Wróciłam z meżem w rodzinne strony 9 lat temu,teraz tego żałujemy.Powrót to wielkie rozczarowanie,samotnośc i nie przespane noce,wiele wylanych łez ,Kupilismy mały dom z działka,radosc trwała krótko,po 2 latach sasiad zagrodził dojazd do posiadłosci i zaczeła sie nasza gehenna,Maż zachorował na depresje ,ja chodze po urzedach i walcze o droge przez najblizszego sasiada czyli teren Nadlesnictwa,I tak to trwa juz 6 lat.Sprawa stoi w miejscu a tu zycie ucieka i coraz mniej mam siły psychicznej do działania,Jestesmy obydwoje na emeryturze.Liczylismy na pomoc rodziny ale niestety wielkie rozczarowanie,Jestesmy sami a praktycznie sama bo maz sie powaznie rozchorował,Rodzina nas nie rozumie.Staram sie nie poddawac,urzadzam ogród,dom,robie na szydełku,drutach,jezdze na rowerze ,czytam ksiazki itd,itd ale noc to bezsennosc,coraz czesciej wracam myslami wstecz,miałam tyle energi do działania w urzadzanie nowego zycia po powrocie w rodzinne strony wszystko stopniowo gdzies sie zapodziewa,Ostatnio bardzo czesto płacze,stałam sie okropnie wybuchowa.Maz chce sie wyprowadzic ale to nie taka prosta sprawa,bo nie ma dojazdu do działki,ja włozyłam tyle pracy w urzadzanie domu i otoczenia.Moje wieloletnie starania w Gminie nie przyniosły zadnego efektu.Czuje,ze sobie powoli nie radze z tymi problemami ,maz odsunał sie od wszystkich problemów choc to jego pomysł na powrót,wszystko spoczywa na moich barkach poczawszy od remontów domu.Nie tak wyobrazałam sobie zycie na emeryturze,oj nie tak.
Podobne tematy
Bardzo Ci wspolczuje Marula........ja tez jestem na emeryturze,mieszkam na wsi i juz z mezem zaczynamy myslec o sprzedaniu naszego domu i nie chcialabym sie wyprowadzic,bo tu jest moje miejsce....ale niestety nie stac nas na utrzymanie naszej wlasnosci!Mysle o kupieniu malego mieszkanka w miescie takiego dla nas 2........szkoda mi naszej pracy,naszego spedzonego zycia tu na wsi........az ciarki po plecach przechodza jak pomysle o mieszkaniu w bloku brrrrrrrr.Nie chce zeby nas "ktos"utrzymywal,ale zakup wegla nas przeraza,remonty dachu czy jakies awarie np cetralnego ogrzewania....nie wiem ,co wtedy by sie stalo i z kad wzielabym na to fundusze.Czlowiek boi sie nowych wyzwan,zmian,bo jest z natury pesymista i jeszcze jak przeczytalam Twojego posta to nie miesci mi sie w glowie jak czlowiek ,czlowiekowi moze zgotowac taki los!Wszystko musisz przemyslac ,zrob sobie bilans "zysku" i "strat" i podejmnie jakas decyzje,bo zycie ma sie tylko jedno i nie warto sie zadreczac.Piszesz,ze wszystko na Twojej glowie....znam to i tez mam klopoty ze snem od tego GDYBANIA.Jesli masz dzieci to z nimi szczerze porozmawiaj,bo sama tego nie udzwigniesz!Pomysl o tym!Pozdrawiam
Po jakich urzędach "chodzicie" w sprawie dojazdu?
Najlepiej wnieść sprawę do sądu o ustanowienie drogi koniecznej. Przez te 6 lat już by się skończyła.
Macie dzieci? Nie chcą Wam pomóc?
Z mężem też musisz sobie wyjaśnić, nie może Cię samej zostawiać z problemami. Musicie porozmawiać i wspólnie podjąć decyzję co dalej.
