Mam 25 lat.Miesiąc temu mój mąż zginął w wypadku.Nie dociera to do mnie i chyba nigdy nie dotrze.Wydaje mi się,że wróci.Zyję,bo muszę,zmuszam się do wykonywania najprostszych czynności,bo mam dziecko.Czy jest ktoś kto był w takiej sytuacji?
Podobne tematy
Strasznie Ci współczuje... Brak słów pocieszenia.. W tym wszystkim to i tak jesteś najdzielniejsza.. Dzielniejsza my, które nie wiemy co powiedzieć w takiej chwili..
Widzisz jakiś czas temu, zginął mąż mojej kuzynki.. jakieś 4 miesiące po ślubie. Minęły prawie dwa lata.. Nie miałam okazji z nią rozmawiać, pewnie bym nie potrafiła.. Z tego co rodzina mówi, ona bardzo dzielnie to znosi, nie wie nikt co i kto daje jej tyle siły..
Dlatego bardzo Cie podziwiam.. Ja pewnie bym sobie nie poradziła..
Nie wiem co powiedzieć w takiej sytuacji musisz się trzymać i czerpać siły. Masz dziecko wasze dziecko i masz dla kogo żyć... Głowa do góry wiara i nadzieja są najważniejsze
bardzo mi przykro
((((((((((((((
trzymaj sie Kochana
magda dobrze ze o tym piszesz,napewno postaramy Ci sie tutaj pomoc. dobrze ze masz dla kogo zyc, trzymaj sie<tuli>
Dziękuję Dziewczyny za wsparcie.Wiem,że mam dla kogo żyć.Ale to takie trudne.Nie wyobrażam sobie,że już nigdy nie zobaczę swojego męża,nie porozmawiam z nim.Przeraża mnie fakt,że całe życie będę już sama.
To straszne co Cię spotkało.Bardzo ale to bardzoo Ci wspólczuje
. Ja bym chyba umarła nie wiem czy bym sobie poradziła z tak wielką stratą. ![]()
Nie będziesz sama masz dziecko które jest owocem Waszej miłości. Trzymaj się i bądz silna.
Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić co czujesz. Nigdy bym nie chciała być postawiona w Twojej sytuacji..
Żyj dla waszego dziecka. Twój mąż na pewno by chciał, abyś opiekowała się nim teraz szczególnie tym bardziej, że jego nie ma. Nie poddawaj się, jesteś potrzebna waszemu dziecku. Życzę Ci szcęścia i trzymaj się kochana
Jestem w takiej sytuacji, może nie takiej samj (bo każda jest inna), ale podobnej.
Jestem o miesiąc starsza o Twoje doświadczenie. W wypadku samochodowym straciłam męża. Jechał jako pasażer. To wydarzenie było zupełnie od niego niezależne. Chciał żyć, bo kochał życie i kochał nasze dzieci. Zostawił mi ich dwójkę, w wieku 6 i 4 lata.
Przez pierwszy miesiąc żyłam nadzieją, że w końcu otworzy drzwi naszego mieszkania i wszystko będzie takie zwyczajne, jak dawniej. Teraz dotarło już do mnie, że nigdy Go nie zobaczę, że nigdy nie porozmawiamy, że nie mam już w Nim oparcia. Ze wszystkim muszę sobie radzić sama. Brakuje mi go bardzo, boli mnie bardzej z każdym dniem tęsknota za Nim. Mała mówi ze łzami w oczach, że bardzo tęskni za Tatusiem i jest jej bardzo przykro, że Jego już nie ma. Przy dzieciach staram się nie płakać. Staram się opanować swoje emocje. Chodzę do psychologa, ale nie wiem, czy to coś daje... Bywają chwile, kiedy nie myślę o tym co mogłoby być, a czego już nie będzie-ale to są zaledwie chwile. Pomaga mi praca zawodowa i przyjaciele, koleżanki, znajomi. Jestem otoczona dobrymi ludźmi i to pomaga mi przetrwać.
Nie piszcie, że Wy nie byłybyście w stanie tego przeżyć, że umarłybyście, bo to bzdury. Ten kto tego nie doświadczył, nie ma prawa tak pisać. Człowiek, nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić ile jego organizm może przetrzymać i ile siły ma w sobie.
Nie będę Cię pocieszać i mówić "będzie dobrze", bo sama tego nie chciałam słyszeć. Zwyczajnie, ja już niczego w życiu nie jestem pewna, więc nie wybiegam za daleko w przyszłość. Jedyne co mogę Ci poradzić, to: nie uciekaj od ludzi, ktorzy będą chcieli Ci pomóc. Nie odtrącaj tej pomocy, mów o wszystkim co Cię boli, wyrzucaj to z siebie, nie zatruwaj się od środka. Masz dziecko-On z pewnością, chciałby widzieć Ciebie silną. Mieć pewność, że sobie poradzisz i pozwolisz sobie kiedyś na bycie szczęśliwą. Tylko to wymaga czasu....duuuuużo czasu. I nie wierz, że czas leczy rany-czas oswaja z bólem i przyzwyczaja do nieodwołalnej straty bliskiej osoby.
Pozdrawiam Cię i życzę dużo wytrwałości w zmaganiach z kolejnymi dniami.
Łączę się z Tobą w bólu....
