Mam prawie 23 lata. Nigdy nie gardziłam samotnością, oswoiłam ją bo od początku musiałam z nią żyć - jestem jedynaczką, moja rodzina ogranicza się do matki i daleko mieszkającej babci. Nie będę wspominać o ojcu alkoholiku, chlał to "nie był" a po rozwodzie z matką to już w ogóle go nie ma w moim życiu. Epizod gwałtownej towarzyskości - imprez, spotkań, niewinnych randek- może trwały chwilkę, moment (myślę że z rok). Nigdy nie szukałam partnera - zdarzyły mi się dwa związki, jeden krótki, drugi prawie 4 lata.
Ale nieważne. Teraz "jestem bez partnera/chłopaka itp" i tu zaczynają się schody. Kiedyś singielstwo było powodem do dumy, dziś muszę się z tego tłumaczyć. Nie babci, ale rówieśnikom. Koleżanki - mają już chłopaków, tak "na poważnie" po 5, a nawet 8 lat. I teraz zostałam ja, taka biedna, sama, trochę frajerka(w ich oczach). One nigdzie nie wychodzą, bo "on się obrazi", nie inicjują spotkań, dopiero jak się wypytam to mooooże ale w roli piątego koła u wozu(jak jakaś scena z filmu - ja sama na parkiecie, oni całują się gdzieś daleko a na końcu i tak zostawiają mnie żebym sama wróciła).Jak uda mi się wyjść gdzieś to znów są same pary, a oczy skierowane na mnie - ta to przyszła na podryw, w końcu jest sama. A ja chcę po prostu pospędzać miło czas z ludźmi, odetchnąć.
Czuję na sobie stygmat tego, że jestem bez faceta. Widzę te oczy z łezką współczucia i ukamienowanie że z nikim się nie spotykam. Tak jak lubiłam bycie singielką, teraz zaczynam czuć się winna. A nie będę spotykać się z panem_ktoś_tam, by byle tylko się spotykać, by być "w gronie", "w temacie". Zaznaczam, że mamy tylko dwadzieścia pare lat.
Sobota, moje propozycje wyjścia gdziekolwiek skończyły się odmową ewentualną ciszą. I tak już trzeci dzień siedzę zawinięta w koc w domu (oprócz spaceru,których już mam dosyć).
Pozdrawiam wszystkich Samotnych.