Mam wrażenie, że wszystkich do siebie już zniechęciłam i czuje się jak piąte koło u wozu..wszędzie...ludzie mnie unikają....wiem, że ludzie marudzący, narzekający , pesymistyczni nie są zbyt lubiani, ale ja jestem w takim stanie, że nie umiem "udawać ze wszystko jest w porządku".....to już za długo trwa u mnie ( 2 lata) , ja wiecznie jestem smutna, marudząca i po prostu ludzie mnie mają dość , a ze mną jest coraz gorzej...coraz bardziej się zamykam w sobie ,jestem coraz bardziej smutna......coraz bardziej samotna... Ciągle chce mi się płakać....Chciałabym iść do psychologa, ale boję się, że trafię na takiego , który nic mi nie pomoże, a wizyta dużo kosztuje...Ja się próbuję uśmiechać, zaczynać "normalnie" rozmowę, być miła.....ale to nic nie daje ...wszyscy mnie już "zaszufladkowali"...bardzo mi smutno...Nowych przyjaciół znaleźć nie umiem , bo po prostu się boję ludzi , nowych miejsc i sytuacji i to jest strach i nieśmiałość nie do pokonania...I siedzę w domu i płacze....nic mnie nie cieszy i tak jest od 2 lat...
1 2012-12-02 02:52:18 Ostatnio edytowany przez jaBlueVelvet (2012-12-02 03:00:43)
Podobne tematy
A dlaczego tak jest od 2 lat?
Mam wrażenie, że wszystkich do siebie już zniechęciłam i czuje się jak piąte koło u wozu..wszędzie...ludzie mnie unikają....wiem, że ludzie marudzący, narzekający , pesymistyczni nie są zbyt lubiani, ale ja jestem w takim stanie, że nie umiem "udawać ze wszystko jest w porządku".....to już za długo trwa u mnie ( 2 lata) , ja wiecznie jestem smutna, marudząca i po prostu ludzie mnie mają dość , a ze mną jest coraz gorzej...coraz bardziej się zamykam w sobie ,jestem coraz bardziej smutna......coraz bardziej samotna... Ciągle chce mi się płakać....Chciałabym iść do psychologa, ale boję się, że trafię na takiego , który nic mi nie pomoże, a wizyta dużo kosztuje...Ja się próbuję uśmiechać, zaczynać "normalnie" rozmowę, być miła.....ale to nic nie daje ...wszyscy mnie już "zaszufladkowali"...bardzo mi smutno...Nowych przyjaciół znaleźć nie umiem , bo po prostu się boję ludzi , nowych miejsc i sytuacji i to jest strach i nieśmiałość nie do pokonania...I siedzę w domu i płacze....nic mnie nie cieszy i tak jest od 2 lat...
Witaj!> postanowiłam coś napisać. Smutno mi czytając Twój post.;/ Miałam trochę podobnie przez jakiś okres w swoim życiu. Ciągłe marudzenie, poddenerwowanie które jest widoczne gołym okiem przez otoczenie, sprawia że ludzie się od nas odwracają. Miałaś wcześniej może jakąś dobra przyjaciółkę z którą mogłaś rozmawiać o wszystkim? Na pewno obie strony są winne zarówno Ty jak i Twoi znajomi. Ty musisz się z tego podnieść znaleźć jakiś złoty środek być może gdybyś miała jedną taka prawdziwą od serca przyjaciółkę było by Ci łatwiej pokonać tą barierę. Niemniej jednak myślę, że ich zachowanie względem Ciebie jeszcze bardziej Cię dobija bo traktują Cię w sposób neutralny tak jakby mogło Cię z nimi nie być i też by było ok. i to tym bardziej nasila Twoje zdenerwowanie nerwy smutek i uczucie porzucenia odrzucenia. Musisz z tym coś zrobić. stopniowo i małymi krokami. psycholog myśle, że dotarł by do ogniska Twojego problemu i pomógł by CI je jakoś ugasić. poczytaj w necie jacy najlepsi psychologowie są w Twoi rejonie, być może łatwiej Ci będzie przekonać się do któregoś z nich.;);)
Pierwsze to idź do lekarza w przychodni. Powiedz o swoim stanie. Może potrzebne są zwykłe badania krwi, hormonów. Jak będzie wszystko ok to być może psycholog. Na NFZ można też. I bodaj bez skierowania z rejonu. Zacznij uprawiać jakiś sport; chociażby codziennie wieczorem 30min szybkiego marszu + gimnastyka.
