Mieszkałam w mieście, w którym w kilku miejscach były skupiska Cyganów, natomiast nie było raczej żebraków. Jak żyli - pojęcia nie mam, część miała swoje stoiska na targu i handlowała, reszta nie wiem. Wyjątkiem jest jedna stara Cyganka, która od lat 10 przynajmniej stoi całe dnie na dworcu PKS i chce wszystkim wróżyć za 2 zł. Nie widziałam chętnych. Miałam okres, że dość często jeździłam autobusem stamtąd i kiedyś przy którejś mojej odmowie powiedziała mi, że widzi w moich oczach, że jestem nieszczęśliwa i tylko udaję wesołą. Innym razem krzyczała, że za mną jest śmierć. Różnie bywa, ale zazwyczaj zabawnie.
Jednego z Cyganów poznałam dobrze, mieszkał w tym mieście od urodzenia, jednak poznałam go na obozie, jak miałam jakieś 13 lat, on był może ze 3 lata starszy. Było tak, że on i 2-3 Cyganów, którzy z nim byli, nie wchodzili tam nigdy nikomu w drogę, ale też niespecjalnie się integrowali. Wynikła dość zabawna sytuacja - przynajmniej dla mnie - kiedy zrobili sobie zawody z innymi chłopakami. Generalnie mieszanka break dance'u, akrobatyki, parkoura i wszystkiego. Kto wyżej, lepiej, ciekawiej, większych zasad brak. Moja mama, która była tam opiekunką, poszła ich uspokoić, bo jednak ktoś mógł sobie krzywdę zrobić, a oni marudzili, że nie ma zwycięzcy. Mama jest młoda, wtedy miała 33 lata, a akrobatykę trenowała zawodowo przez kilkanaście lat, ja przez kilka + to, co ona nauczyła mnie dodatkowo. Stanęła bez słowa na brzegu boiska, zrobiła bez żadnego uprzedzenia rundak, salto, przerzut w przód/tył i kilka innych rzeczy, że wyglądało to tak, jakby z jednego końca boiska dostała się na drugi, później zawołała mnie i zrobilyśmy kilka figur w parach. Na widok ich min ja zaczęłam umierać ze śmiechu, a mama skwitowała, że już mają zwycięzcę, chyba że ktoś to powtórzy. "Nasi" chłopcy zaczęli bić brawo, a wszyscy Cyganie poza tym jednym, odeszli jak niepyszni. Ten jeden właśnie znalazł sobie idolkę w postaci mojej mamy i dzień w dzień męczył ją, żeby go czegoś nauczyła. Czasem się zgadzała i był zachwycony. Za to ja po powrocie do domu już nie miałam problemu z chodzeniem po ciemku po "tych dzielnicach", w razie czego miałam mu anonsować i miał być moim przewodnikiem. W sumie śmiesznie było, do dzisiaj jak na siebie wpadniemy, to pogadamy chwilę, powspominamy.
Zupełnie inna sprawa, jak się wyprowadziłam do Warszawy, to jednak to, co się dzieje na Centralnym, mnie przeraża. Czy mróz, czy upał, wiecznie te matki z dziećmi na rękach, oburzone jak nie dostaną. Kiedyś kilka wkurzonych osób im nawymyślało, aż przyjemnie tego słuchać było.