Z góry przepraszam admina, bo już ten post dziś dodałam, ale w całkiem złej kategorii...
Otóż...
Mija dokładnie drugi miesiąc od mojej osiemnastki, która miała przejść do historii. I przeszła. Ale nie jest to żadne dobre wspomnienie. Jedenastego listopada, nad samym ranem, zostałam bezczelnie zwabiona do własnej łazienki i zgwałcona przez chłopaka mojej byłej najlepszej przyjaciółki. Byłam na tyle nieświadoma i pijana, że większość z tego nie pamiętam. Nawet nie ogarnęłam, kiedy we mnie wszedł. Proszę, nie myślcie, że był to zwykły stosunek po pijaku. Przed tym koszmarem byłam dziewicą i tak jak każda inna marzyłam o tym jedynym księciu z bajki... Nigdy nie byłabym w stanie zrobić coś takiego z tym i d i o t ą, już pomijając fakt, że był on nietykalny - ja naprawdę jestem lojalną osobą. Do końca.
Od tej pory straciłam wszystko. Moi pseudo-przyjaciele, którzy otworzyli drzwi podczas gdy to monstrum mi to robiło, uznali mnie za winną, bo przecież nie stawiałam oporu. Przecież nie krzyczałam, nie biłam się, a leżałam pół przytomna na nim. Może to nawet lepiej, że cała ta banda cymbałów zniknęła z mojego życia, przynajmniej na jakiś czas...
Przestałam chodzić do szkoły, nie potrafiłam. Szczególnie nie miałam siły dzielić klasy ze zdrajczynią, która niegdyś była przyjaciółką, która stawiła się ze mną na pogotowie, która widziała moje obrażenia, słyszała mój płacz, krzyk i zgrzytanie zębami, która przysięgła mi wsparcie i która ogłosiła koniec naszej przyjaźni poprzez jednego smsa. Przyjaciółka, która wróciła do swojego chłopaka gwałciciela. Czuję się ohydnie, ale robię postępy u mojej pani psycholog. Moje koszmary są moją walką. To one są tak zwanymi "reminderami". Zostałam sama. Nie raz myślałam o samobójstwie, ale doszłam do wniosku, że nie potrafię i nie mogę. Nie mogę przekreślić wszystkiego przez jakiegoś śmiecia. Muszę zawalczyć dla siebie, dla mojej przyszłości i dla innych dziewczyn, które ten chxx może jeszcze skrzywdzić, a wiem, że do tego dojdzie. Robił to jej, teraz wyrządził to mi i na tym nie przestanie. Tak lekko mi o tym pisać, ale w rzeczywistości widzę wszystko w czarnych barwach - na razie.
Najbardziej wykańcza mnie czekanie na akt oskarżenia. Na moją sprawiedliwość. Boję się, że nic nie ruszy i zostanę w jednym wielkim bagnie, a on bezkarny. Bo przecież ile takiego bydła chodzi na wolności...
I chcę, żebyście wiedziały, że nie piszę tego, żeby zwrócić czyjąś uwagę i wywołać u kogoś litość...
Widziałam wiele starych postów, gdzie dziewczyny wspierają siebie nawzajem i zapragnęłam znaleźć się w taki gronie. Tak bardzo chciałabym chociaż móc się zwrócić do kogoś stąd i zostać wysłuchaną i wspartą, a także być czyimś podporem. Teraz kiedy siedzę w domu nie mam do kogo otworzyć gęby, w pracy raczej wolę, żeby nikt nic nie wiedział... A mamy... Mojej mamy mi szkoda, bo już dosyć przeżyła przez te ostatnie tygodnie. Nie mam rodzeństwa, a tak bardzo chciałabym teraz mieć starszą siostrę.
Czy są tutaj także dziewczyny, które przeszły przez tak zwaną szkołę życiową i zostały z czymś same na lodzie, a przyjaciele kopnęli was w du--? Do tego wasi najbliżsi przyjaciele ![]()
Jeżeli tak, odezwijcie się,
sephora_