Mam 18 lat. Mój chłopak ( w dalszej części postu będę oznaczała go literą G. ) jest o 11 lat starszy. Jesteśmy ze sobą lekko ponad rok, a od trzech miesięcy mieszkamy razem. Poznaliśmy się w sieci. On szukał kogoś, komu mógłby uzewnętrznić frustracje będące skutkiem po poprzednim, toksycznym związku. Ja byłam już wyleczona z minionej miłości, i gotowa na nową znajomość. Rozmawialiśmy trochę na czacie, potem przez komunikator, bardzo szybko wymieniliśmy się numerami telefonów. Po kilku dniach miało miejsce pierwsze spotkanie, potem następne... Godzinami rozmawialiśmy też przez telefon. Dogadywaliśmy się, i odnaleźliśmy kilka aspektów, które nas łączyły, ale mimo to z początku nie wiązałam z nim żadnych poważniejszych planów. Widmo jego byłej wracało jak bumerang. Nie znałam jej, a wiedziałam o niej wszystko. Z czasem jednak to niewytłumaczalne "coś", zyskiwało na sile. Odebrało mi zdrowy rozsądek i ciągnęło mnie do niego z ogromnym natężeniem... Kiedy się ocknęłam, topiłam się już w tej znajomości jak śliwka w kompocie. Postanowiłam, że postawię wszystko na jedną kartę, wyleczę go ze złych wspomnień z byłą dziewczyną w tle, i pokażę jak powinien wyglądać uczciwy, partnerski związek, tym samym rezygnując z 50% siebie.
Zanim związałam się z G. byłam bardzo energiczną, obrotną, i już niezależną, bardzo zadbaną, młodą dziewczyną. Zaradną i stanowczą. Miałam masę planów, marzeń do wcielenia w życie, zainteresowań, które bezustannie poszerzałam. Ciągle szukałam nowych wyzwań i polepszałam swój standard życia. Dziś jestem zmęczona, zagubiona, i nieszczęśliwa.
G. pracuje w nocy, jest dostawcą. Ja pracuję jako niania. Gdy on wchodzi do domu, ja wychodzę do pracy, a gdy z niej wracam, on śpi, bo za - przeciętnie - pół godziny będzie jechał do hurtowni. W soboty mamy nawał obowiązków do wypełnienia, a niedziele spędzamy z jego rodzicami. Jeśli my jedziemy do nich, to po skończonej wizycie udajemy się jeszcze w odwiedziny do znajomych G. Jeżeli zaś jego rodzice przyjeżdżają do nas, to mam zagwarantowane, że dzień przestoję w kuchni. Lubię rodziców G. i mam z nimi pozytywny kontakt. To samo tyczy się jego znajomych. Jednak po całym tygodniu naprawdę ciężkiej pracy, chciałabym po prostu odpocząć. Wyspać się, poczytać książkę lub obejrzeć dobry film, spędzić z nim trochę czasu sam na sam. Rozmawiałam z G. na ten temat. Mówiłam, że nie mam nic przeciwko, aby od czasu do czasu się z nimi spotkać, ale cotygodniowe wizyty po prostu mnie męczą. W odpowiedzi usłyszałam, że izoluję się od ludzi i gnuśnieję. Pewnego dnia, raczył spytać mnie o zdanie, czy po obiedzie u jego rodziców, chciałabym zajechać do jego znajomych. Powiedziałam otwarcie, że nie mam ochoty na spotkania towarzyskie. Opornie, ale zdawało się, że zaakceptował odmowę. Wieczorem jednak podpuścił swoją koleżankę, aby mnie przekonała, i koniec końców postawił na swoim... Podobnie było z zapraszaniem kolegów do nas, gdy był na urlopie. Przychodzili na mecz, bądź na KSW, siedzieli popijając wódkę. Opuszczali nas przeciętnie o 4:00 nad ranem. Zostawały mi wówczas niecałe 4 godziny snu, bo towarzystwo do najcichszych nie należało, a przede mną było 12 godzin pracy... Poprosiłam, aby na następny raz ustalał ze mną terminy takich wizyt. Przeprosił, uznał, że mam rację, okej. Pod koniec urlopu najpierw zaprosił kumpli do nas podczas rozmowy telefonicznej, a potem spytał mnie o zdanie. Dobrze, że to był piątek...
Jest jeszcze jeden aspekt związany ze spotkaniami z jego znajomymi, który stanowi dla mnie dość poważny problem.
Mam znajomą, która bardzo podoba się G. Kiedyś ze sobą pisali. Dialog między nimi zaczął wrzeć, i na zachętę wysłała mu nagie fotki. G. niby sobie nic z tego nie zrobił, ale znajomym przy każdej możliwej okazji chwali się, że miała na niego ochotę. W takich momentach, czuję się z tym delikatnie mówiąc głupio i nie wiem jak zareagować. Potem, gdy jesteśmy już sami, mówię mu, że nie podoba mi się to, i nie życzę sobie takich tekstów. W odpowiedzi słyszę, że przesadzam...
Bezustannie mnie kontroluje, sprawdza, ciągle ma o coś pretensje. Potrafi znaleźć jakiś paragon, i pytać się co robiłam w tym miejscu. Podejrzewam też, że grzebie mi w torebce, bo bardzo dobrze zna jej zawartość. Ciągle wytyka mi potknięcia i błędy, nie dostrzegających mych starań... Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek żyła w takim napięciu. Seks u nas też jest sprawą zepchniętą na ostatni plan, bo G. albo jest zmęczony, albo nie ma ochoty. Kiedy słyszę po raz wtóry tą samą wymówkę, zaczynam się zastanawiać, czy on przypadkiem nie ma kochanki... Zupełnie przypadkowo znalazłam w jego szafce opakowanie po prezerwatywach, i od tamtego momentu zaczęły rodzić się we mnie wątpliwości co do jego wierności... Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, ile razy usłyszałam od niego, że ładnie wyglądam. Za to wielokrotnie słyszałam komplementy na temat innych pań.
Mówi mi, że podniosłam go z kolan, że mnie kocha i że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Mówi, ze łzami w oczach, że jak odejdę, to złamię mu serce... A ja jedyne rozwiązanie jakie widzę, to rozstanie... Myślałam, aby napisać list, po prostu się spakować i wyjść, bo boję się jego kolejnych manipulacji, ale waham się, czy to byłoby w porządku wobec niego...