Kochani!
Mój problem jest złożony. Po pierwsze przez ostatnie dwa miesiące wydawało mi się, że znalazłam mężczyznę, z którym ułożę sobie w końcu życie. Mam 24, za moment kończę studia i pewnie wrócę do domu rodziców, gdzie rygor narzucony przez nich nie pozwoli mi znów nikogo poznać, tak, jak było to w okresie dorastania. Przerażona tą perspektywą, znalazłam kogoś i trzymam się tej osoby, chociaż w ogóle mnie ten mężczyzna nie pociąga. Rozmawiamy przez długie godziny, on przyjeżdża do mnie 150km raz w tygodniu, zjawia się z kwiatami i słodyczami, jest kochany i pomocny. Tylko ja nic do niego nie czuję. I to z kolei wpędza mnie w ogromne poczucie winy i dyskredytuje mnie we własnych oczach. Przed nim były przelotne znajomości, wszystko kończyłam po kilku miesiącach. Nie rozumiem swojego postępowania, ale widzę, że coś z nim jest nie tak. Po prostu zawsze nadchodził moment, kiedy uciekałam i jednocześnie stwierdzałam, że stać mnie na coś lepszego, że znajdę kogoś, kto będzie miał to, czego brakuje obecnemu mężczyźnie. W tej chwili jest to zapach i naturalnie związane z tym sytuacje intymne, których unikam. Zastanawiam się, gdzie popełniam błąd i co się ze mną dzieje. Moi rodzice naciskają mnie na małżeństwo, mam wrażenie, że już z byle kim, a ja nie widzę nikogo, z kim chciałabym taki związek stworzyć. Kiedyś pojawił się jeden facet, co do którego po raz pierwszy poczułam "to coś" i nie chciałam zmieniać. Ale oberwałam, wybrał inną i odszedł, zbierałam się dwa lata. Teraz już nie myślę o nim, za każdym razem, kiedy wraca to wspomnienie, nasuwa mi się skojarzenie martwicy. Taka martwica duszy - część Ciebie, która istnieje, bo ją wspominasz, ale wszystko co kiedyś mogło zranić, dzisiaj nie boli, nic nie czuć. Sama nie wiem, co robić. Wiem, że ten post jest trochę przydługawy, ale sytuacje jest skomplikowana i wchodzi w nią kilka czynników. Proszę, pomóżcie, może macie podobne doświadczenia albo potraficie wczuć się w ten problem i udzielić rady. Z góry dziękuję wszystkim, którzy się odezwą.