Zacznę od tego,że mój partner wyjechał do Niemiec pod koniec czerwca. Początkowo wszystko jakoś szło. Rozmawialiśmy codziennie,dogadywaliśmy się dobrze. Czasami wynikały różne nieporozumienia jednak zawsze udawało nam się zażegnać konflikt. Od listopada coś zaczęło się psuć.Narzeczony stał się nerwowy, szybko wybuchał, ja za to zaczęłam wymyślać sobie różne głupoty (wiadomo, jak kobieta ma za dużo czasu, to wymyśla głupoty). Jestem osobą impulsywną i w nerwach mówię różne głupoty. Natomiast zawsze po kłótni chcę jak najszybciej się pogodzić i praktycznie szybko zapominam o tym, co mówiłam w złości. Mój partner za to długo tłumi w sobie emocje, to co usłyszał pozostaje mu na długo w pamięci. W święta doszło między nami do paru spięć, po których nasze rozmowy przestały być normalne. Obecnie to ja się staram,żeby było tak, jak dawniej, a on jest skryty, przestał żartować, śmiać się. Wyraźnie widzę, że coś jest nie tak. Wczoraj powiedziałam mu przez telefon co czuję, że jest mi przykro, że chciałabym wszystko naprawić. Powiedział mi,że on nie wie co naprawiać, bo powtarza się znowu sytuacja sprzed roku, gdy rozstaliśmy się na kilka dni właśnie o kłótnie. Wtedy też nie mógł o nich zapomnieć. Zapytałam, czy myśli o rozstaniu. Odpowiedział, że nie wie i żebym się teraz nie zadręczała, bo on nie wie co będzie, a czas jest najlepszym rozwiązaniem i nie chce podejmować decyzji w nerwach. Martwię się, bo już sama nie wiem jak z nim rozmawiać...Czy tak jak on, udawać że jest ok, ale zachowywać się z dystansem i przeczekać, czy ciągle drążyć ten temat? Powiedział mi,że gdy człowiek na coś naciska, wymusza, to zawsze w takich sprawach otrzymuje się odwrotny skutek od zamierzonego. Nie chcę za bardzo naciskać na niego, bo pamiętam,że jak rok temu biadoliłam mu,że na pewno mnie zostawi itd to tak się stało, a gdy odpuściłam, to między nami się poprawiło. Jednak boję się okropnie,że on już nie kocha (chociaż uważa,że znowu wymyślam głupoty) i że stanie się znowu najgorsze.
Najgorsze jest to,że powtarza się identyczna sytuacja jak sprzed roku i jeśli nie wyciągnęłam z tamtej żadnych wniosków, to teraz będzie ciężko mi przekonać go do swoich argumentów. Wiem,że w kłótniach wina leży zawsze po obu stronach, jednak wydaje mi się, że to ja w dużej mierze zawiniłam. Nie potrafię panować nad swoimi emocjami, szybko się denerwuję, wybucham,a później nie wiem, jak zachować się po kłótni...Tak samo jest teraz. Chciałabym, żeby od razu się poprawiło, było lepiej.... Czy ktoś z Was był w takiej sytuacji ?
Podobne tematy
Związek na odległość kiedy jeszcze 1osoba jest wybuchowa, a druga dusi w sobie uczucia ,jest trudny.
Sama widzisz swoje błędy, skoro obawiasz się że popsujesz Wasze relacje swoim "biadoleniem" to zwyczajnie przestań - nie dystansuj się, ale i nie narzucaj. Bądź zaineteresowana jego życiem, opowiadaj o tym co u Ciebie,ale nie wracaj do spraw które Was poróżniły i nie przepraszaj wiecznie za swoje zachowanie tylko się popraw.Spróbuj panowac nad emocjami, wiem,że to trudne,ale dla niego czy dla kogokolwiek innego i tak powinnaś.
Przechodziłam przez taki etap i taki związek, więc wiem co mówię.
Faceci nie znoszą cierpiętnic i emocjonalnych szantażystek
próbowałam tego i wiem,że się nie sprawdza ![]()
Przez tydzień spróbuj być po prostu lepsza, jak sytuacja się poprawi będziesz wiedziała w czym był problem. Jak się nei poprawi to może oznaczać że coś jeszcze Wam przeszkadza (może ta odległość?/brak zaufania? etc?).
