Witam, moja historia jest skomplikowana.
W wakacje wyjechałam razem ze szkolnymi przyjaciółmi - jestem w klasie maturalnej - na obóz pod namioty. Dwa samochody, dwóch kierowców - opiekunów. Mieliśmy trzy namioty - mój i koleżanki, opiekuna-absolwenta i pozostałych. Jednej nocy nie było miejsca na rozbicie trzech namiotów i razem ze znajomą zdecydowałyśmy się spać razem z absolwentem. Miły człowiek, dusza towarzystwa. Tak się zaczęło...
Już tej pierwszej nocy spaliśmy objęci, a ja tłumaczyłam sobie, że chwycił mnie przez sen. Myliłam się. Kilka nocy później zostałam sama w namiocie z absolwentem. Możecie się domyślić, co się działo.. Dobrze mi się z nim rozmawiało, rozśmieszał mnie. Dla mnie była to chemia - a może zauroczenie? Inni nic nie podejrzewali, choć widzieli ukradkowe spojrzenia i próby łapanie mnie za rękę. Nie przeszkadzało im to. Drugi z opiekunów pozostał całkowicie nieświadomy do końca obozu.
Wtedy między zdaniami wydało się, że ma żonę. Byłam ZAŁAMANA. Jednak powiedziałam - to był JEGO wybór. Do końca obozu pytałam o ich relacje, a on odpowiadał na każde moje pytanie. Dalej sypialiśmy ze sobą. Mówił, żebym się jednak nie przywiązywała. Tak, wiem... Ostrzegał. Na daremno.
Po powrocie spotykaliśmy się w mieście, rozmawialiśmy przez telefon i pisaliśmy do siebie. Rzucona w wir przedmaturalnych przygotowań powoli zapominam o problemie (nie myślę o żonie jak o problemie - szanuję ją, współczuję, bo wiem, że nie jestem pierwszą kochanką), ale dzisiaj usłyszałam, że ciągnięcie tego jest nierealne.
Tęsknię za jego towarzystwem, a nie seksem i bliskością.
Przez pryzmat czasu patrzę na swoje błędy i zaczynam brzydzić się sobą. Podświadomie czuję, że powinnam uświadomić jego żonę... Skoro nie jestem pierwsza i ostatnia, to czy nie będzie bardziej cierpieć później?
Nie chcę z drugiej strony pełnić roli młodej kobiety, która NAJPRAWDOPODOBNIEJ rozbije małżeństwo. Jej świat się zawali.
A co Wy byście zrobili?
Pomocy!