Witajcie,
czy mogłabym podzielić się z Wami moją historią?
Kilkanaście miesięcy temu poznałam mężczyznę. Oboje mieliśmy za sobą szereg trudnych doświadczeń. Od początku traktowałam go z rezerwą, wcale nie chciałam się angażować. Zakochałam się. Był dobry, zabiegał, troszczył się, gdy broniłam magistra potrafił wziąć wolny dzień aby jechać ze mną do szkoły, nigdy z niczym nie zostawiał mnie samej.
Zamieszkaliśmy ze sobą. Na początku było to dla mnie trudne. Nowe miasto, żadnych przyjaciół, tylko on. Pracowałam zdalnie, większość czasu spędzałam w domu, gotowałam, robiłam śniadania, kanapki, zakupy. Dbałam o dom i o niego. Przy wszystkich zachwalał mnie, moją kuchnie, jego mama patrzyła z zazdrością. Dzieci sióstr mnie uwielbiały, sama je pokochałam z resztą... I tu pojawił się problem...
W Wigilię w tym roku pojechaliśmy do niego, zaraz po kolacji u mnie. Składaliśmy sobie życzenia. Jego mama zrobiła to w bardzo dziwny sposób, powiedziała, że ona jest taka dobra, nie zazdrości, nie kłoci się, chce dla każdego dobrze i że jeśli kiedyś ja i jej syn rozstaniemy się, nie będziemy razem to ona i tak nie będzie nic do mnie miała, bo kocha wszystkie dzieci. Byłam w szoku, nie wiedziałam o co chodzi.... Zamurowało mnie i sprawiło, że miałam w oczach łzy i wyszłam, nie wiedziałam jak się zachować.
Tydzień później pojechaliśmy do jego rodziców i powiedziałam jej szczerze, że nie chciałabym aby gniewała się na mnie, ale chciałabym żeby wiedziała dlaczego tak się zachowałam. Zaczęłam mówić, że nie biorę pod uwagę nawet tego, ze moge z jej synem nie być, rozpłakałam się. Była oschła, wygadywała dziwne rzeczy, mówiła, że skąd ona może wiedzieć czy będziemy razem, czy będzie mnie chciał, to było straszne. Mój (jeszcze wtedy) chłopak oburzył się tym wszystkim, w samochodzie gdy wracaliśmy powiedział, że przyznał jej się pare razy do naszych kłótni, bo pociągnęła go za język. Ludzie się kłócą, a nasze kłotnie jeszcze wtedy nie były niczym złym. Normalne problemy dnia codziennego.
Po kilku tygodniach zabrał mnie w góry. Byłam w szoku, ale oświadczył mi się. Najlepsze jest to, że było to zaraz po świętach i tych historiach w jego domu z mamą. Zgodziłam się, byłam przeszczęśliwa. Planowaliśmy ślub, zaliczki wpłacone, wszystko.
Tu zaczeły się schody, wszystko to co mówiła jego mama... zaczęło się od momentu, gdy on jej powiedział, że chce się odświadczyć. Wcześniej byli dobrzy, nieraz ich broniłam, mówiłam, że mogłabym ich pokochać. Tak było. Gdy zaczelismy planować ślub jego rodzice się burzyli (głównie w tamtej rodzinie rządziła matka, ojciec malo co mial do powiedzenia), nie chcieli nas wspierać, ale ja go wspierałam, broniłam ich, gdy się złościł, mówiłam, że nie może przecież zabraknąć ich na ślubie i z czasem wszystko się ułoży. Kombinowali jak mogli, on był z daleka, wpadli nawet na pomysł, że może lepiej ślub, wesele zrobić w jego rodzinnym mieście, że miałabym wziąć autokar gości i przyjechać do nich. To było straszne. Smuciło mnie. Dano nam obrączki do przetopienia, a na drugi dzien mama zadzwoniła i powiedziała narzeczonemu żebyśmy się wstrzymali, bo może oszukają nas z tym złotem, jak będziemy chcieli przetopić i że może ona sobie zrobi kolczyki.
Mój narzeczony zawsze dużo rozmawiał z mamą, mówił, że była jego przyjaciółką, że mówili sobie o wszystkim, a gdy ja się pojawiłam podobno o nas jej nie opowiadał.
Można by mówić i mówić.