Dziękuję za odpowiedź
Wiesz, tutaj problem jest też taki, że on gdy wracał po paru tygodniach oczekiwał pewnie,że będę miła, nie będę się denerwować o wszystko. Zdarzało mi się również, że odmawiałam seksu, bo po prostu byłam zmęczona...Myślę,że to też w dużej mierze zaważyło na naszej relacji. W święta miałam poczucie, że tylko seks się dla niego liczy, ale nie powiedziałam mu tego, tylko płakałam. Dopiero wczoraj się odważyłam...Nie wiem,czy moje słowa do niego trafiły.
Boję się tylko najgorszego i tego, że już się zmęczył tymi ciągłymi kłótniami. Dam mu czas, bo jest dla mnie najważniejszą osobą i mam nadzieję, że nasza sytuacji jakoś się poprawi...
hej,
nieważne po ilu tyg.on wraca - oboje żyjecie,pracujecie, macie stresy, nerwy, zmartwienia - niech nie oczekuje wiecznie zadowolonej panienki chętnej zabawić się z nim przy każdej okazji. Nie może być tak,że facet teraz ma foszki bo nie sypiacie ze sobą. Moja praca zmusza mnie do częstych wyjazdów i mój facet nie oczekuje,że zawsze dostanie czego chce.To nie jest mój obowiązek ani Twój.
Po prostu nie bądź upierdliwa, staraj się nie tracić panowania nad sobą i nie skupiaj się na pierdołach o które Wam kiedyś tam poszło.
Napewno się zmęczył, ale jak znam facetów to nawet z prostego wygodnictwa nie pójdzie szukac nowej osoby- całe te zaloty/ podchody, a Wy już zaręczeni, kwestia dogadania, nie sądze żeby miało to większe znaczenie dla trwałości waszego związku.
Może pomyśl o wyjeździe za nim,bo ta odległość chyba Wam nie służy...
Najpierw sobie wmawiasz ,że on pewnie już Cię nie kocha ,a teraz że to wina że odmówilaś sexu.
Przesada w żadną ze stron nie jest dobra - nie bądź taka przewrażliwiona odnośnie jego uczuć-zawsze podczas rozstania jak Wasze najpierw jest wiele dobrych chęci,a potem zmęczenie tą odległością, a odnośnie sexu to chyba jasne,że zgadzam się z tiaMarią - nie masz takiego obowiązku, jednak wiem,że faceci się o to obrażają.
Każda z nas widzi jaki ma nastrój zaspokojony facet, sęk w tym zeby jego myślenie wychodziło ponad jego potrzeby i łóżko. Powinien też zatroszczyć się o Twoje samopoczucie - żebyś wciąż czuła się potrzebna,wysłuchana, kochana.
Daj mu czas,ale nie bądź też ślepo uległa - on musi wiedzieć,że Ty też stawiasz swoje warunki,tylko rób to MĄDRZE i ROZTROPNIE,a nie w emocjach.
Dziękuję Wam dziewczyny za rady. Spokój to będzie najlepsze rozwiązanie.
Jednak martwi mnie to,że powtarza się sytuacja sprzed roku, a już raz obiecywaliśmy sobie,że już tak nie będzie i ja nie czuję żadnego zawodu, bo wiem,że życie jest przewrotne i nie jeden pewnie jeszcze kryzys przed nami, ale znając jego, to już sobie pewnie ubzdurał,że kolejny raz się powtarza to samo, to pewnie za rok też się powtórzy...
Co do przeprowadzki do Niemiec, to on nie pojechał tam na stałe tylko na półtora roku, ponieważ chce zarobić na studia mgr i na mieszkanie, a ja jeszcze studiuję i nie mam możliwości zamieszkać tam. Nawet nie mam, jak go odwiedzić,bo mieszka w hotelu robotniczym, w pokoju z 2 facetami. Zostaje nam jedyne czekać na jego przyjazdy do Polski. Teraz ma być około 14 lutego, więc może do tego czasu uda nam się zażegnać kryzys.
Każdy związek ma swoje problemy - nie powinien wyciągać daleko idących wniosków - mieliście gorszy czas, spięcia, nerwy. Teraz pora na zadbanie o dobrą atmosferę ,a nie zamartwianie się co on pomyśli.
Przemyśl gdzie Ty zawiniłaś, co możesz z tym zrobić i na spokojnie z optymizmem czekaj na swojego faceta
Wkońcu gdyby nie trafiały się małe spięcia nikt by nie docenił tych lepszych chwil ![]()
Kiedyś już funkcjonowaliście na taką odległość ?
Początki są trudne, jak on się tam urządzi, przeprowadzi choćby na jakiś pokoik gdzie będziesz mogła dojechać na wakacje, wszystko się ułoży.Ucz się niemieckiego i czekaj na niego ![]()
Uszy do góry!