Droga Magdo- bardzo Ci współczuję, bo rok temu też to przeżyłam.Dobrze ,że zrobiłaś już pierwszy krok -wyszłaś z tym do ludzi w internecie- a to już bardzo dużo. Ja też całymi wieczorami siedziałam w internecie i "gadałam" z obcymi mi ludźmi - i to mi pomagało. Brałam też przepisane przez lekarza leki przeciw depresji- warto je brać- bo też pomagają. Chodziłam do psychologa - i wyjeżdżałam z domu ,najlepiej przeżyć smutek i depresję w sanatorium - w zamku w Mosznej( niedaleko Opola-lekarz psychiatra daje skierowanie - są tam wspaniałe zabiegi i zajęcia). W dzień uciekaj do ludzi ,a wieczorami możesz nawet głośno "ryczeć"- to też pomaga. Trzymaj się - jestem z Tobą też ze swoim smutkiem.
Magdo,albo przyjmiesz to co napiszę,albo odrzucisz.
Tak naprawdę człowiek nie umiera. Jego dusza żyje dalej,tylko ciało fizyczne umarło. Dusza opuściła ciało i żyje dalej. Zmarli nas widzą,słyszą,czasem sie z nami komunikują,wiec rozmawiaj z mężem tak jak by żył. Dużo módl sie za niego,pal swieczki,mów,zeby z Przewodnikami Duchowymi [Opiekunami] odszedł do Światła. Często dusza zaraz po nagłej smierci jest zdezorientowana i nie wie co sie stało!? Widzi,czuje,próbuje rozmawiac ale nikt jej nie słyszy.
Mów mężowi,że zmarł w wypadku,ze sobie poradzisz,ze bardzo Go kochasz,ale niech odejdzie do Światla,bo dusza ma nie wiele czasu na przejscie i potem moze zostac miedzy Niebem,a Ziemią.
Droga DrugaJa. Masz rację- tego co my czujemy nie zrozumie nikt- kto nie znalazł się w takiej jak my sytuacji. Nie ma żadnych słów pocieszenia.
Ja jednak czuję obecność męża obok siebie , wierzę, że nadal jest przy mnie, rozmawiam z nim, radzę się go, proszę o pomoc w różnych sprawach i opiekę nade mną. Często chodzę na cmentarz , proszę, by przyszedł do mnie w nocy.Już wiele razy był w moim śnie - było pięknie (tylko to przebudzenie było bardzo przykre). Uwierzyłam, że mój mąż jest teraz w innym świecie , patrzy na mnie, chce, abym nie cierpiała (bo on też wtedy cierpi) i czeka tam na mnie.Muszę jednak spełniać tu swoją rolę - pomagać jeszcze dzieciom i wnukom. Śmierć nie jest przecież abstrakcją, jest przypisana każdemu człowiekowi, jest obok nas non stop. Moja rada- przeżywaj swoją żałobę , żal i rozpacz z rodziną i wśród ludzi .
Ja staram się żyć - Tu i Teraz- nie myśleć o przeszłości, bo ona się już nie wróci. Staram się też nie myśleć o przyszłości, bo nikt jej nie zna. Zdałam sobie sprawę z tego, jak kruche jest życie- że w każdej chwili i o każdej porze człowiek może przestać być na tym świecie. Bardzo Ci współczuję.
Tak wielkiej straty, jak ukochana osoba nie da się w krótkim czasie oswoić. Trzeba przejść wszystkie fazy od rozpaczy po złość, mam nadzieję, że masz wsparcie w rodzinie, rodzeństwie, znajomych, przyjaciółkach. Samo wyrzucenie z siebie żalu i smutku pomaga, na chwilę, ale pomaga. Znam podobną sytuację, bo mąż sąsiadki zginął w wypadku samochodowym, więc przeżywałam z nią różne etapy życia, w którym musiała sobie radzić z samą sobą, ale także z wychowywaniem dwójki dzieci. Jak małe wydają się nasze problemy, o których tu w innych wątkach piszemy ... w porównaniu z taką stratą. Pozdrawiam, jestem w razie czego gotowa służyć pomocą.
Cześć dziewczyny.
Dziękuję, za to co piszecie.Czasami łatwiej porozmawiać z kimś obcym niż z rodziną, bo łatwiej napisać prawdę. Dzisiaj byłam na zakupach z siostrą męża,a teraz mam wyrzuty sumienia. Wydaje mi się,że nie mam prawa do normalnego życia.
Ja nie czuję obecności męża,chociaż bardzo bym chciała.Nie potrafię wierzyć w życie pozagrobowe,może kiedyś zmienię zdanie...Mam nadzieję.Jestem zła na wszystko i na wszystkich.To takie niesprawiedliwe.Mój mąż umierał świadomie,był przytomny przez dwie godziny.Rozmawiał ze swoim kolegą w ciężarówce,bardzo chciał przeżyć.Mówił,że bardzo kocha mnie i dziecko.
W pierwszych dniach po wypadku nic do mnie nie docierało.Pojechałam do Niemiec po ciało męża,zobaczyłam go w kostnicy i nic,nie potrafiłam nawet płakać.Dla mnie to nie był mój mąż,ja pamiętałam go żywego,uśmiechniętego,dla mnie to nie był on.Pogrzebu nie pamiętam.Przez prawie trzy tygodnie byłam z dzieckiem u mojej mamy.Wróciłam do naszego mieszkania i tu zaczyna wszystko docierać,wszędzie widzę jego rzeczy...Wiem,że muszę pomyśleć o pracy,bo musimy za coś żyć.Najgorsze są dla mnie weekendy,bo zawsze spędzaliśmy je razem.Pewnie będę musiała sobie poradzić,ale jest to bardzo trudne.Mam nadzieję,że dam radę dla synka,ma już tylko mnie.
