Zaglądam od jakiegoś czasu, szukając w Waszych historiach jakiegoś ukojenia, potwierdzenia że z czasem będzie lepiej. Postanowiłam, że w końcu napiszę o mojej historii, może pomoże mi się to jakoś pozbierać.
Mojego chłopaka poznałam podczas studiów zagranicą. Zupełnie tego nie planowałam, wręcz wyjechałam z myślą, żeby nie wiązać się z nikim na wyjeździe, żeby nie było potem dylematów, związków na odległość etc (wiedziałam, że będę musiała wracać do Polski).
On zakochał się we mnie od razu. Od samego początku. Powiedziałam mu, że nic z tego nie będzie, bo nie interesują mnie przelotne znajomości, a nie chcę się wiązać z kimś mając perspektywę powrotu. Poza tym zupełnie nie był w "moim typie". Ale jak to w życiu bywa: wyszło zupełnie inaczej. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, był ciągle obok: pomocny, dobry, inteligentny, zabawny, no fajny facet po prostu. Bardzo go pokochałam i stwierdziłam, że niewielu znam takich mężczyzn jak on, i że warto spróbować.
To przejście z przyjaźni do miłości było bardzo płynne. Początkowo powiedziałam mu, że jeśli tego rzeczywiście chce, to ja również, ale, że nie wyobrażam sobie związku na odległość, więc kiedy wrócę do Polski, to będzie dla nas koniec.
Było nam naprawdę świetnie. Jednak jesteśmy bardzo różnymi ludźmi - i to co początkowo wydawało mi się bardzo na plus dla Nas, z czasem okazało się olbrzymią przeszkodą. Ale po kolei...
Po moim powrocie do kraju miał być koniec. Jednak już po dwóch tygodniach okazało się, że nie jesteśmy w stanie tego skończyć, że bardzo chcemy się znów zobaczyć. I przyjechał do mnie. Spędziliśmy razem świetne dwa tygodnie.
Potem zaczęło się planowanie kolejnych spotkań, praca, żeby zarobić na wyjazd, odliczanie czasu do spotkania, dziesięć dni razem, powrót i od początku to samo...
W ciągu ostatnich 2 lat, spotykaliśmy się mniej więcej co dwa miesiące, na dziesięć dni. W wakacje na miesiąc, a w ostatnie wyjechałam do jego kraju robić czteromiesięczny staż.
Z odległością było mi coraz trudniej, zwłaszcza, że wysiłek wkładany przeze mnie w nasze kolejne spotkania był niewspółmiernie duży, względem jego starań.
Pracowałam w nocy (bo studiuję dziennie), żeby uzbierać pieniądze na wyjazd do niego. Było to dla mnie bardzo dużym wysiłkiem i z czasem, nie widząc, że on równie mocno się stara o nasz związek, zaczęło to być źródłem mojej frustracji,bólu, smutku.
Nie oznacza to, że on mnie nie odwiedzał - był tutaj kilka razy, ale jako, że ja mieszkałam z rodzicami, a on pracował, to wygodniej było nam się spotykać u niego.
Mówiłam mu, że jest mi źle, z tym, że muszę wkładać tyle wysiłku w to byśmy mogli być razem - tym bardziej, że on był w dużo lepszej sytuacji niż ja (ja - studiująca i pracująca, on już po studiach, z dobrze płatną pracą i możliwością pracy zdalnej - z dowolnego miejsca na świecie).
Początkowo miał zostać u siebie, żeby napisać i złożyć pracę dyplomową. Potem miał przyjechać do Polski. Pracy nie napisał przez 2,5 roku. Ale niestety też nie przyjechał.
Kilka razy uznawałam, że nie ma ten związek sensu. Że zbyt wiele wysiłku mnie kosztuje, a nie dostaję w zamian zbyt dużo zaangażowania. Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie. Po prostu osobno się nie dało. Tylko, że czy wogóle można mówić o tym, że jest się razem będąc tak daleko od siebie?
Dojrzewała we mnie decyzja o tym, żeby to zakończyć. Postanowiłam, że dam nam ostatnią (którą tu już ostatnią?) szansę: pojadę do jego kraju na dłużej, łącząc przyjemne z pożytecznym - dostałam się na bardzo fajny staż. Powiedziałam mu od razu, że jeśli nic się potem nie zmieni, oznacza to dla mnie koniec. Obiecywał, że wróci do Polski razem ze mną. Że będzie wszystko wspaniale... W myślach widziałam już nasze wreszcie poukładane życie, razem, bez tych cholernych odległości, samolotów. Czułam, że to już jest nasz czas, że czeka na mnie pierścionek... Było świetnie - jak zawsze kiedy byliśmy blisko. Było... Dopóki byłam u niego. Nastał czas kiedy musiałam wracać (na ostatni rok studiów) i oczywiście nie przyjechał.
