Piszę to, bo jestem już naprawdę zdesperowana. Moja kochana mamusia zrujnowała mi całe życie. Jak? Popełnia chyba wszystkie możliwe błędy, jakie można popełnić względem dziecka. Wydaje mi się, że jest toksyczna.
1. Jest uzależniona od sprzatania. Cały dzień tylko sprząta. Nic innego nie robi. A przy tym całym sprzątaniu narzeka, że ma tyle roboty, jest taka umęczona i nikt jej w tym nie wyręczy. Jakby już wszystko posprżątała i nie byłoby co robić, to by pewnie jeszcze poszła posprzątać do sąsiadki. Bo przecież nie można odłożyć wytarcia kurzu na następny dzień, bo kurz się przyklei na zawsze i już się go nie wyczyści. A potem trzeba iść pozamiatać pustynię. Ja jestem mniej pracowita i sprzątam tylko to, co tego wymaga, resztę zostawiam. Mama narzeka, że tu mam plamkę w pokoju, tam mam pajęczynkę. Wmawia mi, że jak już będę miała męża, to będzie się przyklejał do syfu, że nie będę umiała zadbac o dom, ugotować mu obiadu i w ogóle będzie miał ze mną przekichane. Że ona to potrafi najlepiej na świecie sprzątać, a ja nie. Pomagam jej w tym sprzątaniu, ale jej wciąż mało. Powinnam robić więcej. Najlepiej jakbym zrezygnowała całkowicie z życia prywatnego i poświęciła się dla sprzątania w domu. Bo przecież taki jest cel kobiety. To, że umiem robić grafikę komputerową, że na tym trochę zarabiam, że maluję obrazy, mówię w trzech językach, znam się na komputerze, liznęłam trochę programowania stron, jestem zawodową krawcową i umiem jeszcze sporo innych rzeczy, to za mało. Bo nie umiem gotować i nie lubię sprzątać. A wg mojej matki to podstawa. Jestem więc nie nie warta i nic ze mnie już nie będzie. Nie pomaga mówienie, że jak przyjdzie czas, to się nauczę gotować i sprzątać też będę wcale nie gorzej od niej. Nieważne. Ważne, ze teraz mnie do tego nie ciągnie, i trzeba mnie za to skrytykować. Najlepiej przy znajomych. A żeby dodać dramatyzmu, trzeba opowiedzieć, jak 10 lat temu ugotowałam budyń na wodzie. Trzeba już pominąc fakt, że po prostu pomyliłam opakowania, bo tuż obok leżał kisiel, a ja z automatu wsypałam ten budyń myśląc, ze to właśnie kisiel. Nieważne, to trzeba pominąć w tej jakże dramatycznej opowieści. Ważne, że jestem skrajnie głupia i gotuję budyń na wodzie. Trzeba o tym wspomnieć facetowi, który mi się podoba, żeby przypadkiem się mną nie zainteresował.
2. Jest negatywna do granic możliwości. Wszędzie doszukuje się teorii spiskowych. Kasjerka w sklepie pomyliła się o 50 groszy przy wydawaniu reszty. Na pewno zrobiła to specjalnie, chciała ją oszukać. W ogóle wszyscy oszukują, kradną, zabijają. Nie wolno mi jechać do koleżanki na drugi koniec Polski, bo mnie zgwałcą, zabiją i zakopią w ogródku. Dostałam zlecenie na zrobienie grafik do gry. Mama mnie skutecznie zniechęciła. Wmówiła mi, że na pewno mnie oszukają, nie zapłacą, że na pewno mają 100 osób lepszych na moje miejsce i tylko czekają, żeby mnie wywalić z projektu. Najlepiej jak pójdę do pracy do biedronki i do końca życia będę pracować jako sfrustrowana kasjerka za najniższą krajową. Bo przecież na grafice nie zarobię, bo są lepsi ode mnie, a w ogóle zleceniodawcy mnie oszukają bo mieszkają na drugim końcu Polski.