Magdusia, dasz radę uporządkować sobie wszystko w głowie na pewno, jak długo to będzie trwało, to bardzo indywidualna sprawa i na pewno wymaga czasu, wiele czasu, ale motor napędowy dla Twojego działania to Twoje dziecko, najukochańsza istota, za której los odpowiadasz. Skoncentruj się na tym, wyznacz jako zasadniczy cel, od Ciebie zależy, jak obydwoje przejdziecie przez ten dramat. Chroń dziecko, a sama znajdziesz w tym ukojenie, bo walczysz heroicznie. To trudne, jak trudne, tylko Ty wiesz o tym. Pamiętaj, jestem tu, w razie czego gotowa ruszyć z pomocą.
Magdo- serdecznie Ci współczuję- wiem ,jak to bardzo boli, bo przeżyłam to samo- tylko rok temu. Byliśmy razem przez 40 lat. Nie umiem sama żyć, wszystkiego uczę się od nowa. Byłam u psychologa, byłam w sanatorium ( w Mosznej) koło Opola, brałam leki przeciw depresji. Przyznam , że to pomogło mi zrozumieć,że nie ma odpowiedzi na pytanie- DLACZEGO to właśnie ON zginął? Zrozumiałam, że takie jest po prostu życie, że śmierć jest obok nas i non stop towarzyszy życiu, że życie nie jest trwałe i dane nam na zawsze. Wmówiłam sobie, że mój mąż nadal jest przy mnie, widzi mnie i opiekuje się mną z tamtej strony i na pewno czeka tam na mnie (kiedyś przecież nadejdzie też mój czas). Często z nim "rozmawiam", dbam o siebie, bo taką mnie lubił, często chodzę na cmentarz- proszę, by przyszedł do mnie w nocy- już wiele razy mi się śnił-było mi we śnie pięknie (tylko przebudzenie było okropne). Niekiedy jednak do dzisiaj nie mogę uwierzyć,że go nie ma. Patrzę w drzwi i oczekuję, że wróci zaraz z pracy- później wyję i znów na siłę biorę się do jakiejś roboty.
Magdo, tak jak Ty nie wierzę, że jest coś poza tym co tu. Choć byłam wychowana w bardzo katolickiej rodzinie i wydawało mi się, że mam w sobie wiarę w Boga...tak teraz wszystko to runęło. Często zadaję sobie pytania...po co to wszystko. Po co nasze matki nas rodzą, a my następnie rodzimy nasze dzieci....? Po to, aby u kresu tego niełatwego życia czekała je śmierć?! Bezsensu....
Być może jakoś sobie zasłużyłam na takie cierpienie, ale nie pojmuję za co zostały ukarane nasze dzieci....odebrana im została szansa wychowywania przez kochającego Ojca......jak On je mocno Kochał ;( podczas, gdy tylu sadystów katuje swoje dzieci i żony w "zaciszu domowego ogniska" latami, fundując im horror i dając upust swoim chorym pobudkom. Pytam...czy to jest sprawiedliwe? Gdzie jest ta sprawiedliwość od Boga, o ile On w ogóle jest!?
Bardzo rzadko wyrwie mi się rozmowa z mężem, taka cicha w myślach...pytam Go-"gdzie jesteś???" i nie słyszę żadnej odpowiedzi, znaku, czegokolwiek. To utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że jedyne miejsca, gdzie on teraz jest to nasze dzieci-córka i syn. Nasze myśli i wspomnienia. I nic poza tym.
Mąż śnił mi się kilka razy-dawał mi wskazówki, rozmawialiśmy, czasem tylko Go widziałam. Ale nie mogę powiedzieć, że to Jego dusza odwiedza mnie we snach. Sam był osobą nie wierzącą. Silnym, odważnym człowiekiem, który twardo stąpał po ziemi. Być może tę siłę mi teraz jakoś przekazuje...Nie wiem...
Marzeno, ja się boję farmakologii-zawsze byłam uprzedzona do lekarstw i brałam je jedynie w ostateczności. Doszłam do wniosku, że muszę się z tym uporać, bez "wspomagaczy". Tak, jak Ty natomiast, chętnie uciekam w sen...bo jedynie tam mam szanse Go "zobaczyć". I tak jak u Ciebie, chwila po przebodzeniu, rani jak nóż w serce...;( Na szczęscie zostawiłmi wielu swoich, naszych przyjaciół, którzy są ze mną w tych trudnych chwilach....
Dziewczyny...bądźcie silne, siłą Waszych mężów.
Witam Was dziewczyny-kobiety.Tak młode a tak doświadczone. Zauważyłam,że macie dla kogo istnie bo wszystkie macie dzieci. Naprawdę nie ma żadnej która musi poszuka sensu życia gdzieś indziej? Chciałabym poczyta kogoś kto radzi sobie bez patrzenia w oczy dziecka podobne do oczu jej zmarłego męża. Mój mąż umarł.Mam 35 lat,zero dzieci i jeszcze brak "ci" na klawiaturze. Pozdrawiam.
witajcie, trudno Was wszystkie pocieszyć. Nie straciłam męża, ale mam inny piekielnie trudny problem. Życie wymaga ode mnie stawania ponad siły i niesamowitego sprężania się i wiem, że człowiek czerpie w trudnych sytuacjach siły z nieznanych sobie samemu źródeł. Nie można mówić, że się nie da rady, to prowadzi do samozniszczenia.