Wypłakiwałam oczy w poduszkę, nie mogłam spać i zupełnie nie umiałam wstać rano z łóżka. W końcu, po kilku tygodniach postanowiłam sobie, że wstaję, że będzie wszystko dobrze. Przestałam do niego dzwonić, pisać, odbierać jego telefony. Wtedy... przyjechał! Przez pierwsze kilka dni starałam się być twarda i unikać z nim kontaktu. W końcu jednak zgodziłam się na rozmowę. Rozmawialiśmy długo, o tym czego ja oczekuję od niego, co było nie tak, czego on chce, jakie ma obawy - wiem, że nie jest łatwo podjąć decyzję o życiu w innym kraju. Na koniec zobaczyłam go po raz pierwszy w życiu ze łzami w oczach. Powiedział, że wszystko spieprzył, że nie wyobrażasobie życia beze mnie, że chciałby to naprawić. No i się zgodziłam na jeszcze jedną szansę.
Przed świętami, w ogóle nie pytając mnie o zdanie, nie konsultując ze mną tego w jakikolwiek sposób, oznajmił mi, że jedzie na święta do domu. Zabolało mnie, że zupełnie mnie nie zapytał o to, jak spędzamy swięta. No i pojechał. Zostawiając mnie kolejny raz w takiej samej sytuacji jak wiele razy wcześniej: znów nie wiedziałam kiedy go zobaczę i na jakich zasadach.
Miał wrócić. Do tej pory nie wrócił. Starałam się unikać kontaktu z nim. Jednak on pisze, dzwoni... Ja zaczęłam zawalać wszystko po kolei: szkołę, pracę, znajomych... znów wpadłam w ten okropny dół, kiedy nie jestem w stanie zrobić czegokolwiek. Jedynie rozmowa z nim pomaga. On mówi, że chce tu przyjechać. Ja już jednak w to nie wierzę. Nie ufam mu. Ale nie umiem z nim nie rozmawiać. Nawet jeśli wytrwam kilka dni, to łamię się później. Czuję się lepiej przez chwilę, a potem jest znowu dół. Powinnam się zająć pracą magisterską, ale nie jestem w stanie. Mam niezdane egzaminy i nie umiem wstać z łóżka, żeby się zacząć do nich uczyć.
Byłam pewną siebie, przebojową i wygadaną osobą. Teraz czuję że nie panuję zupełnie nad sobą, mam problemy z wysławianiem się, czuję, że wszystkie moje mięśnie są napięte do granic możliwości, wypowiedź na forum, wśród ludzi, to dla mnie straszne przeżycie, serce mi wali, boli mnie.
Nie chcę być taką osobą. Wiem, że nie powinnam tego kontynuować, jednak sama myśl, że muszę zacząć wszystko od nowa, bez niego - przeraża mnie. Nie chcę nikogo innego. Tylko jego. Wiem jednak, że nie chcę też ciągnąć na siłę tego związku, za nas dwoje.
Byłam zawsze tą silniejszą w naszym związku: byłam zawsze przebojowa, zdecydowana, towarzyska, silna. U mnie co w sercu, to na języku. On jest inny: zamknięty, spokojny, wyważony, ale i cholernie nieumiejący podejmować decyzji. A to męczy, chciałąbym móc na nimpolegać, wiedzieć, że jest obok kiedy go potrzebuje, że poniesie nas dwoje, kiedy ja już nie mam siły...
Teraz czuję, że jestem popsuta. Już nie jestem taka jak kiedyś. Myślę, że już zrozumiałam, że on nie da mi tego, czego chcę. O czym marzyłam. Ale nie umiem się z niego wyplątać.
Kiedyś byłam nawet gotowa się przenieść do niego. Na stałe. Ale on uznał, że muszę skończyć te cholerne studia. Poza tym, w jego kraju, jest bardzo, bardzo źle, jeśli chodzi o pracę, dla osób z moim wykształceniem. A on ma zawód uniwersalny, wiele sukcesów i nagród - i naprawdę może pracować gdziekolwiek. Ja nawet nie upierałam się na Polskę - próbowałam rozmawiać, może o wyjeździe gdzieś indziej. Trudno jednak z nim rozmawiać, on po prostu nie potrafi podejmować decyzji... Ach, no i oczywiście problem językowy. Ja nauczyłam się jego języka w półtora roku. Do poziomu swobodnej konwersacji. Pracowałam w tym języku. On mimo moich próśb, starań, nigdy nie nauczył się polskiego.
I tak jestem znowu w tym ciemnym miejscu, gdzie jedyne, co mnie ratuje, to rozmowa z nim, która w dłuższej perspektywie robi mi jeszcze gorzej.
Mam poczucie, że zmarnowałam prawie cztery lata życia. CZekałam na coś, co miało być moim świetnym życiem z nim. Jednak nigdy nie nadeszło.
Był to mój pierwszy poważny związek. Pierwszy mężczyzna. I bardzo chciałam żeby był tym na zawsze.
Tym, którzy wytrwali do końca mojej historii, bardzo dziękuję.