3. Porównuje mnie z innymi, a najlepiej to ze sobą samą. Gdy jej mówię, że jej zachowanie wywiera na mnie wpływ, mówi, że jej rodzice zachowywali się tak samo i jakoś nic jej się przez to nie stało. Czyli ja jestem totalnie do bani, skoro jej sie nic nei stało, a ja mam przez to wszystko depresję. Porównuje mnie do dziewczyny mojego brata, bo ona tak super gotuje i w ogóle jest piękna i mądra. Robi to przy niej, przez co ta dziewczyna nie ma do mnie szacunku i traktuje mnie jak jakieś g**o, z którego można się śmiać. Ją to matka chwali za wszystko, a mnie za to samo nie pochwali. Jak ona upiecze ciasteczka u nas w domu, to jest taka super, kochana i w ogóle och ach. Ja upiekę ciastka "Osz ty grubasie, nie powinnaś piec ciastek, jestes za gruba, będziesz się teraz pasła tymi ciastkami." Czuję się jak jakiś śmieć.
4. Wszędzie wojny i katastrofy. Dzień w dzień od rana nastawia mnie negatywnie czytając wiadomości o uchodźcach i o tym, co oni wyczyniają. Swego czasu na topie była domniemana wojna z Rosją, to cały dzień katowała mnie informacjami na ten temat i czarnymi scenariuszami. Że oni przyjdą, pozabijają nas, będą gwałcić, kraść, torturować i w ogóle będzie bardzo źle. A gdzies tam było trzęsienie ziemi, trzeba o tym gadać cały dzień, najlepiej jeszcze wmawiać, że u nas na pewno też wkrótce będzie. A jak nie, to jakiś huragan, pożar, bomba atomowa. Mam przez to koszmary, często śnią mi się kataklizmy albo, że uciekam przed wojną, mimo że wojny w życiu nie doświadczyłam i nawet nie oglądam wojennych filmów.
5. Chce żebym była taka jak ona. Gdy wstanę o godzinie 13, to jest bardzo źle. Bo ona wstaje o 8 rano. I ja też powinnam. Ona od rana sprząta, ja siedzę przy kompie, jem śniadanie i za robotę biorę się dopiero po dwóch godzinach. To bardzo źle. Z pewnością jestem uzależniona od komputera i w ogóle jestem do niczego.
6. Mam wszystko robić natychmiast, jak nie to zrobi sama i będzie mi robiła pół dnia wyrzuty sumienia, że musiała coś za mnie zrobić. Nie uznaje czegoś takiego, że w tej chwili mam inne zajęcie (np. maluję obraz) i nie mogę zrobić tego, co ona chce. U niej nie ma słowa "później". Albo robię teraz albo dostanie ataku w stylu "mam leniwe dzieci, mam wszystkiego dość".
7. Wpędza mnie w poczucie winy praktycznie bezustannie. Gdy chcę z nią porozmawiać na temat jej zachowania, zaczyna się wściekać albo płakać. Nie nie mogę jej powiedzieć, bo wtedy mówi, że powinna się zabić, bo jest złą matką. Mi się robi przykro i cel ma osiągnięty.
8. Straszy mnie konsekwencjami. Jak nie posprzątam natychmiast, to brud się przyklei. Jak nie znajdę pracy na umowę, to nie wypracuję emerytury. I tak dalej i tak dalej.
9. Nigdy nie chwali za to co robię dobrze, tylko krytykuje za to co robię źle. Gdy przyniosłam ze szkoły dobrą ocenę, było to tak oczywiste, jak słońce w dzień. Jak przyniosłam złą ocenę, to tragedia w trzech aktach.
10. Mam żyć jak ona chce i robić to co ona chce. Mam iść do pracy jako sprzątaczka albo kasjerka, bo praca jako grafik komputerowy to żadna praca. Nieważne, ze zarobiłabym więcej. Nabawię się przecież zwyrodnień kręgosłupa (a na kasie to nie), stracę wzrok i tak dalej i tak dalej. Ona sama całe zycie pracowała w ten sposób, albo sklep albo sprzątanie. Nie dopuszcza myśli, że można inaczej.
11. Jak dzieje mi się coś złego, to jest to moja wina, ale jak coś dobrego, to to jej zasługa. Nigdy na odwrót. Moja depresja jest moją winą, nie jej. To ja mam złe myślenie, powinnam nad sobą pracować i tak dalej. Ona nie musi. Ona jest w porządku. Tak samo moje problemy z żołądkiem. To na pewno wina tego, że pół roku temu zjadłam zupkę chińską. A to, że ona sama ma refluks i nadkwasotę i mogę dziedziczyć to genetycznie, nie chce do siebie tego dopuścić. Na pewno to moja wina, bo źle się odżywiam. Jem dokładnie to samo, co ona, co każdy normalny człowiek. Ale to i tak moja wina że od pół roku mam silne wzdęcia nawet po wypiciu szklanki wody, czego wcześniej nigdy w życiu nie miałam.