Naprawdę Wam współczuję. To banał, ale to zaklęty krąg. Niech Wasze przykre doświadczenia staną się Waszą siłą. Tego Wam bardzo bardzo życzę. ![]()
20 2010-05-28 19:08:01 Ostatnio edytowany przez Emilia (2010-06-11 23:23:47)
Jejku łzy mi się w oczach kręcą jak to czytam ;/ Nie mam pojęcia jak się zachować w takiej sytuacji i szczerzę wam współczuję... Pozdrawiam was i trzymajcie się ![]()
Do mlodych Mam , ktore stracily Mezow - To byli Wspaniali Mezowie i Ojcowie wszystko bylo przed nimi i z calego serca jestem z Wami . Jednak chcialabym jaknajkrocej pocieszyc Was - jestescie takie mlode , Wasi mezowie na zawsz pozostana w Waszych sercach a los wynagradza cierpienia. Jak bylam mloda dziewczna , bylam b. ladna nawet pracowalam jako modelka. Wyszlam za maz za modela, z czego drwil po tem moj ojciec. Malzenstwo szybko sie rozpadlo - ale z tego zwiazku mam dwie corki dorosle juz . Nawet po rozwodzie powracalismt do siebie - to trwalo 38 lat. rok przerwy i 3 miesiace razem i t d - powodem rozlaki bylo molestowanie psychiczne chorobliwa zazdrosc bez powodow. Tak ze bylam zdana tylko na siebie jesli chodzi o corki . Pracowalam z nadgodzinami , zeby zapewnic im godne zycie. Duzo zawdzieczam mojej s.p. Mamie. Byly maz chcia jeszcze wracac W 2003 roku odeszla moja mama , nie moglam sie pozbierac - bylam pewna ze do roku tez mnie nie bedzie . Poznalam Wspanialego czlowieka , ale byl zonaty i wspanialym mezem . Po dwoch latach zmarla Jego zona - bylam na pogrzebie . Niebawem zaproponowal mi malzenstwo , ze nie chce byc sam - ja wtedy tak do konca tego nie rozumialam . Nasze bycie razem trwalo rok i siedem miesiecy. Swoja cierpliwoscia i miloscia doprowadzil do tego ze bardz Go pokochalam. Ta te milosc czekalam cale zycie . Dzisiaj mija 115 - dni od SMIERCI Tego Wspanialego Czlowieka mojego Meza . Gdybym wtedy mogla przewidziec ten scenariusz mojego zycia - wyszlabym za maz zaraz jak mi proponowal. Teraz tone w lzach , zycie stracilo dla mnie sens . Mielismy takie plany na wiosne i lato - nie moge patrzec na te wiosne na slonce . bo juz nie swieci dla Niego. Jednak w tej mojej rozpaczy wiem , ze jest przy mnie . Na pogrzebie z wienca na moim ubraniu zostala jedna roza - tak jakby mi ja podarowal . Jak bylam u dzieci , siedzialam na lawce caly czas myslac o Nim . Popatrzylam na trawe - 4 - listna konczyna potem druga - wierze ze to moj Maz mi je podarowal. Jednak bol , ogromny bol jest nie do zniesienia. Lecze sie piosenka To co dal nam swiat , Wiem ze nie wrocisz Co jej mogles dac . A dal mi wszystko - Milosc , Przyjazn i Partnerstwo , Jak zyc ttlko plakac. Wlasciwie tak naprawde fizycznie jestem jeszcze tutaj a duchowo po tamtej stronie razem y Miloscia mojego zycia . Bo Milosc przenosi gory . Taka milosc moze zdarzyc sie tylko raz jak w filmie.
Do mlodych Mam , ktore stracily Mezow - To byli Wspaniali Mezowie i Ojcowie wszystko bylo przed nimi i z calego serca jestem z Wami . Jednak chcialabym jaknajkrocej pocieszyc Was - jestescie takie mlode , Wasi mezowie na zawsz pozostana w Waszych sercach a los wynagradza cierpienia. Jak bylam mloda dziewczna , bylam b. ladna nawet pracowalam jako modelka. Wyszlam za maz za modela, z czego drwil po tem moj ojciec. Malzenstwo szybko sie rozpadlo - ale z tego zwiazku mam dwie corki dorosle juz . Nawet po rozwodzie powracalismt do siebie - to trwalo 38 lat. rok przerwy i 3 miesiace razem i t d - powodem rozlaki bylo molestowanie psychiczne chorobliwa zazdrosc bez powodow. Tak ze bylam zdana tylko na siebie jesli chodzi o corki . Pracowalam z nadgodzinami , zeby zapewnic im godne zycie. Duzo zawdzieczam mojej s.p. Mamie. Byly maz chcia jeszcze wracac W 2003 roku odeszla moja mama , nie moglam sie pozbierac - bylam pewna ze do roku tez mnie nie bedzie . Poznalam Wspanialego czlowieka , ale byl zonaty i wspanialym mezem . Po dwoch latach zmarla Jego zona - bylam na pogrzebie . Niebawem zaproponowal mi malzenstwo , ze nie chce byc sam - ja wtedy tak do konca tego nie rozumialam . Nasze bycie razem trwalo rok i siedem miesiecy. Swoja cierpliwoscia i miloscia doprowadzil do tego ze bardz Go pokochalam. Ta te milosc czekalam cale zycie . Dzisiaj mija 115 - dni od SMIERCI Tego Wspanialego Czlowieka mojego Meza . Gdybym wtedy mogla przewidziec ten scenariusz mojego zycia - wyszlabym za maz zaraz jak mi proponowal. Teraz tone w lzach , zycie stracilo dla mnie sens . Mielismy takie plany na wiosne i lato - nie moge patrzec na te wiosne na slonce . bo juz nie swieci dla Niego. Jednak w tej mojej rozpaczy wiem , ze jest przy mnie . Na pogrzebie z wienca na moim ubraniu zostala jedna roza - tak jakby mi ja podarowal . Jak bylam u dzieci , siedzialam na lawce caly czas myslac o Nim . Popatrzylam na trawe - 4 - listna konczyna potem druga - wierze ze to moj Maz mi je podarowal. Jednak bol , ogromny bol jest nie do zniesienia. Lecze sie piosenka To co dal nam swiat , Wiem ze nie wrocisz Co jej mogles dac . A dal mi wszystko - Milosc , Przyjazn i Partnerstwo , Jak zyc ttlko plakac. Wlasciwie tak naprawde fizycznie jestem jeszcze tutaj a duchowo po tamtej stronie razem y Miloscia mojego zycia . Bo Milosc przenosi gory . Taka milosc moze zdarzyc sie tylko raz jak w filmie.
