Chyba zbyt szumnie ujęte - przyjaźń...
To była raczej "przyjaźń", skoro tak szybko można było splunąć za siebie.
Miałam boleśnie zapadniętą rzeczywistość - rozwalające się małżeństwo, trójka młodych typu młodzież do ogarnięcia, praca w stylu "jazda w pędzącym Inter City", brak wszystkiego i na wszystko. Potem zostałam ze spadkiem po mężu............ czyli cholernymi długami.
Do sedna: Była ona, koleżanka a z czasem przyjaciółka. Nie jedno razem przeżyłyśmy, zarówno dobre jak i złe.
Jestem silną osobowością, nie dawałam się, ale jak przyszły tzw. momenty, nieludzka słabość, to ona zawsze była. Zabrakło na jedzenie - była. Samochód bryknął, zorganizowała swojego męża do pomocy i była. W święta i od święta, imieniny, imprezy, wspólne szaleństwa, śmiech nad winem do świtu - była.
I w drugą stronę było to samo - ja też byłam. Stałam na straży nawet cholernie zmęczona, czy chora - byłam. Zabierałam ją po pracy swoim autem do jej domu, z zakupami po drodze. Nigdy nie liczyłam za paliwo, za dość długą trasę. Byłam.
Nasze dzieciaki się zżyły - było czupurnie i było też fajnie.
Mój rozwód, potem ciągłe przeprowadzki, moja samotność z trójką dzieci, zabrakło samochodu, zabrakło na życie - ona była.
Potem nowy, stabilny, odpowiedzialny mężczyzna na mojej drodze. Przejął wszystkie moje trudy - ona była, czasem byliśmy wszyscy razem.
Potem duże mieszkanie na wynajem razem z moim "Nowym", nowa praca i duże zarobki (po niemal roku szukania). On odwieczny szef, ale dobra dusza o wielkim sercu.
Potem nawinął się dom do kupienia, remont, wszystko na kredytach, ale już na własność.
Pracowałyśmy w różnych firmach, ale przy tej samej ulicy. Chodziłyśmy czasem na obiady do barku.
Gdzie jest Ona teraz ??
Przestała się odzywać nagle, w trakcie starania się o dom. Olała moje smsy, maile, wcześniej już często nie odbierała telefonów.
Był jeszcze jeden sygnał, jej prośba o pomoc - pojechałam, chociaż czułam, że wszystko zrobaczywiało.
Minęło wieeeele miesięcy głuchej ciszy.
Zastanawiałam się co jest grane.
Doszłam do wniosku, że to nie była przyjaźń, bo tak się przyjaciół nie porzuca, jak zużyte ciuchy. A ja nie zmieniam się, bo jest mi lepiej, bo mam wreszcie na normalne jedzenie. Chciałam się z nią podzielić jakimiś szansami, które dało życie - nie zdążyłam.
Dziwne? - z początku nie mogłam się otrząsnąć. Teraz już wiem, jak działa wielu ludzi.