Witajcie!
Ostatnio gryzę się bardzo następującą sprawą..
Otóż ok pół roku temu rozstałam się z mężczyzną, z którym spędziłam 3 lata. Ciężko nam się razem żyło, ale bardzo go kochałam. Jednak różnica charakterów była tak duża, że nieustannie się raniliśmy. Postanowiłam odejść. Bardzo to przeżyłam. Bardzo. Do tej pory chyba nie do konca się pozbierałam.
Los chciał tak, że niedługo po rozstaniu spotkałam na swojej drodze innego mężczyznę. Jemu los też potwornie dokopał. Żona go zdradzała przez wiele lat małżeństwa. Mają 3 letniego syna. On też się sporo zbierał po tym. W sądzie są już złożone papiery rozwodowe. Jako, że lizałam swoje rany, ustanowiłam jasne reguły. Jesteśmy przyjaciółmi. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu, cudownie nam się rozmawia. Potrafiliśmy się zapominać i całe noce przegadać. Chyba jeszcze nigdy nie spokałam osoby, z którą tak bardzo nadawałbym na tych samych falach. No i stało się, on się we mnie zakochał. Nasza znajomość posunęła się dalej... Sypiamy ze soba. Jego obecność sprawia mi ogromną przyjemnośc i czuje, że coraz ciężej mi się z nim rozstawać. Ale... moje wątpliwości kierują się ku jego żonie, która teraz robi sceny cierpienia. On jest dobrym człowiekiem, chce widywac ze swoim synkiem, zrobi dla niego wszystko. a ona to wykorzystuje i go męczy. grozi, że się zabije itd. Ja mam 25 lat on 32. PO skończeniu mojego poprzedniego potwornie ciężkiego związku postanowiłam, że tym razem jak sę z kms zwiaże to to przemyślę i będe miala normalny związek. Czy warto się pakować w coś takiego? Czy na dłuższą metę to ma szansę wypalić? czy człowiek jest w stanie wytrzymać taką sytuację na dłuższą metę? To ja mam wątpliwości, nie chce wiązać do siebie mężczyzny i go ranić skoro mam tyle wątpliwości. Nie mam doświadczenia w takich sytuacjach. Nie mam dzieci, nie byłam mężatką. Czy to że nie jestem pierwsza nie będzie mi kiedys przeszkadzać? Pomóżcie mi coś postanowić, bo stoję na rozdrożu i nie wiem czy wejść czy udać się do wyjścia...