pomylilam sie tyle bledow zrobilam j. w. - po raz pierwszy wzielam udzial w dyskusji. dodalam sobie 10 lat ( to mialo byc 28 lat - malzenstwo i te powroty razm ) Powroty byly dlatego , ze za kazdym razem obiecywal poprawe. Dlatego mysle , ze cierpienie jest wynagradzane - spotkalam Milosc mojego zycia -bylam bardzo szczesliwa , moj maz mowil - dobralismy sie w 99% a 1% bedziemy szlifowac . mial pogode ducha , kochal zycie . Dziekuje Mu ze ze mna byl. Panu Bogu tez dziekuje , ze na mojej drodze zycia byl wymarzony czlowiek. Jestem pewna, ze jest tu ze mna - tylko Go nie widze . Pozdrawiam i zyjcie dla swoich dzieci , opowiadajac im jak bardz Je kochal.
Witam
Poszukuję kobiet, które straciły męża w wypadku samochodowym. Jeżeli o śmierci ukochanego usłyszałaś z ust policjanta lub innej obcej osoby, twój świat w jednej chwili załamał się i chcesz podzielić się ze mną swoją historią, napisz do mnie.
516444962
cześć
Poszukuję kobiet, które straciły męża w wypadku samochodowym. Jeżeli o śmierci ukochanego usłyszałaś z ust policjanta lub innej obcej osoby, twój świat w jednej chwili załamał się i chcesz podzielić się ze mną swoją historią, napisz do mnie.
agalubawska(małpka)wp.pl
516444962
Witajcie, Wszystkim Wam współczuję, musicie być silne i siły szukajcie w sobie i u przyjacioł i życzliwych osób, często Oni chcieliby z Wami porozmawiac, wesprzec psychicznie ale kazdy boi się że nieostrożnym slowem moze Was urazić. Życzę Wam dużo siły i spokoju, trzeba czasu aby najpierw oswoic się z tragedia, przyjąc ją do wiadomości i z tym życ.
Witam. Mam 28 lat.
Może niektórzy uznają że za wcześnie piszę ale potrzebuję tego. Pomaga mi to. 21.02 razem z mężem i 8-miesięczną córeczką mieliśmy wypadek samochodowy. W wyniku odniesionych obrażeń (poważny uraz głowy) zarówno mąż jak i córeczka 25.02 zmarli w szpitalu. Zostałam z 3-letnim synkiem i w 2 m-cu ciąży. Po wypadku ja leżałam na patologii ciąży i przez ten czały czas mogłam przy nich być. Miałam nadzieję że ich stan się nagle poprawi, że się obudzą mimo że lekarze praktycznie od początku nie dawali nadziei. Nie mam pojęcia jak sobie radzić. Co prawda rodzina jest ze mną i przy nich jakoś się trzymam ale chwile samotności mnie wykańczają. Wiem że mam dla kogo żyć bo mam synka i niedługo będę miała jeszcze jedno dziecko ale nie wyobrażam sobie jak poradę sobie bez męża, jak to wszystko przetrwam, jak wychowam nasze dzieci bez męża.
Synka nie zabrałam na pogrzeb taty i siostry. Nie chciałam żeby widział ich w takim stanie. Mógłby to być dla niego szok że jego kochany tatuś i jego królewna leżą i się nie ruszają. Do tej pory nie wie że oni nie żyją. Nie wiem jak mu to powiedzieć bo na samą myśl zatyka mnie i łzy płyną mi z oczu a chcę być przy nim twarda. W tej chwili wie tylko że tatuś i królewna sa daleko i nie mogą być z nami.
W sumie nie wróciłam jeszcze do mieszkania które wynajmowaliśmy. Mieszkam trochę u rodziców i teściów ale wiem że muszę wrócić tam choćby po to aby się spakować. Nie potrafię tam wejść. Byłam ze 2 razy z kimś z rodziny po jakieś rzeczy i jakoś to zniosłam ale jak raz zajechałam po rożne dokumenty to nie mogłam się powstrzymać, cały czas płakałam. Wszystko zostało tak jak wyjechaliśmy wtedy i wszędzie są rzeczy które mi ich przypominają.
Wiem że minęło jeszcze mało czasu od tej straty ale nie wyobrażam sobie życia beż meża i mojej malutkiej córeczki.