Dziekuje za rady.Pisze pisma do Urzedu Gminy i odwiedzam regularnie Wójta,ponieważ Gmina stwierdziła na piśmie,że sąsiedzi zagrodzili sobie posiadłośc w granicach swojej działki,Z tej drogi korzystali jeszcze inni sąsiedzi Sąsiadujemy z terenami Nadleśnictwa wiec Gmina w porozumieniu z Nadleśnictwem urządziła tymczasową droge na zasadzie grzecznościowym.Sprawa szła w dobrym kierunku za kadencji innego wójta ,przyszedł nowy wójt i sprawa utkneła w martwym punkcie.Dzieci mamy ale jest nam głupio wobec dzieci bo była to tylko nasza decyzja a szczególnie meża,bo to jego strony rodzinne.Do tej pory próbowaliśmy ze wstydu sami uporac sie z tym problemem ale niestety bedziemy jednak zmuszeni poprosic o pomoc dzieci.Mieszkają daleko a nawet za granicą to tylko dlatego nie chcieliśmy zawracac im głowy.Pochodzimy ze wsi,w latach młodości wyjechaliśmy do innego województwa za pracą i mieszkaniem.Przez wiele lat mieszkaliśmy w miasteczku,cała nasza dorosła młodośc.
Na emeryturze mąż zapragnął powrotu w swoje rodzinne strony jak mówił na "swoją spokojną starosc w pobliżu jego rodziny" ale nie do tej miejscowości z której pochodzi tylko obok.Początkowo opierałam sie ale póżniej ustąpiłam.Dalsza rodzina ma swoje problemy,wcale nas nie odwiedza.Nie mamy do nich żalu,dzieci daleko.Czujemy sie bardzo samotni bo okazało sie,że tu nikogo oprócz rodziny nie znamy,ponieważ życie toczy sie dalej i rosną młode pokolenia,Mąż zamknął sie w sobie ja natomiast,próbuje wyjśc do ludzi poprzez działalnośc społeczną.Powoli jednak dociera do mnie,że ludzie na emeryturze nie wiele mają do powiedzenia.A jeszcze w naszych czasach.Druga sprawa- proces adaptacyjny w młodości przebiega naturalnie,praca,dzieci ,szkoły dzieci itd,itd.Swojej decyzji wyjazdu w młodości nigdy nie miałam czasu analizowac.Teraz pomimo upłyneło 9 lat nie możemy przyzwyczai sie do nowego środowiska,jest nam poprostu tu żle,chyba przez te problemy nie rozwiązane,Ciągle wszystko porównuje np.układ kuchni,rozklad pokoi .Przystanek za daleko,a naweyt ostatnio,że w ogóle tyle czasu trace
stojąc i czekają na autobus .To takie śmieszne i denerwujące ale tak jest naprawde.Zastanawiam sie nad sobą ,co jest ze mną nie tak.A mąż- tak dużo kiedyś pracował i był tak silny psychicznie.C o sie znami stało?
Był czas gdy z radości fruwałam nad ziemią
Był czas gdy z miłości płakałam z rozpaczy
Był czas gdy cieszyłam sie nowym życiem
Był czas,był czas,był czas
Jest czas nocy bezsennych
Jest czas dni samotnych
Jest czas smutku i łez
Jest czas,jest czas,jest czas
Może gdyby ta sprawa z drogą się wyjaśniła gdybyście dostali pozytywną odpowiedź,może wcale nie byłoby tak źle mieszkać tam i cieszyć nadal możliwością mieszkania w domeczku ?
Sama pisałaś ,że radość choć krótka bo tylko dwa lata ale jednak była...sąsiadem nie ma się co przejmować zawsze znajdzie się jakaś zakała która dokucza.
Spróbujcie się z mężem zbliżyć do siebie szkoda by było Waszych dobrych relacji,wspólnych marzeń psuć przez tę nieszczęśliwą drogę.
Swoją drogą jak paskudna ludzka złośliwość potrafi zatruć czyjeś życie ,brak słów na nie których ludzi.
Marula co do dojazdu do Waszej posesji to skoro w urzędzie sprawa utknęła w martwym punkcie to nie zostaje nic innego jak wnieść sprawę do sądu. Każda nieruchomość musi mieć dostęp do drogi publicznej.
Gorzej z resztą.
Wpadliście w dołek psychiczny. MUSICIE jakoś się z tego wydobyć.
Nie wiem jak, bo każdy jest inny.
Chyba poczuliście się wyrzuceni na margines życia. Emerytura, brak znajomych, dzieci daleko....
Albo zmienicie miejsce jeżeli absolutnie nie jesteście tam w stanie wytrzymać. Tylko czy gdzieś indziej będzie lepiej?