No i jak radzi poprzedniczka. Chyba jest ktoś, z kim mogłabyś porozmawiać ? Jeśli nie, to przynajmniej wiesz co warci byli twoi znajomi.
Mam wrażenie, że wszystkich do siebie już zniechęciłam i czuje się jak piąte koło u wozu..wszędzie...ludzie mnie unikają....wiem, że ludzie marudzący, narzekający , pesymistyczni nie są zbyt lubiani, ale ja jestem w takim stanie, że nie umiem "udawać ze wszystko jest w porządku".....to już za długo trwa u mnie ( 2 lata) , ja wiecznie jestem smutna, marudząca i po prostu ludzie mnie mają dość , a ze mną jest coraz gorzej...coraz bardziej się zamykam w sobie ,jestem coraz bardziej smutna......coraz bardziej samotna... Ciągle chce mi się płakać....Chciałabym iść do psychologa, ale boję się, że trafię na takiego , który nic mi nie pomoże, a wizyta dużo kosztuje...Ja się próbuję uśmiechać, zaczynać "normalnie" rozmowę, być miła.....ale to nic nie daje ...wszyscy mnie już "zaszufladkowali"...bardzo mi smutno...Nowych przyjaciół znaleźć nie umiem , bo po prostu się boję ludzi , nowych miejsc i sytuacji i to jest strach i nieśmiałość nie do pokonania...I siedzę w domu i płacze....nic mnie nie cieszy i tak jest od 2 lat...
BlueVelvet, fakt, że zauważasz problem i nie zwalasz winy na otoczenie to już jest pierwszy krok do sukcesu moim zdaniem.
Jeśli chodzi o psychologów, to nie wchodzi się z nimi w związek małżeński i jeśli ktoś Ci nie odpowiada możesz zupełnie spokojnie przepisać się do innego. Można też spróbować dostać się do takiego na kasę chorych i wówczas to nic nie kosztuje - ale przyjmują tylko z określonymi problemami. Psycholog pomaga zrozumieć i opanować własne emocje, uporządkować swój wewnętrzny świat. Rozumiem, że 2 lata temu wydarzyło się coś, co odebrało Ci radość życia. Na pewno warto o tym porozmawiać ze specjalistą - przepracować w sobie różne rzeczy. Myślę, że taka praca z psychologiem na pewno nie zaszkodzi a może bardzo pomóc.
Co się tyczy kontaktu z ludźmi, to zawsze można się zmienić i zmienić swoje stosunki z innymi - ale to wymaga zmiany nastawiania, sposobu myślenia, dawania - nie tylko brania. Ludzie faktycznie nie przepadają za marudami - bo każdy ma dość swoich problemów. Jednak wystarczy zacząć mówić o swoich problemach w nieco inny sposób, aby ludzie przestali czuć się niemi atakowani. Każdy ma problemy, różne smutki, obsesje, frustracje - ale nie każdy odpycha tym ludzi od siebie. To Twoja postawa i sposób w jaki traktujesz te problemy - być może postawa roszczeniowa? być może pesymistyczny fatalizm? - odpycha ludzi od Ciebie, a nie Twoja osoba.
---
A teraz trochę o zmianach z mojego otoczenia...
Mój ojciec zmienił się w wieku 50+ lat. Jakiś czas nie potrafiliśmy (z rodzeństwem) zaufać tej przemianie, zaufać jemu. Nie potrafiłam uwierzyć, że ta zmiana będzie trwała, raczej traktowałam to jako kolejny "trik". Jednak ojciec nie oczekiwał (jak wcześniej), że nagle wszystko puścimy w niepamięć, zrozumiał, wiedział (dzięki opiece psychologa) że potrzebujemy na to czasu. Proces jego przemiany trwa już 2 rok. Teraz sama potrafię do niego zadzwonić, zapytać jak się czuje, co u niego słychać - przez lata jak do mnie dzwonił pytałam "boisz się, że Ci darmowe minuty przepadną?". I nagle zauważyłam, że on naprawdę się stara, że potrafi inaczej i zaufałam mu na nowo. Podobnie jak moja siostra, która kiedyś by mu swojego dziecka na ręce nie dała, a teraz jej córeczka jeździ regularnie z dziadkiem na basen i moja siostra dzwoni do mnie i mówi "nie uwierzyłabyś".
Nigdy nie jest za późno aby odzyskać ludzi wokół siebie. Naprawdę, nawet jak się wydaje, że nie są w stanie zaufać, przebaczyć, zrozumieć to kiedy się do nich podchodzi z sercem, zawsze prędzej czy później lody topnieją. Nie sądziłam, że mój ojciec jest w stanie się zmienić, że w ogóle zechce spróbować.