Kochana Juzcza-jest tu takie wspaniałe forum-jak poradzić sobie z śmiercią męża-gdzie można dostać dużą pomoc duchową od innych wdów-zapraszam na nie:)
Przytulam
Witam,,, jestem tu pierwszy raz ale nie wiem co mam robić jest coraz gorzej ze mna , bardzo tesknie .: 15.06.2012 pojechałam do szpitala w nowym dworze mazowieckim i tam dowiedziałam sie ze nosiłam od tygodnia martwa ciąże a byłam w 3 miesiacu ciązy , a z 19 na 20 czerwca miałam głupie przeczucie ze cos jest nie tak z moim męzem, nawet nie maiłam kluczy do domu zeby dac polcji, sama ja wezwałam i 20 czerwca DOWIEDZIAŁAM SIE ZE MÓJ MĄŻ NIE ZYJE , USNĄŁ W ŚNIE NA ŁÓŻKU NASZEJ CÓRECZKI I MIAŁ W REKU JEJ SUKIENKE A JA NIC NIE MOGŁAM ZROBIC , BYŁAM CAŁYCZAS W SZPITALU.....................pomóżcie mi
Witam..
Mój mąż zmarł w poprzedni poniedziałek. Zginął w wypadku samochodowym. Śmiercią samobójczą.. Zostawił mnie i córeczkę.
Coc u nas nie było idealnie, od wielu tygodni ranił mnie i przed śmiercią dowiedziałam się o innej kobiecie- nie potrafię przestac plakac.. Kochałam go i kocham cały czas, nie wiem czy da się życ z taką traumą..
A pocieszenia typu "masz dla kogo życ" tylko mnie drażnią.. W tej chwili ból jest większy od rozumu i logicznego myślenia.
To ja jakis koszmar..
Pechoo bardzo mi przykro.. Wiem jak to mocno boli i żadne słowa pocieszenia nie ukoją tego. Mniemam, że Twój mąż był młody, tak poprostu zasnął i nie obudził się?
Los jest okrutny.. I jak tu wierzyc w obecnośc "anioła stróża?" Coraz bardziej zaczynam w to wszystko wątpic..
Witam Panie,
Chciałabym dodać swoją historię, i czuję, że jest to miejsce najlepsze na poczucie zrozumienia. Mam osiemnaście lat, klasa maturalna, ponad miesiąc temu zmarł mój tata, miał 50 lat. Wykończyła go nie tyle choroba co służba medyczna- pomimo choroby-zmarł nagle. Mam starszego brata, który aktualnie mieszka ze mną mama i babcią. Nie mam pojęcia jak mogłabym pomóc mojej mamie. Mama z tego co mi się wydaje nie jest osobą nadzwyczaj silną, osobą która trzymała mamę i była właśnie jej siłą był mój tata. Był niezaprzeczalnym optymistą, pomimo długiej walki z chorobą, zawsze uśmiechnięty, silny i niesamowicie silny duchem, i chyba - o ile w tej chwili mogę tak to ująć, cieszę się, że jestem do niego podobna. Wierze w jutro, wierze że tata jest obok mnie, że gdy kogoś tak bardzo się kocha to nigdy nie można tej osoby stracić, wierze, że pomaga mi z góry i że jestem jego promykiem tu na ziemi. Może brzmi to filmowo dla większości ludzi ale w takich momentach takie słowa, takie odczucia nabierają sensu i mają swoje odzwierciedlenia w rzeczywistości. Mama nie daje sobie z tym rady, udaje przed nami. Jest przerażona wizją przyszłości, wizją przyszłość bez taty, wydaje jej się że jej życie już się skończyło, przeraża ją bycie w domu, wszystko tutaj przypomina jej tatę, jej cały świat runął w gruzach, nie ma porannych śniadań, popołudniowych kaw i wieczornego oglądania m jam miłość, nie ma karnawałowych bali i nie ma tej osoby obok. Boi się tego tak strasznie, że zostanie sama. Niecały rok i czekają mnie studia, chciałabym wyjechać, ale tak bardzo boję się zostawić mamę samą, boje się że po prostu zwariuje, że nie poradzi sobie. Nie wiem jak mogę jej pomóc, chciałabym namówić ją do jakiś zajęć, boje się że stanie się obojętna, bezsilna i nie wstanie, po prostu będzie egzystować, a nie żyć. Chce żeby mi uwierzyła, że jej życie nie odeszło razem z tatą. Proszę o poradę. Serdecznie pozdrawiam
promyczku2012,
Twój ojciec zmarł ledwie miesiąc temu. Bardzo niedawno. Rozumiem, że mimo jego choroby śmierć była zaskoczeniem i dla Twej mamy, i dla całej Twej rodziny. Wasza żałoba dopiero się rozpoczęła. Na jej początku zwykle jest szok, niedowierzanie, brak planów, przerażenie na myśl "jak to będzie dalej". Mądra lekarka, Elizabeth Kubler-Ross, która przez całe swe zawodowe życie zajmowała się problemem śmierci, wyróżniła pięć etapów żałoby: zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja.
By dojść do ostatniego etapu, pogodzenia się z rzeczywistością, potrzeba czasu. Daj czas mamie, sobie, bratu, wszystkim wam, na przeżycie żałoby; tego procesu nie da się przyspieszyć.
Rozumiem, że niepokoisz się o mamę. Zrozum też ją; dla niej, na razie, świat się skończył. Stopniowo zauważy, że jej życie trwa dalej, stopniowo opanuje swój lęk i obawy, stopniowo nauczy się żyć bez swego męża u boku. Stopniowo.
Najlepszą drogą do poradzenia sobie z tak trudnymi uczuciami, które teraz Twoja mama przeżywa (Ty zresztą też), jest pozorne nieradzenie sobie, uwalnianie uczuć, płakanie, nieradzenie sobie w prostych czynnościach domowych. Proszę, nie poganiaj swej mamy, nie układaj jej życia. Na plany związane z twym wyjazdem z domu jeszcze jest sporo czasu - blisko rok. Rok to bardzo długo.
