Zacznę od początku...
Byłam w długoletnim związku, który dobiegał do końca swojego trwania i wtedy pojawił się on ... .
Na początku miałam go totalnie gdzieś i nawet powiedziałam, żeby dał sobie spokój ponieważ jestem zajęta. Nalegał na spotkanie, więc w końcu się zgodziłam. W postanowieniu miałam iść na spotkanie i w cztery oczy wytłumaczyć mu, że nie jestem zainteresowana. Nawet mi się nie podobał.
Nigdy żaden facet nie umiał mnie tak omotać. Niestety jest bardzo przystojny, kulturalny, zabawny i doskonale wie jak postępować z kobietami.
Wpadłam jak śliwka w kompot. Wcześniej rozstałam się ze swoim facetem, ponieważ miałam już dość psychicznego udręczania.
Zaczęłam się spotykać z moim "przystojniakiem" i chyba się zakochałam. Było/jest cudownie jest wszytko co powinno być tylko on mnie zdradził ... wiem to na 100%. Zdradził kiedy ja cierpiałam z bólu, bo dwa tygodnie temu odeszła moja mama, wyczerpana ciężką chorobą.
Świat mi się zawalił, ponieważ to jest tylko połowa moich życiowych kłopotów. Ze wszystkim daję i dawałam radę, ale teraz już nie umiem się pozbierać.
On się wścieka, że mu nie ufam i wypiera się wszystkiego, przedstawia rodzinie, zabiera na weekendy, wychodzimy razem, mówi, że kocha, tęskni, chce się ze mną kiedyś ożenić, wspomina o wspólnym mieszkaniu, ryzykował moje zajście w ciąże. Wiem... czytacie to i myślicie jaka jestem naiwna.
Tak, może i tak ... ale potrzebowałam oparcia i niestety pozwoliłam sobie po raz kolejny żeby ktoś mnie skrzywdził, ale dość mam już tych kopniaków od losu.