BlueVelvet - nigdy nie jest tak, że nie można kogoś nowego poznać.. są ludzie którzy nie wrzucają do szufladek, tylko przypomnij sobie o nich i do nich się odezwij.. no i w ostateczności pisz na forum ![]()
Sport, lekarze też pomogą. Przytulam ciepło.
7 2012-12-03 00:18:21 Ostatnio edytowany przez jaBlueVelvet (2012-12-03 00:57:07)
Dziękuję Wszystkim za odpowiedzi. Jakoś staram się to wszystko ponaprawiać...tak pomyślałam, że może najpierw- mimo wszystko- nauczyć się muszę samotności...tzn takiego przebywania w samotności , żeby nie dołował mnie fakt, że jestem sama...( trudne to tak dzień w dzień mieć świadomość, że jest się tak mocno mocno samotną) .... Chciałabym znów czytać książki "dla przyjemności" i się uczyć..... mam problemy na studiach i milion zaległości.... całe dnie płacze i nie jestem w stanie się za nic wziąć... zdaje sobie sprawę że wizyta u jakiegokolwiek specjalisty jest już koniecznością...Dosłownie całe dnie płacze i to już chyba jakaś bardzo bardzo zaawansowana nerwica, bo ja naprawdę dziwnie się zachowuje...Teraz powiem wprost- proszę o radę jak mam przetrwać te parę dni zanim umówię się do psychologa....
A dlaczego tak jest od 2 lat?
Zawód miłosny, przekonanie, że żaden chłopak mnie nie zechce, bo i naprawdę żaden nigdy nie zwracał uwagi, obsesyjne próby stania się lepszą, ładniejszą, inną. Studia ( wymarzone ) na których nie szło pomimo tego, ze szło się na nie z olbrzymią wiarą w to, że to jest to co chciałabym robić w życiu, problemy.. małe zwykłe problemy co urastały do rangi większych, zaległości na studiach i utrata zapału do nauki, ciągły smutek , kompleksy, nieudane próby ich wyleczenia, potem samotnie spędzone jedne i drugie wakacje...problemy zdrowotne i niechęć do wyjścia gdziekolwiek... coraz większa nerwowość, jeszcze więcej problemów, coraz gorsze radzenie sobie z nimi, lęki " nie wiadomo skąd"....utrata przyjemności i radości z czegokolwiek...zaczęło się "niewinnie". ot takie małe "smuty i smuteczki"...i tak z czasem z czasem zaczęło być coraz większe, coraz bardziej straszne to wszystko....oraz bardziej dołujące...aż w końcu zrobiła się z tego wszystkiego nerwica i depresja.... boję się że będzie coraz gorzej....miałam już nieudane doświadczenie z psychologiem w wieku 15 lat... w sumie to całe moje "nastoletnie życie to jedna długa na przemian uśpiona, albo rozbudzona depresja....
Co się tyczy kontaktu z ludźmi, to zawsze można się zmienić i zmienić swoje stosunki z innymi - ale to wymaga zmiany nastawiania, sposobu myślenia (...)
przede wszystkim chyba jednak czasu.... i ogromnej pracy nad sobą, której ja nie umiem podołać, bo wiele razy próbowałam czy to czytając książki czy inne poradniki, czy po prostu myśląc nad swoim życiem i kontaktami z innymi.
dawania - nie tylko brania.
staram się być na tyle na ile mogę pomocna...zawsze życzliwa, miła...
Nigdy nie jest za późno aby odzyskać ludzi wokół siebie. Naprawdę, nawet jak się wydaje, że nie są w stanie zaufać, przebaczyć, zrozumieć to kiedy się do nich podchodzi z sercem, zawsze prędzej czy później lody topnieją.
Piękny i bardzo budujący jest Twój przykład z Ojcem. Ale niestety- ja naprawdę zawsze coś psuję...Przeraża mnie ogrom pracy nad sobą , tych wszystkich godzin przegadywanych u psychologa, które mnie czekają kiedy po prostu płaczę bo nie jestem w stanie mówić , przerażają mnie wszystkie te sytuacje kiedy z ludźmi znowu mi nie wyjdzie, bo coś znów zepsuje...
Chciałabym przeżyć taki "normalny" dzień... chociaż jeden , żeby był dowodem na to ze "potrafię, mogę umiem, ,że jutro może być tak samo dobre".............
