Tyle radziłem Scoobiemu, żeby się nie odzywał do byłej, aż sam znalazłem się w podobnej sytuacji i nie wiem co robić. W skrócie:
Byłem z dziewczyną prawie półtorej roku. Początki były super. Od dość długiego czasu jednak kłociliśmy się o pierdoły. Było dużo zazrości. Z mojej i jej strony. Często mówiliśmy sobie, że musimy sie ogarnac, zmienic. Ale nic nie robiliśmy w tym kierunku. Jakoś pod koniec grudnia 2012 stwierdziłem, że na prawdę muszę się ogarnąć bo prawie rozwaliłem nam wyjazd na sylwestra. Czytam o zazdrości, pracowałem nad sobą. Gdy coś mnie denerwowało nie mówiłem o tym. Dziewczyna wiedziała, że nad tym pracuje. No ale niestety z jej strony nic, a przynajmniej nic nie mówiła. Dalej wypominała mi różne rzeczy (a na prawde wypominalismy sobie głupoty typu lajk na fejsie), tłumaczyłem jej wtedy, że przecież też tak robi, i nic jej nie mówie.. Ale nie docierało. Po którejś kłotni przestalismy sie tak często widywac, a gdy już sie widzieliśmy to max godzinka, i była strasznie oschła.. Powiedziałem jej o tym, przytakneła i powiedziała że to przez te kłótnie, ale że się ogarnie wszystko. Gdy dalej to trwało w końcu uznałem, że dam jej czas. Że może ją przytłaczają te spotkania (mimo że były to 2-3 40 min. spotkania w tygodniu). Zapierała się nogami i rękami że 'co ty za głupoty gadasz, przestań, nic się nie dzieje'. Aż sama powiedziała, że może to dobry pomysł.. Urwaliśmy kontakt na dosłownie jeden dzień, i lajkła zdjęcie chłopaka z którym się kiedyś spotykała. Wiem, jak to głupio brzmi... Ale przez jej oschłość, przerwe którą chciała i w ogole, zacząłem myśleć, że jest ktoś trzeci. Bez namysłu polubilem zdjęcie koleżanki z liceum, której ona nie trawi. Od razu telefon jaki jestem podły itp.. Tłumaczyłem, że przecież to jest to samo i nie obrażam jej tak jak ona mnie.. Nic. Chciałem spotkania, nie chciała. Ale miała coś mojego, więc zażądałem zwrotu byle sie spotkać. Na spotkaniu jeszcze raz tłumaczyłem.. Nic nie docierało. Przytuliłem ją, powiedziałem że nie zmusze jej siłą żeby ze mna chciała być.. i odeszła.
Następnego dnia napisałem na spokojnie kartke, żeby wiedzieć co powiedzieć (często w złości plącze mi się język). Zadzwoniłem, powiedziałem. Między innymi tłumaczenie, że nie możemy o takie pierdoły sie klocic, tymbardziej że ja już o nie się nie awanturuje.. Była raczej zadowolona z telefonu, powiedziała że wszystko jakoś się ułoży. Ale nie odezwała się. Przy kolejnym telefonie powiedziałem, że musimy zawalczyć ale tym razem na prawde pracować nad sobą, że ja już to robie tyle czasu i czeum ona też nie może? Usłyszałem że 'ja nie wiem czy chce z tobą jeszcze być'. Zabolało, powiedziałem że rozumiem. I żeby się nie zastanawiała i nie dzwoniła, bo skoro dla niej ciężko jest zwalczanie złej cechy, która psuje związek to nie ma to sensu. Od tamtej pory cisza. Wczoraj nie wytrzymałem, napisałem sms'a z pytaniem co się stało z całym jej uczuciem. Zero odpowiedzi.
Nie chce wyjść na jakiegoś desperata, natręta, wariata.. Po prostu nie jestem w stanie przestać o niej myśleć nie wiedząc co tak na prawdę się stało. Rozumiem - miała dość kłotni. Ale dlaczego nie chciała nawet spróbować wyeliminować ich źródła - chorej zazdrości?
Po co były te wszystkie teksty o wspólnym mieszkaniu, przyszłości? Nawet moją specjalizacje na studiach ustalałem z nią, żeby była praca w miejscu do którego chcieliśmy się przeprowadzić.. Mówiła, że zrobi dla mnie wszystko.. a gdy przyszło co do czego nie była w stanie zrobić czegoś co w związku jest podstawą? Czyli praca nad sobą i nad dobrem obojga?
Czuje ogromny żal, że po wszystkim co przeszliśmy, w jej oczach nie jestem wart rozmowy i wyjaśnień..
[Edit] Miało być w skrócie a wyszła cegiełka.. wybaczcie : P