Kłotnie między nami były jednak coraz gorze... W nerwach chciał uciekać z domu, zatrzymywałam go, rzucił kiedyś szklanką, zniszczył zamek od drzwi.... i jeszcze wiele innych rzeczy. Wpadałam wtedy w panikę. Podczas kłótni nie byłam bez winy - nie chciałam mu ustępować (choć często i tak to robiłam), nie chciałam się zatracić, walczyłam o siebie. Te kłótnie odbierały mi radość. Do tego ta jego mama, co pojechaliśmy tam szkoliła mnie jak mogła, dziwnym trafem ciągle sugerowała mi, nie mówiła wprost, że nie wolno się kłócić, opowiadała wszystkie intymne szczegóły ich rodziny, źle mówiła na zięciów, ich rodziny, bałam się tego, że o mnie tez tak będzie mówić krępowało mnie to bardzo, nie chciałam tego słuchać, nie byłam nauczona, u mnie w domu nikt nikogo nie oceniał. Powiedziałam narzeczonemu o tym co czuje w związku z tym, po tygodniu czasu pojechaliśmy tam i ona w rozmowie wyjaśniała mi to kilkakrotnie. Niby nic złego, ale wyszło na to, że narzeczony coś jej mówi. Zaprzeczał, mówił, że wymyślam, a ja po prostu nie mogłam uwierzyć w takie zbiegi okoliczności. Męczyło mnie to strasznie, a z narzeczonym kłótnie się nasilały dodatkowo. (dodam, odbiegając od tematu, że przyszły teść akurat mnie uwielbiał, zawsze przytulił, wycałował). Narzeczony miał problemy, czasem nie rozumiałam tego jak kombinuje, co się dzieje, nie radził sobie z sobą, zaczął mnie zastraszać, że mam siedzieć z nim i rozumieć go, bo jak nie to sobie zrobi krzywde. Padały takie przykre słowa. Bałam się o niego, z drugiej strony wiedziałam, że mam dużo zrozumienia dla niego i cierpliwości, więc nie wiedziałam czego oczekuje jeszcze...
W nerwach nieraz podczas kłótni, po tych jego zagraniach z niszczeniem przedmiotów itd. mówiłam, że odejdę, że nie mogę być z nim skoro tak się dzieje, że nie chce tego ślubu jeśli ma nas tak ranić, bo chce być szcześliwa planując to. Mąż, małżeństwo, rodzina to świętość dla mnie, powtarzałam ciągle, było to dla mnie tak wyjątkowe, że nigdy nawet nie marzyłam o tym.
W czwartek się pokłóciliśmy bardzo. Oddałam pierścionek. To był burzliwy wieczór, bo zaraz po kłótni pogodziliśmy się, jednak zanim do tego doszło znów słyszałam zastraszanie, że spotkamy się na jego pogrzebie, pytał czy nie boje sie, ze przeze mnie moze mu sie cos stac, prowokował, mówił abym go uderzyła.. Położylismy się spac, ale nie moglam zasnac, powiedzialam mu o tym, a on z krzykiem "myślisz, że jak Ty nie śpisz, to ja też mam nie spać?". Wtedy dotarło do mnie znów, mimo pogodzenia, że musze się w koncu spakowac i odejsc. Tak tez się stało. Zebrałam tyle rzeczy ile się dało i na drugi dzien rano, gdy był już w pracy wyprowadziłam się (częściowo jednak, nie miałam jak zabrac wiecej rzeczy). Mielismy jedne klucze, wiec zawiozlam mu je do firmy. Zabrałam pierscionek, powiedziałam, że nie mogę powiedzieć, że to koniec bo przecież go kocham, ale nie mam siły dalej walczyć z nim, muszę wszystko przemyśleć i jeśli uznam, że odchodzę to chcialabym aby to uszanował.
Czuje się źle, ale też spokojnie bardzo. Zapomniałam dodać, rano w dniu wyprowadzki powiedział mi "psujesz relacje naszej trójki" - nie muszę chyba mówić o kogo chodziło? ...
Co zrobić, poradźcie? Kochałam go szczerze i kocham go nadal. Poszłabym za nim w ogień, nie mogłam jednak dłużej tych kłótni, niszczyły mnie, jego mamy tez było za wiele w tym związku, musiałam coś zrobić z tym wszystkim w końcu. Nie chciałam uciekac, ale...