12. Ciągle powtarza, że bez niej to bym sobie nie poradziła. Przykładowo, udało jej się sprać jakaś trudną plamę z dywanu. Przychodzi do mnie z tą jakże wiekopomną nowiną, opowiada jak to dzielnie walczyła z plamą na dywanie i na koniec dodaje "ty to byś nie wiedziała co zrobić, nie poradziłabyś sobie z tym".
13. Ploteczki ploteczki i jeszcze raz ploteczki. To jest w niej jedna z gorszych cech. Obdzwania koleżaneczki i do każdej na drugą psioczy. A bo ta jej to powiedziała, a bo ta pierdnęła, a bo ta coś tam. Do Agaty trzeba obgadać Ankę, a do Anki Agatę. Aaaa i jeszcze dodać 50 niestworzonych rzeczy, które nie miały w ogóle miejsca. Często jej zwracam uwagę o to, bo gdy np. jestem obecna przy jej rozmowie z sąsiadką, to dokładnie pamiętam, co mówiła. A ona za chwilę dzwoni do koleżanki, opowiada, co jej sąsiadka powiedziała i dodaje do tego rzeczy, których ta w ogóle nie powiedziała. Gdy zwracam uwagę, to pada tekst "no dobra dobra nie powiedziała tak ale na pewno miała to na myśli".
14. Wszystkich krytykuje. Bezustannie. Przegląda na FB tablicę sąsiadki i krytykuje jej zdjęcia. A bo takie zdjęcie z nowym facetem, a to takie zdjęcie z psem, a to takie i owakie, a bo sąsiadka robi to czy to, a jak ona się ubiera, a co ona nie napisała. Ona sama na jej miejscu to by zrobiła tak a tak. Co ta sąsiadka? A bo ta znajoma to taka niezaradna, a bo ta to pali papierosy, a tamta coś tam coś tam.
I jak tu żyć? Jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wymieniłam, nie o wszystkich teraz pamiętam. Czuję, ze moje życie się rozpada na kawałeczki i nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Dzień w dzień pretensje o wszystko, narzekanie, czarne scenariusze, straszenie i podcinanie skrzydeł. To moja codzienność. Czuję się jak jakiś śmieć. Chciałabym wyjść z depresji, chodzę do psychologa, ale to nic nie daje, jak po sesji wracam do domu i mama zaczyna robić problem o wszystko. Mam 31 lat i mieszkam z rodzicami. Moja depresja sprawia, że nie jestem w stanie poprawnie funkcjonować. Mam zachwiane jakiekolwiek postrzeganie rzeczywistości. Nie wiem co to szczęscie, nigdy tego nie zaznałam. Myślę, że w każdym zakamarku czyha na mnie zło. Boję się usamodzielnić, bo przecież mama wmówiła mi że sobie nie poradzę. Nie wytrzymuję w żadnej pracy dłużej niż rok. Chciałabym się od nich wynieść, bo wiem, że im dłużej tu jestem, tym gorzej, ale z drugiej strony tak panicznie się boję, że coś pójdzie nie tak. Że wynajmę mieszkanie i wybuchnie mi gaz albo ktoś się włamie i mnie okradnie. Że nie zarobię na rachunki, że przyjdzie jakiś kataklizm i będę odcięta od rodziny. Lubię być sama, a jednocześnie boję się być sama. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Najlepiej jak jestem sama w pokoju, ale jednak jak jest ktoś w domu, w innym pomieszczeniu. Prawie nie wychodzę z domu, bo mam wrażenie, że wszyscy oceniają mnie negatywnie. Nie spotykam się z ludźmi, bo myślę, że każdy o mnie myśli jak najgorzej. Że jestem gruba, żałosna, do niczego. Najlepiej jak jestem sama i nikt mnie nie ocenia, nie krytykuje, nie patrzy na mój zakazany ryj. Myślę, że nie zasługuję na nic. Że nie zasługuję na to, by ktokolwiek liczył się z moimi uczuciami. To ja musze liczyć się z innymi, brac pod uwagę, co inni pomyślą, jak się poczują, gdy zrobię to czy tamto. Ale inni mają prawo mnie jechać za wszystko, sponiewierać, obrażać. I ja nie mam prawa czuć się przez to źle. Gdy