witam
W ostatnim czasie poznałam nową koleżankę . Ja byłam w ciąży a ona ma 1,5 rocznego synka. Mysle sobie świetnie sie złozyło,wspólne tematy, spacery wymiana doswiadczeń. Zblizyłysmy sie do siebie bardzo szybko. Jednak ona od samego początku znajomości wydawała mi sie jakaś smutna ,ciągle sama, mąż praca i komputer i nic więcej . Ciągle skarżyła sie że jest jej źle ,że on nie docenia tego co ma , że nie zasługuje na dziecko itd. Niejednokrotnie mówiąc to płakała i wyglądała na osobe która ma conajmniej depresje. Żal mi sie jej zrobiło i zaczełam ją przekonywac że nie musi tak być , nie musi się godzić na pewne zachowania mężą , że powinien jej pomagać , w koncu że jest fajną młodą i atrakcyjną dziewczyną . Proponowałam nawet że zawiozę ją do mojej znajomej która jest psychoterapeutą i zajmuje się takimi sprawami. Na gadaniu sie skończyło. Aż pewnego dnia przyszłam ją odwiedzić i spotkała mnie niespodzianka. Jej mąż naskoczył na mnie potwornie , że ją buntuje , żebym pilnowała własnego nosa. A ona stała jak trusia i nawet słowem się nie odezwała. Od tamtej pory spotkałysmy sie parę razy na ulicy przypadkiem. Gadka była sztywna , już nie dzwonimy do siebie . Chciałam pomóc a zostałam wrogiem. Zadaje sobie pytanie czy tylko ja tu jestem winna ? Zależało mi na tej znajomości bo nasze spotkania sprawiały mi duzo frajdy i dodawały skrzydeł. A co wy o tym sądzicie?