Witam,
mam 23lata, i sytuacje w której nie potrafię się odnaleźć. Moja mama nienawidzi mojego chłopaka(25lat). W zasadzie od początku się na niego uparła, mówiła, że mlaszcze, że ma krzywe nogi jest chamski, niewychowany, że stać mnie na kogoś lepszego... Ma wyższe wykształcenie, które zdobył dziennie na porządnej państwowej uczelni, ale nie pracuje w biurze, tylko bardziej hmm fizycznie przy samochodach, ale z własnego wyboru nie z musu rynku, mówi, że kocha swoją pracę a w wyuczonym zawodzie za nic nie chce pracować. Ja mimo tego że wiem, że mlaszcze, i ma krzywe nogi strasznie się w nim zakochałam:) wiadomo, nikt idealny nie jest. On na początku chciał zrobić dobre wrażenie na mojej matce, starał się pomóc, ale po pierwszych dwóch wizytach jego u mnie w domu, ona zrobiła mi straszną awanturę o niego, i że nie ma prawa przychodzić do domu,o czym mu częściowo powiedziałam i wystraszył się i przestał do mnie przychodzić, ew wchodzi na chwile, pomóc mi rower pompować, czy czeka aż wezmę rzeczy. Dla świętego spokoju umawialiśmy 'na mieście', a że jest ciepło wychodzimy ja rower czy basen czy inne kino, bądź siedzimy u niego.
I tu zaczyna się pole do popisu dla mojej mamy. Mówi, że nic mi w domu nie pomaga, że powinien przyjść i skopać jej ogródek, że nie uczę go szacunku ani do siebie ani do rodziny, że jak poprosiła go o sadzonkę maliny, odpowiedział, że zapyta się swojej mamy, a co ją to obchodzi w jaki sposób sadzonkę załatwi i w taki sposób nie powinien jej odpowiadać... często ma pretensje, że nie tak odpowiedział, czy się zachował po jakimś jej stwierdzeniu bo powinien tak i tak. Jak zostałam u niego na noc po imprezie (mieszkamy 30km od siebie), mama poinformowała mnie że on traktuje mnie jak dziwkę, wygódkę i ma mnie w dupie...
I teraz trochę mojego spojrzenia na moją relację z Nim. Wydaje mi się, że faktycznie mnie strasznie kocha, mówi to często, wszystkie koleżanki mi mówią, że jest strasznie we mnie zakochany. Mówi, że chce ze mną zamieszkać, wziąć ślub i założyć rodzinę. Od początku mieliśmy na prawdę dużo problemów, bo na raz wszystko zaczęło psuć się w moim życiu (babcia wylądowała w szpitalu, mama dowiedziała się że ma guza, na szczęście potem okazało się, że nie jest złośliwy, brat (niepełnosprawny psychicznie) wylądował w szpitalu, i znowu babcia, w międzyczasie straciłam dobrze płatną pracę) i On był cały czas przy mnie, zawoził mnie do szpitala, pocieszał i wspierał. I przede wszystkim nie uciekł ![]()
Z drugiej jednak strony, jak poprosiłam go o skopanie ogródka, nie mógł bo miał anginę, jak próbowałam zatrzeć ślady że obtarłam służbowy samochód, nie musiałam go dwa razy prosić o pomoc, do babci do szpitala mógł mnie zawieść i ze mną z nią posiedzieć, ale jak poprosiłam, żeby odprowadził mnie na egzamin decydujący o moich studiach, to nie mógł się wyrwać z pracy, jak nasz wspólny kolega śmiał się ze mnie, że nie mam pracy, nie powstrzymał go w żaden sposób, nie obronił mnie, bo 'sama jestem sobie winna, że prace straciłam, byli dla mnie za dobrzy, a ja nie doceniłam', jak powiedziałam mu, że z braku zajęcia zaczęłam tapetować przedpokój, faktycznie nie zaproponował pomocy, ale ja jej nie potrzebowałam i nie chciałam czekać do weekendu z efektami pracy, a to dwa pasy tapety były do położenia i wymiana kontaktów, no i jak poprosiłam, po nocowaniu u niego, żeby wszedł ze mną do domu, bo wiem że mama będzie wściekła i że się jej boje, to nie spełnił mojej prośby.
Mówi, że z chęcią mi pomoże, ale nie będzie 'chłopcem na posyłki' mojej matki, że ma syna, i że to on powinien skopać jej ogródek. I że jak ma wolny dzień to zwykle jest strasznie zmęczony pracą i nie ma siły pracować fizycznie. I że jego też ta cała sytuacja przerasta...
Mama teraz zabroniła mu nawet po mnie przyjeżdżać, bo 'nie chce patrzeć jak robię z siebie dziwkę' i nie wolno mu stanąć pod moją bramą, strasznie go do mnie wyzywa. Według niej on mnie kompletnie nie szanuje i jestem na każde jego skinienie, bo wyszłam niespodziewanie z domu, jak zrobił mi niespodziankę na naszą 'półrocznicę'. I że powinien mnie namawiać, żebyśmy razem opiekowali się moim bratem, a że nie chce to jest złym człowiekiem. Nawet kazała mi się natychmiast wprowadzić z domu.
Mama nigdy nie lubiła moich chłopaków, żaden nie był dla mnie dość dobry, wcześniej podobnie zachowywała się wobec mojej wielkiej miłości z czasów gdy miałam 18lat, też kazała mi się wynosić z domu do niego, i mówiła, że jestem jego dziwką, ale uznałam, że ma prawo krzyczeć, bo jeszcze jestem gówniarą i może faktycznie robi to z troski o mnie. Nic złego się ze mną nie stało, skończyłam renomowane lo, dobrze zdałam mature, dostałam się na dzienne studia, które całkiem nieźle mi szły. Nie rozmawiam z nią o moich związkach, bo sama powiedziała, że nic jej to nie interesuje. Nie przeszkadza jej to jednak ferować wyroków, że drugi mnie rzucił, bo dałam mu...
Ale teraz już nie wiem, czy On faktycznie mnie źle traktuje, bo nie pomaga mi fizycznie w domu, czy to mama wszystko spowodowała i stanowczo przesadza. Nie wiem czy powinnam mieć do niego pretensję, czy do niej...
Mam nadzieje, że cokolwiek dało się zrozumieć z mojego słowotoku...