Może spróbować nauczyć się cieszyć z tego co macie.
Spełniliście marzenia o mieszkaniu w takim miejscu, emeryturą można się cieszyć bo już nie trzeba chodzić do pracy, nawiązać choćby jedną znajomość w okolicy, realizować swoje hobby - choćby praca w ogrodzie (ja to uwielbiam), spędzać WSPÓLNIE czas - oglądanie filmów, grą (w karty, inne gry). Sposobów jest mnóstwo. Musicie tylko znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.
Działalność społeczna to dobry pomysł.
Jak zaczniesz/ zaczniecie się pogrążać w marazmie to jest to równia pochyła. Później ciężej będzie się wydobyć.
Powodzenia.
Dziekuje za wszystkie życzliwe rady,biore je sobie do serca.Właśnie wczoraj podczas bezsennej nocy znalazłam w internecie strone netkobiety na której moge podzielic sie swoimi problemami.Ale musze podzieli sie drugim problemem,który od listopada spedza mi sen z oczu,chociaż on istnieje od momentu zakupu przez nasz nieruchomości i tworzy sie nastepny konflikt.Wspominałam o zagrodzonej drodze,ta droga służyła jako droga dojazdowa do drogi publicznej nie tylko nam ale jeszcze kilku innym sąsiadom,którzy z kolei jeżdzili i chodzą do tej pory i robia to nadal przez naszą 6,5 ar nieruchomośc z dwóch stron ale w tej chwili w odwrotnym kierunku tak jak my.Kupując nieruchomośc z domem bez żadnych wpisów w ksiedze wieczystej i akcie notarialnym na temat jakichkolwiek roszczeń.Poprzedni właściciele złożyli oświadczenie,że żadnych roszczeń wobec osób trzecich nie ma.Płot stoi z dwóch stron przed drogą szerokości ponad 3 m.Płacimy przez cały czas podatek do Gminy za 6,5 a tak mamy w akcie notarialnym.Od początku wiedzieliśmy,że płot stoi na terenie działki ,przy kupnie było powiedziane przez właściciela,który nam sprzedawał,że mozna ten płot w każdej chwili przesunąc,Ale niestety,nastepny problem z ludzmi.W tym roku postanowiłam uporządkowac wszystkie sprawy związane z gruntami.Ponowne wyznaczenie przez geodete w listopadzie tego roku potwierdziło granice działki .Złożyłam do Starostwa Powiatowego zgłoszenie o przesuniecie płotu,uzyskałam pozwolenie.Postawiłam narazie tabliczki informacyjne,że teren prywatny,to ją wykopali..Ale nie zagrodziłam drogi.,I to właśnie rozsierdziło sąsiadów,chodzą nadał,jeżdzą nadal .Niektórzy ubliżają i zastraszają nas.Choc według nas mają inne dojazdy ale w miedzyczasie na drodze wjazdowej,którą wybudowała Gmina jeden z właścicieli postawił garaż zagradzając wjazd sobie na działke i swoim sąsiadom właściwie swojej rodzinie.Działka nasza jest mała bo tylko 6,5 ar,praktycznie użytkujemy od 9 lat tylko 5 ar.Dom stoi 3 m od drogi bez okna a 4 m z oknem.Tak kupilismy od tego własciciela.Straszą nas policją,gdy cokolwiek postawimy na drodze.Mąż chce ustąpic i oddac pod droge dla nich,ja miotam sie,mam mieszane uczucia.Coraz cześciej obwiniamy siebie.Zastanawiam sie jak z tego wszystkiego wybrnąc aby nie popaśc jeszcze wiekszy konflikt z ludzmi.Bo to nie byłoby życie.
Ja do tej pory nie myślałam o wyprowadzce,ponieważ miejsce jest bardzo ładne.Wiele pracy włożyłam w urzadzenie działki zielenią.Ale ostatnio mam juz dosyc tego.Przeżyłam swoje życie bez
konfliktów,sądów,policji.Jak wybrnąc z tej sytuacji z podniesionym czołem,choc ja płacze ale nie chciałabym aby ktoś przeze mnie płakał albo mi żle życzył.Czasami myśle,że może warto coś stracic aby coś zyskac.Może ktoś mi doradzi jak po ludzku rozwiązac ten problem .