Ja się po prostu ludzi boję , bo im więcej o mnie wiedzą, im dłużej znajomość trwa tym bardziej się mną rozczarowywują... tym więcej niefajnych rzeczy ze mnie wyłazi...A to tak bardzo, bardzo bardzo boli jak znów się traci przyjaciela ze względu na to, że to ja zepsułam....... i wtedy już jest za późno...
Teraz powiem wprost- proszę o radę jak mam przetrwać te parę dni zanim umówię się do psychologa....
Myślę, że im prędzej się umówisz tym lepiej - najlepiej poszukać w internecie kogoś odpowiedniego w okolicy od razu dzwonić i dowiadywać się o możliwe terminy spotkania. Zazwyczaj pierwsze takie spotkanie poświęcone jest na zorientowaniu się w czym może tkwić problem, więc do czasu spotkania dobrze byłoby gdybyś sobie spróbowała spisać na kartce o czym chciałabyś z psychologiem porozmawiać. Później, kiedy już się jest w takim gabinecie wiele ważnych rzeczy ucieka z nerwów. Wiem po sobie.
przede wszystkim chyba jednak czasu.... i ogromnej pracy nad sobą, której ja nie umiem podołać, bo wiele razy próbowałam czy to czytając książki czy inne poradniki, czy po prostu myśląc nad swoim życiem i kontaktami z innymi.
Samemu bardzo ciężko sobie pomóc, szczególnie jeśli jakaś dolegliwość się pogłębia lub/i towarzyszy nam od lat. To cały szereg mechanizmów obronnych i nawyków, pielęgnowanych przez lata i zabezpieczanych ogromnym murem, który trzeba zburzyć. Strach i niskie poczucie własnej wartości wcale tego nie ułatwiają. Trzeba mieć odwagę o siebie zawalczyć, ale tak naprawdę siła rodzi się ze słabości. Jeśli się za siebie weźmiesz i się z tym uporasz, to zobaczysz, że możesz wszystko
Chciałabym przeżyć taki "normalny" dzień... chociaż jeden , żeby był dowodem na to ze "potrafię, mogę umiem, ,że jutro może być tak samo dobre".............
Wystarczy, że uwierzysz, że jutro świat się nie zawali
że zaufasz sobie.
Ja się po prostu ludzi boję , bo im więcej o mnie wiedzą, im dłużej znajomość trwa tym bardziej się mną rozczarowywują... tym więcej niefajnych rzeczy ze mnie wyłazi...A to tak bardzo, bardzo bardzo boli jak znów się traci przyjaciela ze względu na to, że to ja zepsułam....... i wtedy już jest za późno...
Nie jesteś dla siebie zbyt wyrozumiała ani łagodna, tkwisz w smutku, chowasz się przed światem - myślisz, że ludzie są w stanie skrzywdzić Cię bardziej, niż Ty samą siebie, traktując się w ten sposób?
obsesyjne próby stania się lepszą, ładniejszą, inną.
Jeśli sama sobie nie dajesz szansy, to nie dostrzegasz jej u innych.
Trzymam kciuki!
Iguana
jaBlueVelvet nie widzisz możliwości wyjścia ze swojej sytuacji a jednak napisałaś na forum? jakaś iskierka nadziei się w Tobie pojawiła,
zawsze masz wybór możesz dalej nie wierzyć że cokolwiek się uda zmienić i pozostać tu gdzie jesteś albo możesz podjąć decyzję że chcesz coś ze sobą zrobić.
Jak myślisz która droga jest dla Ciebie lepsza? Ty wiesz to sama najlepiej nikt poza Tobą.
Nie znam ludzi, którzy byliby w stu procentach odpowiedzialni za to jak im się układają relacje z innymi, myślisz że Twój stan ma taką moc żeby odstraszyć skutecznie innych? he he to jednak masz w sobie dużo pary Kochana!!! a gdybyś miała tej mocy użyć tylko w innym kierunku, w stronę zmiany tego co Ci przeszkadza?
Jak czytałam to co napisałaś to odniosłam wrażenie że dźwigasz na plecach ciężki plecak przepakowany po brzegi poczuciem winy. Czy naprawdę wszystko co się w Twoim życiu wydarzyło i wydarza jest wynikiem Twojej złej woli? Twojego charakteru? Bo mnie się wydaje że trochę zaprojektowałaś się na życie; ja jestem ta zła a wszystko poza mną jest okey tylko ja to psuję. Nie sądzę żeby ktokolwiek miał taką moc sprawczą.