Nie, nigdy nie byliśmy tak daleko od siebie. Jeszcze jak miał tam internet, to wydaje mi się, że było łatwiej. Mogliśmy się zobaczyć na skypie, pogadać na czacie, bo przez telefon to wiadomo - zawsze ktoś się kręci.
Dzisiaj próbowałam być spokojna przez telefon, ale jak słyszę jego głos (wręcz przesmutny), to po prostu coś mi się robi. Jednak nie wspomniałam nic na ten temat i jakoś poszło. Może jutro będzie ciut lepiej? Ważne,że nie zamyka się w sobie i dzwoni, bo niestety rok temu potrafił wyprowadzić się do kolegi i przestać odzywać.
Ja rozumiem,że to spięcia,nerwy,odległość, ale najważniejsze, żeby on to zrozumiał i uwierzył, a uwierz mi, że on jest trochę takim filozofem i jak sobie coś wbije do głowy, to trudno mu to wyperswadować.
Wiesz facet jest daleko, pewnie nie jest mu lekko, kłócicie się - nie dziwne,że smutny tam siedzi.Zresztą Tobie też miło nie jest jak on taki nadąsany.
Ale trzymaj się dzielnie - spokój i pozytywne myślenie.
Widzisz - są u niego jakieś postępy w porównaniu z zeszłym rokiem.Jeśli to taki filozof to niech spojrzy na sprawę obiektywnie - ludzie wciąz popełniają te same błędy i wiecznie obiecują sobie poprawę - po prostu trzeba przyjąć,że czasem będą takie a takie trudności,ale najważniejsze,że się na końcu dogadujecie.
Pomyśl o wspólnych pieknych chwilach - jakieś wakacje/wyjazd etc - przypomnij mu dobre czasy,powiedz,że znowu byś chciała żebyście tak się świetnie razem czuli i że czekasz na jego powrót.A może zaplanujcie sobie coś miłego jak przyjedzie.
Chciałabym bardzo podziękować za wszystkie rady. Szczególnie Tobie,Anecznik
Dzięki temu,że byłam spokojna i cierpliwa zaczęliśmy normalnie rozmawiać, wyjaśniliśmy sobie wszystko i znów jest tak, jak dawniej
Jeszcze raz bardzo dziękuję ![]()
Bardzo się cieszę, że wszystko wróciło do normy
Wiem ,że związek na odległość to wyzwanie dla uczuć, ale wszystko może się udać jak obie strony bardzo chcą.
Mam nadzieję, że niebawem się zobaczycie i zrekompensujecie sobie wszystkie smuteczki ![]()
pozdrawiam !
UWAGA !!! POST NIE DOTYCZY TEGO TEMATU ALE NIE MOGĘ ZAŁOŻYĆ NOWEGO CHOCIAŻ TEN PROBLEM JEST ZUPEŁNIE INNY OD OPISYWANEGO PRZEZE MNIE 2 LATA TEMU.
Krótko i zwięźle: miałam narzeczonego, byliśmy 7 lat razem, w sierpniu miał być nasz ślub, od tygodnia nie jesteśmy parą.
Problem: zaczęło się jakoś w listopadzie. Powoli oddalaliśmy się od siebie. On cały dzień w pracy, wieczorem trening i nie miałabym nic przeciwko, gdyby po całym dniu przyszedł i ze mną tak, jak dawniej o wszystkim rozmawiał, śmiał się itd. Zaczęłam zauważać, że coraz mniej się stara. Doszły kłótnie o wesele. Myślałam, że dojdziemy jakoś do porozumienia, bo już nie pierwszy raz była taka sytuacja (2 lata temu zimą tez mieliśmy kryzys). Ale z jego strony nie było żadnej poprawy. Oddalił się nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. W końcu tydzień temu po raz kolejny zaczęłam z nim rozmawiać. Powiedział, że on się zmienił, że nie ma w sobie żadnych uczuć i nie chciał odpowiedzieć, czy mnie kocha, ale ciągle mnie prowokował, żebym odeszła od niego, więc nie wytrzymałam już i to zrobiłam. Po moich słowach o końcu związku zaczął płakać, mówić że wie że to wszystko jego wina, ale nie potrafi sobie pomóc. Próbował jak zwykle sam poradzić sobie ze swoimi emocjami, ale nie dał rady i "przegrał sam ze sobą". U naszych wspólnych przyjaciół mówił, że jego życie już nie ma sensu i że jest złym człowiekiem.
