Witam serdecznie.
W sumie nawet sama nie wiem od czego zacząć.
W skrócie opiszę mój związek "małżeństwo"
Pobraliśmy się w 2008 r., kiedy byłam w 5 miesiącu ciąży.
Nasze małżeństwo było dosyć burzliwe i obydwoje jesteśmy uparci.
Wiele razy się kłóciliśmy, rozchodziliśmy i wracaliśmy.
Kilka miesięcy temu, dokładnie 4, pokłóciliśmy się o jego pracę, że za dużo w niej czasu spędza, że nigdy nie ma czasu odebrać dziecka z przedszkola, a jak wybiera, to podrzuca mi ją do pracy bądź komukolwiek po to, aby on mógł właśnie do swojej pracy wrócić.
Wyprowadzka przyszła mu łatwo. Po 4 latach małżeństwa spakował się w 5 min.
Po 2 dniach zobaczyłam, jak sobie gada na gg z koleżanką z pracy. Rozmowa dosyć bliskich znajomych. Załamałam się, próbowałam naprawiać, poprosiłam, aby nie robił nic głupiego.
Po rozstaniu za każdym, kiedy się widzieliśmy namawiał mnie, żebym to ja złożyła pozew o rozwód, jednak nigdy się na to nie zgodziłam, bo uważałam, że to za wcześnie na podejmowanie takich decyzji (zresztą do dzisiaj tak uważam) przez co idiotkę zrobiłam z siebie w sądzie. Ale o tym później.
Później zaczęła się kontrola, widziałam jak ta laska wysyłała mu przykładowe pozwy rozwodowe a po 3 dniach oznajmił mi, że właśnie pozew o rozwód złożył. Widziałam ich zdjęcia z wycieczek i ewidentnie uważam, że wszystko się skończyło właśnie dzięki tej dziewczynie.
I wszystko by było ok., gdyby nie to, że miesiąc temu się spotkaliśmy i mówił, że zastanawia się codziennie czy dobrze zrobił i że zawsze się będzie zastanawiał. Jak powiedziałam, że jak dobrze pójdzie to za nie długo będziemy wolnymi ludźmi, to usłyszałam "wolnymi wg prawa a co w sercu?" Strasznie przeżyłam tę rozmowę.
I doszło do rozprawy.
Siedząc przed salą rozpraw zapytałam się, po co to wszystko mi mówił. Odpowiedz: "bo tak myślę i czuje" po czym na sprawie zdecydowanie powiedział, że nie widzi szans na powrót, że chce rozwodu. Ja odpowiedziałam, że nie wyobrażam sobie z nim życia ale, że na rozwód nie jestem gotowa, bo to wszystko się dla mnie dzieje za szybko.
Zaproponowali mediacje, ja się nie zgodziłam, bo znam męża i wiem, że to nic by nie dało.
Zapytali się, czy widzę szanse na uratowanie małżeństwa, powiedziałam, że nie i jakie zdziwienie było sadu? Że sama nie wiem, czego chce. Być z nim nie chce i rozwodu też nie chce.
Ale tak naprawdę nigdy z mężem o rozwodzie nie rozmawiałam. Po wszystkim spotkaliśmy się na kawie i zaczął mówić, że nie jest zły, ze tak zrobiłam (dla mnie trochę dziwne tym bardziej, że jest przekonany, ze chce tego rozwodu - ja osobiście bym się wkurzyła), że nigdy nikogo tak nie kochał jak mnie, że jest uzależniony ode mnie, ale nie wyobraża sobie dalszego życia i tego, ze kiedykolwiek mogło by być miedzy nami dobrze.
Gadaliśmy o związkach. Zapytałam się, co by poczuł, jakby się dowiedział, że kogoś mam, powiedział, ze źle.
Zapytałam się, czy zdaje sobie sprawę z tego, ze ułożę sobie życie i że kiedyś na co dzień będzie ktoś inny wychowywał jego dziecko. Mina mu zrzedła. Myślę, że tak naprawdę się nigdy nad tym nie zastanowił.
Podszedł do mnie zaczął mnie przytulać i całować, chcial zainicjować seks. I właśnie nie rozumie o co mu chodzi? czego on tak naprawdę chce? Jaki ma cel?
Potrzebuje, aby ktoś trzeźwym okiem popatrzył na to i doradził.
Wiem, że cała sytuacja jest ciężka do zrozumienia, ale obawiam się, że ja nadal widzę szanse na ułożenie tego, tylko sama się nie chce przed sobą przyznać, bo wiem, że dalej byłoby to samo i byłoby mi z nim źle ![]()
Brakuje mi go, ale z nim też wiem, że nie jest dobrze. A ludzie się nie zmieniają?