Cześć. dołączyłam do Was bo nie wiem co dalej.
Mój mąż zginął w wypadku samochodowym. Jednego dnia straciłam sens życia. Mimo tego, że została mi 2 letnia córeczka. Jak wszyscy mądrzy mówią " mam dla kogo żyć". wiem, rozumię. Mam świetną córcię. wykapany tatuś ale............ nie ma Jego i nawet Ona nie jest w stanie mi Go zastąpić. Brakuje mi Go wszędzie i w każdym momencie ![]()
Chciałabym Go przytulić, usłyszeć.......
Do tego mam kupę problemów. Moje dziecko nie dostało renty (brakło kilku miesięcy składkowych do pięciu lat pracy mojego męża). Obawiam się, że z mojego wynagrodzenia długo nie damy rady. Żłobek, raty kredytu hipotecznego( bo marzył nam się NASZ ciasny ale własny). Szukałam pracy dodatkowej na weekendy albo wakacje w internecie ale nic nie mogę znaleźć. może macie jakieś pomysły. Myślałam nawet o pracy za granicą w ostateczności (nie chcę zostawiać córeczki już jedno rozstanie przeżyła i to bardzo) Niedługo kończy mi się urlop i nie wiem co dalej. Wierzę, że mój mężuś mi pomoże bo tak zawsze było i nadal jest chociaż może wyda Wam się to śmieszne.
Pomóżcie
Witaj Nati81, jestem z Tobą.
Pisz w dziale Psychologia - Smierć męża - jak sobie poradzić, spotkasz się ze zrozumieniem i uzyskasz poradę
Elka
Mam 29 lat. Dokladnie 6 tygodni mija od smierci mojego chlopaka. Zginal w wypadku drogowym. Jechal na motorze zostal potracony przez - pijaka!! Tyle razy go prosilam zeby sprzedal motor, pokazywalam filmiki na youtube o wypadkach z udzialem motocyklistow, puszczalam piosenki Verby - mlode wilki to trzaskal drzwiami i wychodzil... po czasie skladam wszystkie nasze rozmowy i znaki jakie otrzymywalam w ostatnich miesiącach jak puzzle.. Wynajmowalismy mieszkanie od ponad roku, nie mielismy dzieci, gruchalismy sobie jak dwa golabki, wszystko bylo tak piekne ze az nudne z czasem.. Na walentynki kupilismy pieska.. Tak bardzo mu sie z tym psiakiem spieszylo, zawsze mowil ze 'nie wazne gdzie, wazne ze razem'.. Nie potrzebowalam nikogo do szczescia procz niego i z wzajemnoscia.. Przed smiercia, mowil ze sie boi, bo psiak tak strasznie szczekal wpatrzony w jeden punkt pokoju, weszyl ciagle cos w powietrzu, ja mialam wczesniej pieski ale pomyslalam sobie ze jest jeszcze malutki i moze tak po prostu ma.. Piszczal, uciekl kilka dni wczesniej.. Ale gdziez bym sobie pomyslala, ze to moze wrozyc cos takiego skoro moje kochanie mialo dopiero 34 lata. Kiedy policja przyszla mnie powiadomic swiat mi sie zatrzymal.. I stoi do teraz.. Tez nie trawie tego gadania ze bedzie dobrze, ze sie ulozy, ze mloda jestem i musze zyc!! Bo taka milosc zdarza sie podobno tylko raz.. I po kilku burzliwych latach walki o to zeby bylo dobrze, wkoncu zaczelo byc dobrze.. Bardzo sie zmienil przez ostatnie miesiace.. Nagle mial tyle planow, dzien wczesniej zabral mnie na kolacje i mowil ze jest szczesliwy, ze nie potrzebuje papierka, ze po slubie nic sie nie zmieni.. Ale ja bardzo chcialam, bo wiedzialam ze piekniejszej milosci juz nigdy nie dostane niz ta ktora mialam.. Po przeczytaniu postow wszystkich dziewczyn ktore byly w podobnej sytuacji widze, ze pytania sie powtarzaja.. Jak mam dalej życ bez ciebie skoro byles calym moim swiatem??, gdzie jestes?? Dlaczego.. Nie moge sobie z soba poradzic, wrocilam do pracy ale problem w tym ze nie mam przy sobie rodziny, nie mielismy wielu znajomych bo wystarczylo nam bycie ze soba, a ci ktorych nazywalismy przyjaciolmi po jego smierci odwrocili sie plecami, totalny brak szacunku do niego, mnie i materialistyczne podejscie (po tygodniu rozniesli jego rzeczy).. Wrocilam po trzech tygodniach do pustego mieszkania, mam psiaka i teraz wracam jedynie do niego, ale mam wyrzuty ze troche go zaniedbuje, siedze, placze, nie gadam do niego.. On tez czuje.. Siedzi w drzwiach i czeka. Takie zycie to nie zycie, raczej wegetacja.. Mam dosc, glupie mysli przychodza mi do glowy, ale wierzaca osoba jestem wiec trzymam sie zycia, chociaz nie chce, prosze zeby zabral mnie ze soba i nie moge darowac sobie tego, ze wtedy z nim nie pojechalam.. Zniknal moj sens istnienia i nie moge sobie z tym poradzic.. Wszystko zawsze robilam dla niego.. Zawsze tylko on.. najwazniejszy.. a teraz nie ma, nikt nie czeka, nie dzwoni, nie wraca...