Wczoraj się z nim spotkałam i pogadaliśmy na spokojnie. Jego dzieciństwo było trudne, rodzice pili, on na wszystko patrzył. Gdy zaczęliśmy być ze sobą, moi rodzice potraktowali go jak własnego syna i szybko został przyjęty do naszej rodziny. Wiem, że dobrze się w niej czuł i wiele razy mówił, że moi rodzice są dla niego takimi prawdziwymi. Wiedziałam, że w nim jest to całe złe dzieciństwo, że jest zamknięty i mimo tego, że przed ludźmi udaje,że jest silny, to tak naprawdę jest kruchy. Zawsze wspierałam go, jak tylko mogłam. Wczoraj powiedział, że poczytał o DDA i bardzo dużo cech pasuje do niego, ale u niego są one pogłębione. Następnie wspomniał o rozmowie z człowiekiem, który nie jest psychologiem, ale się niby na tym zna. Powiedział mu,że Narzeczony dobrze manipuluje ludźmi i nie liczy się ze swoimi uczuciami. On po tym wszystkich doszedł do wniosku, że jest "draniem, złym człowiekiem". Próbowałam zaprzeczyć, ale nie chciał słuchać, bo wie lepiej.
Najgorsze jest to, że powiedział, że nie ma w nim żadnych uczuć. Nie cieszy się, nie boi, nie planuje, nie wierzy, nie ufa i boi sie wrócić do tych uczuć. Podobno początkowo odgrodził się od obcych ludzi a później następowało to stopniowo aż doszło do mnie. Wie, że to wszystko jego wina, że nie poświęcał mi czasu i miał opory, żeby mi powiedzieć, że coś jest nie tak z nim. Żałuje tego, ale z drugiej strony nie chce sobie pomóc. Uważa, że niby taki stan mu odpowiada. Uwierzyłabym mu, gdyby nie to, że jego zachowanie jest sprzeczne. Widzę, że ma łzy w oczach i płacze, gdy mówi o nas, że się podłamuje tym wszystkim. Przyznał, że lepiej będzie tak, niż gdybym miała być z nim nieszczęśliwa.
Próbowałam mu pomóc. Proponowałam spotkania, rozmowy, bez żadnych obietnic, że będziemy razem. Mówiłam, że małymi kroczkami się może chociaż trochę lepiej poczuje. Następnie radziłam psychologa lub terapię dotyczącą DDA. Jednak on cały czas tkwi uparcie przy swoim, że pewnie się już nie zmieni i mówi o sobie "przegrałem życie, bo przegrałem sam ze sobą". Myślałam też, żeby napisać do jego brata, bo mieszka u niego i ma z nim dobry kontakt, ale on wczoraj powiedział, że nie chce żebym pisała. Z jednej strony chciałabym to zrobić, ale z drugiej czuję się nielojalna wobec niego. Chociaż wiem, że w takich sprawach raczej wszystkie są środki dozwolone. Łapę się każdej chwili, gdy czasami, na moment, jest taki jak dawniej lub gdy mówi, że może z czasem nabierze woli walki, ale wiem, że mi też kiedyś nie starczy już sił i nadziei. Martwię się o niego i naprawdę chciałabym mu bardzo, bardzo pomóc. Pocieszające jest to,że nie rozeszliśmy się w gniewie, ten kontakt jest i że chce od czasu do czasu ze mną się spotkać.
To okropne uczucie, gdy najbliższa osoba cierpi, a nie można jej w ogóle pomóc. Nawet nie wyobrażam sobie, co on może czuć. To tak jakby ktoś żył w zawieszeniu, w pokoju z przeszklonymi ścianami. Czuję, że też po części już przegrałam, bo nie mogę nic zrobić. Staram się jak mogę, ale gdy on nie chce sobie pomóc, to jestem w sytuacji bez wyjścia. Napisałam tutaj, bo chciałam się dowiedzieć, jak ta sytuacja wygląda z obiektywnego punktu widzenia. Może ktoś miał taki problem lub był w takim stanie jak mój były Narzeczony??
mój ex tak miał, czuł pustke, nieokazywał mi uczuć jednoczesnie wiedząc ze zle robi, chciał ze mną byc ale nie potrafił i tego typu sprzecznosci- skonczyło się na diagnozie. Depresja. Rozstalismy się bo nie potrafiłam mu pomóc, cierpiałam patrząc na niego. Teraz po ponad roku, nadal mamy kontakt, on staje powoli na nogi, najgorsze za nim. Z nikim przez ten czas się nie związał, ja tak. on bardzo żaluje dzis tego co się wydarzyło, przyjaznimy się. Zabierz go do psychologa.