pracuję, boję się walczyć o swoje prawa, gdy są łamane, gdy współpracownicy albo szef wyżywa się na mnie, boję się sprzeciwić, bo myślę, że nie mam prawa. Że poniewieranie mnie przez innych to część mojego życia i tak ma być, choć z drugiej strony wiem, że tak być nie powinno. W rezultacie boję się iść do pracy, bo wiem, że prędzej czy później pracownicy zobaczą, że jestem ofiarą losu i wykorzystają to przeciwko mnie. Tak było wielokrotnie. Boję się zagadać do faceta, który mi się podoba, bo wydaje mi się, że ja nie zasługuję na miłość. Że nikt mnie nie chce, bo na pewno coś jest ze mną nie tak i mam wypisane na czole, ze nie umiem gotować i w ogóle to nic nie umiem. Mnie nie można kochać. Mnie można tylko poniewierać i wyśmiewać. Nie zasługuję na nic. Nawet na splunięcie. A moja kochana mama cały czas nieświadomie mnie w tym utwierdza. Zdaję sobie sprawę z tego, ze ona nie robi tego specjalnie. Ona już po prostu taka jest i to nie jej wina. Bo ją też tak traktowali rodzice. Dziadek latał za nią z siekierą, kiedy coś przeskrobała, a babcia lała ją rózgą. Nie miała łatwo. Ale gdy jej mówię, co jest nie tak i co powinna zmienić, to wpada w szał albo zaczyna płakać. Nawet o to ma pretensje. Że jakim prawem ja ją pouczam. To ja mam się zmienić. Już jej w ogóle nie mówię o mojej depresji, ona nawet nie wie jak bardzo się męczę. Jak dzień w dzień myślę o samobójstwie i tylko strach ze to będzie bolało i będę miała swiadomość że umieram mnie powstrzymuje. Gdyby była możliwa eutanazja i zapewniliby mnie że to jest bezbolesne i umrę bez świadomości, już dawno bym się zdecydowała. Nikt o tym nie wie. Na codzień się uśmiecham, żartuję sama z siebie, pokazując że mam do siebie dystans, tylko po to by nikt mnie nie mógł zranić. Znajomi myślą, ze jestem takim wesołkiem, ciągle się śmieję w towarzystwie, ciągle ich rozbawiam. A w środku coraz bardziej chcę po prostu przestać istnieć. Nie mam już do niczego motywacji. Kiedyś byłam tak zacięta ze wszystkim, jak chciałam schudnąć, to nie jadłam przez kilka dni, potrafiłam zrzucić 30 kilo przez pół roku. A teraz. Nawet tydzień na racjonalnej diecie, to dla mnie ogromne wyzwanie. Ciągle się obżeram słodyczami bo żadnej innej przyjemności z życia nie mam. Nic mnie już nie cieszy. Kompletnie nic. Jestem jak wypalona świeca. Nie ma już płomienia, nie ma nic, co gnałoby mnie do przodu. Stoję w miejscu i czekam na śmierć z utęsknieniem. Już teraz czuję się jak martwa za życia. I nei wiem co dalej robić. Walczę. Wciąż walczę, żeby rozpalić ten mój płomień na nowo. Żeby żyć normalnie. Bo jestem tak bardzo uparta i nie chcę się poddać. Ale wciąż przegrywam. A im więcej razy przegrywam, tym trudniej mi jest się podnieść na nowo. Mama nic nie wie i według niej jestem po prostu leniwa, przez co nic nie robię ze swoim życiem. Nie szukam pracy, nie zarabiam kokosów na grafice, bo nie wywiązuję się z terminów i zwyczajnie tracę zlecenia. A ja po prostu jestem tak zniechęcona, że za każdym razem jak mam wykonać jakieś zlecenie, to podejmuję ciężką walkę sama ze sobą, zeby w ogóle zacząć to robić. Bo i tak myślę, że robię to beznadziejnie i to jest nic nie warte. Z jednej strony chciałabym tak pracować, zarabiać dużą kasę, bo ogarnięci graficy dobrze zarabiają, z drugiej jestem tak obciążona psychicznym balastem, że ściąga mnie on na samo dno i nie jestem w stanie się podciągnąć.
I tyle. Rozpisałam się, ale musiałam. Po prostu musiałam.
