. I tym razem się nie zabił. We mnie za to coś umarło. wypaliło się.
Znów przepraszał, obiecywał. Zaczął terapię-poszedł raz; spotkania anonimowych hazardzistów-kilka razy i przestał. Czekałam pół roku czy zacznie robić coś ze sobą, z leczeniem. Nic w tym czasie się na ten temat nie odzywałam. Miałam nadzieję, zę zacznie sam z siebie i dla siebie.
Ne zrobił nic.
Teraz jestesmy już 4 miesiąc w separacji. Wygląda na to, że nie gra ale tez zupełnie sobie nie radzi. Jest cały czas bez pieniędzy. Ja się czuję winna temu wszystkiemu, że nie chce dalej z nim być, ze on sobie nie radzi beze mnie, że powinnam byc, trwac i pomagać.
Dzięki, że chce Wam się czytać te moje wypociny. Wiem, że długi post ale i tak się starałam skrócić i zarazem opisac sytuację.