Witam pisze pierwszy raz jestem w takiej samej rosterce jak wy pchowałam męża dwa tygodnie temu mamy córeczke która ma 8 lat jest nam bardzo cięzko mąż tak nagle odszedł nic się nie spodziewalismy że tak się stanie mąz był kierowcą podczas powrotu do domu kupił sobie czereśnie i popił wodą i się trochę zatruł tymi czereśmi przez trzy dni bardzo wymiotował więc ja stwierdziłam że pojedziemy do szpitala i tak więc zrobiliśmy Pani Doktor stwierdziła że jest odwodniony i przepisała lekarstwa i kazała sobie zrobić pobranie krwi na swój koszt ponieważ ona nie morze wypisac skierowania i odesłała nas do domu.Przez całą sobote się męczył nic nie było poprawy więc znów pojechaliśmy do tego samego szpitala i mówimy jaka jest sytułacja lekarz zszedł z oddziału i zlecił żeby podać kroplówki na odwodnienie i pobrali krew podobno wyszło że jest gęsta z tego powodu mąż wzioł 3 kroplówki i z welfronem wypuścili do domu i dokturka ponownie kazała w niedziele rano przyjechac na dokończenie kroplówek .Ale stan męża bardzo się pogorszył lekarze dopiero zaczeli coś działać ale był już za póżno na odziale stwierdzili że on powinien leżec na oddziale zakaznym wywieżli męża do Częstochowy a tam lekarz stwierdził nie wydolność nerek i polecili zabrać spowrotem na oddział wewnętrzny będac cały czas przy mężu lekarz powiedział ,że rantki powinny być przed szpitalem po konsultacji lekarze stwierdzili że będzie intubowany i uśpiony i został wywieziony na Ojom tam byłam cały czas z mężem o 20.30 przyjechałam do domu ,a o 21.20 dostałam tel przykro mi....Niewiem czemu się stało tak mam wyrzuty sumienia morze mogłam cos więcej zareagować morze to moja wina morze BÓG się pomylił mielismy plany na przyszłość za rok komunia u córki cieszył się z nowo podjetej pracy pierwsza wypłate i ostatnia musziałam odebrać sama czemu tak szybko odszedł był duszą towarzystwa codzień płacze po nim miał 49 lat.
Witam pisze pierwszy raz jestem w takiej samej rosterce jak wy pchowałam męża dwa tygodnie temu mamy córeczke która ma 8 lat jest nam bardzo cięzko mąż tak nagle odszedł nic się nie spodziewalismy że tak się stanie mąz był kierowcą podczas powrotu do domu kupił sobie czereśnie i popił wodą i się trochę zatruł tymi czereśmi przez trzy dni bardzo wymiotował więc ja stwierdziłam że pojedziemy do szpitala i tak więc zrobiliśmy Pani Doktor stwierdziła że jest odwodniony i przepisała lekarstwa i kazała sobie zrobić pobranie krwi na swój koszt ponieważ ona nie morze wypisac skierowania i odesłała nas do domu.Przez całą sobote się męczył nic nie było poprawy więc znów pojechaliśmy do tego samego szpitala i mówimy jaka jest sytułacja lekarz zszedł z oddziału i zlecił żeby podać kroplówki na odwodnienie i pobrali krew podobno wyszło że jest gęsta z tego powodu mąż wzioł 3 kroplówki i z welfronem wypuścili do domu i dokturka ponownie kazała w niedziele rano przyjechac na dokończenie kroplówek .Ale stan męża bardzo się pogorszył lekarze dopiero zaczeli coś działać ale był już za póżno na odziale stwierdzili że on powinien leżec na oddziale zakaznym wywieżli męża do Częstochowy a tam lekarz stwierdził nie wydolność nerek i polecili zabrać spowrotem na oddział wewnętrzny będac cały czas przy mężu lekarz powiedział ,że rantki powinny być przed szpitalem po konsultacji lekarze stwierdzili że będzie intubowany i uśpiony i został wywieziony na Ojom tam byłam cały czas z mężem o 20.30 przyjechałam do domu ,a o 21.20 dostałam tel przykro mi....Niewiem czemu się stało tak mam wyrzuty sumienia morze mogłam cos więcej zareagować morze to moja wina morze BÓG się pomylił mielismy plany na przyszłość za rok komunia u córki cieszył się z nowo podjetej pracy pierwsza wypłate i ostatnia musziałam odebrać sama czemu tak szybko odszedł był duszą towarzystwa codzień płacze po nim miał 49 lat.
Przytulam Cię mocno!!! Doskonale wiem, co przeżywasz. Wejdź na wątek w dziele PSYCHOLOGIA "Smierć męża - jak sobie poradzić".
Otrzymasz tu niesamowite wsparcie!!! Jest nas naprawdę bardzo dużo i wspólnie dajemy radę przebrnąć przez każdy etap "nowego" życia
Witam serdecznie,jestem tutaj nowa.To juz rok ja zmarł moj ukochany,przez rok zmagalismy sie z białaczka,niestety 5 września2012 wszystko runęło.Mamy córeczkę,która w tej chwili ma 4,5 roku,mieszkamy za granica.Wlasnie siedze z lampka wina,płacze i strasznie jst mi złe... Brakuje mi go strasznie!!! Moje życie legło w gruzach,robię dobra minę do złej gry... Na codzień jakos musze funkcjonować,mam sporo obowiązków,le chyba ńigdy nie pogodzę sie z tym co sie stało.