Ludzie, którzy się odsuneli od Ciebie z tego powodu jaki przytoczyłaś zwyczajnie nie są Ciebie warci, chciałabyś miec przyjaciół przed którymi musisz udawać i moderowac swoje uczucia żeby zyskac ich aprobatę?!
Na swoim przykładzie mogę Ci powiedziec ze przeczytałam sporo poradników i miałam za sobą kilka wizyt u psychologa a doświdczenia różne! raz okey innym razem nie dlatego nie warto na jednym doświadczeniu sprzed 7 lat budować opinię, zmiana na jakiej Ci zalezy jest procesem i często nie łatwym raz idziez kilka kroków do przodu a innym razem się cofasz ale to czy chcesz podjąć ten wysiłek zależy tylko od Twojej woli, a jeśli będziesz miec świdomość że zmiana bywa trudna, że możesz popełniac po drodze błędy będzie Ci ławtej wytrwać,
życze Ci z calego serducha powodzenia
Polecilabym wizyte u psychiatry. To co opisujesz brzmi jak powazna depresja i trzeba to leczyc.
Nie mowie jako jakas cioteczka dobra rada. Mialam podobnie w wieku 20-22 lat. U mnie sie to troche inaczej objawialo- zamiast ciaglego smutku i placzu byla agresja, apatia, nietowarzyskosc i napady lekowe. Wcale z zyciem sobie nie moglam poradzic. Kiedy ktos chcial do mnie zagadac to bylam albo bardzo niegrzeczna albo udawalam, ze nie slysze. Na szczescie poszlam do psychiatry, i po pewnym czasie poczulam sie jak zupelnie inna osoba (dzieki lekom). Kiedy przyjechalam pod koniec semestru do domu, wlasna matka mnie na dworcu nie poznala.
Takze radze, poradnia, i to szybko.
Znajdź sobie dużo,dużo pracy najlepiej bezinteresownej w jakiejś fundacji,czy hospicjum.Po pierwsze nie będziesz miała czasu rozczulać się nad sobą,po drugie spotkasz tam ludzi którzy tez będą pracować z poświęceniem,a wiec znajdziesz tam przyjaciół,a po trzecie spotkasz ludzi naprawdę cierpiących i Twoje cierpienia okażą się malutkie.
Macie rację Wszyscy...Dziękuję za odpowiedzi i zainteresowanie moim tematem. Na dzień dzisiejszy moim największym problemem jest ciężka sytuacja na studiach...Nie radziłam sobie z nauką , nie chodziłam na zajęcia dlatego, że nie umiałam, że nie miałam na nic siły... ja wiem, że to nie koniec świata, ale ja się własnie załamuję bo mnie wyrzucą pewnie...próbuję się trzymać, mówić sobie, że to nie koniec świata, że ludzie mają większe problemy, ale tak strasznie jest mi źle... To się może wydawać głupie, że ja tak płaczę bo studia , ale naprawdę jestem w takim stanie, że to olbrzymi dla mnie cios...
jaBlueVelvet,
nic tak nie pomoże jak wzięcie swojego życia w swoje ręce. Na chwilę je upuściłaś troszkę się rozsypało, ale da się to wszystko poskładać ![]()
Dobrze byłoby zmienić ster. Na początek zapraszam do wątku: http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?pid=1229887#p1229887 ![]()
Depresja jak w podreczniku. Naprawde, pojdz na wizyte do lekarza.
Zycze powodzenia ![]()
Depresja jak w podreczniku. Naprawde, pojdz na wizyte do lekarza.
Zycze powodzenia
tak się złożyło że nie poszłam... kupiłam sobie deprim i łykam. Coraz gorzej jest. mam ogromny do siebie żal o te studia...
Mam bardzo podobne objawy do Ciebie. Muszę się wybrać do psychologa, bo wiem, że sama sobie nie poradzę, Tobie też radzę się wybrać. Ten pierwszy post... no jakbym czytała o sobie. Rozumiem, że Ci ciężko, sama to przeżywam. A co tym razem spowodowało, że jednak nie poszłaś do psychologa? Ja byłam u psychologa na uczelni, ale widze, że nie jest to dobry pomysł.
A co tym razem spowodowało, że jednak nie poszłaś do psychologa? Ja byłam u psychologa na uczelni, ale widze, że nie jest to dobry pomysł.
strach, brak czasu, myśl, żeby zacząć od tabletek takich "bez recepty " najpierw.....
Może spróbujcie z psycholoigiem też na NFZ ale nie uczelnianym.....