Moja zdrada, oszukiwanie długofalowe... Postanowiliśmy, że będziemy ze sobą. On wyjechał do innego miasta do pracy. Zdradzil mnie kilkakrotnie (albo więcej). Wrócił. Postanawiamy, że żyjemy dalej razem, że oboje popelniliśmy dużo błędów, ale jesteśmy małżeństwem, jesteśmy ze sobą prawie 11 lat. Mnóstwo kłótni, mnóstwo pretensji, rękoczyny. Pojawia się możliwość wyjechania do innego miasta zarobkowo. Podejmujemy RAZEM decyzję, że jedziemy. W październiku jedziemy tam, oglądamy, przeglądamy, snujemy plany. Listopad. On wyjeźdża. Tuż przed wyjazdem mówi, że nie wie czego chce. Mineły prawie 2 miesiące. On nie chce sę zadeklarować w żadną stronę. Jak przyjeżdża jest zainteresowany mną, moim życiem... wiem, że spotyka się z różnymi kobietami, co piątek i sobotę chodzi do klubów. Na moje pytanie dlaczego to robi twierdzi, że po prostu jest zły z natury.
Przygotowałam pozew rozwodowy żeby dać mu wolność, on nie chce go składać ani nie chce żebym ja go złożyła...
Wiem, zraniłam go niesamowicie. Nie mogłam zrobić niczego gorszego. Ale on, zdradzając mnie, wiedział jak to bardzo boli. Jestem strzępkiem nerwów, nie mogę się na niczym skupić. Nie chcę niczego innego jak tylko być z nim. Zaczęłam chodzić znów do psychiatry (kilka lat temu leczyłam nerwicę), czuję jak moja nerwica powraca.
On powtarza, że jest zły, że ja zasługuję na kogoś lepszego, że on będzie mnie dalej ranił.
Nie wiem co robić.
Wczoraj spytał się czy chcę spędzić z nim Wigilię... Oczywiście, że chcę. Ale jako kto? Tylko jako żona.
On jeszcze chce się wyszaleć, wyimprezować, wyrandkować... Nie wiem... Nic nie wiem. Intuicja mówi, żeby czekać.
Kocham Go. I nigdy nie przestanę.
Popełniłam ogromny błąd, nie mogłam zrobić nic gorszego, wiem o tym. Ale każdy zasługuje na drugą szansę.
on za swoje wyskoki nie przeprosił mnie ani razu.
Nie czuję się kobietą, nie widzę w niczym sensu. Czekam codziennie na jego telefon, jak słyszę kroki na korytarzu to mam nadzieję, że to On...
Nie wiem. Nic nie wiem.