Wiem, że niektórym może wydać się śmieszne pytanie o rady w takiej sprawie. I to jeszcze pytanie o rady kogoś kompletnie nieznanego. A w dodatku... przez internet!
Dziewczyny, i może chłopaki też, możecie to przeczytać i się roześmiać, i powiedzieć, że ludzie mają ważniejsze sprawy na głowie, trudniejsze problemy do rozwiązania. Ale czasem największe głupoty, najmniejsze drobiazgi, choć zdajemy sobie z nich sprawę (a może właśnie dlatego) mogą być największą trudnością zarazem. Tak jest dla mnie. A oto moja historia...
Właściwie... nigdy nie miałam szczęścia w miłości. Nie jestem najpiękniejszą dziewczyną, nie jestem nawet ładna. Rzadkie włosy byle jakiego koloru, wiecznie podkrążone oczy... Nos czerwony, usta wąskie, niekształtne, zęby szare, wcale nie jak ze sklepu. Jestem niska, cała jestem krągła, ręce jak balerony, nogi duże, ach, i wciąż dziko się rumienie. Ale mimo wszystko... Mimo wszystko zdarzało mi się, że podobałam się chłopakom. Ale nie tym, którzy podobali się mnie. Same wiecie jak to jest w dobie, gdzie nasze oczekiwania kształtują media. Te ideały piękna z filmów, o których krzyczy się na ekranach kina i o których tak pięknie pisze w książkach!
I tutaj stoję ja, która kocham Disneya, i nienawidzę Hollywoodzkich romantycznych filmów, tutaj jestem ja, w tym dziwnym świecie, ja marząca o mężczyźnie a nie o chłopcu, wysokim, postawnym, z silnymi ramionami. Buzi kształtnej, z tą wyrazistą szczęką, wiecznie rozczochranym brunecie i tych jego zielonych oczach, w którym błyska spryt, zabójczym uśmiechu... I jak zawsze to bywa, ideał jest daleki od tego na co zwracasz uwagę, bo to nie takie cechy jak wysokość czy wymiary torsu sprawiają że szybciej bije ci serce. Ale myślisz o tym ciągle... I może przez to nie zauważasz miłych chłopców, który są ci w stanie dać więcej niż taki Casanova kiedykolwiek mógłby...
I właśnie i mnie, tak jak pewno i wam, zdarzało się, że byli w moim życiu chłopcy. Chłopcy których odrzucałam, chłopcy których nie chciałam, których traktowałam tylko jak przyjaciół, i w momencie kiedy zdobywali się na coś więcej ja zbywałam, marząc, bym więcej nikogo już tak nie raniła i gardząc sobie, że ich starań nigdy nie widziałam. Bo tak to już ze mną jest - jestem ślepa kiedy przyjdzie o sprawy uczuć, i może dlatego właśnie do Was piszę.
Bywali więc w moim życiu tacy chłopcy, którym to ja łamałam serce - zwykle tacy którzy potrzebowali bardzo dziewczyny, albo uwiodła ich moja nieprosta prostota, urok, i kokieteria, której nigdy nie pragnęłam, czar, który roztaczam, bo jestem pokraczna, uśmiech przyjazny, bo empatię do ludzi mam ogromną. Ale bywali i tacy, którzy właśnie przez to, w ogóle nie zwracali na mnie żadnej uwagi, a wybierali dziewczyny bardziej przebojowe, głupsze, i czasem nawet - będąc świadoma, że sama piękna nie jestem - brzydsze, z krzywymi zębami i końską gębą, bez żadnych kształtów - pupy czy piersi. A ja głupia, bo może trochę nieśmiała, każdą niespełnioną miłość chowałam w sercu i pielęgnowałam, nocą zasypiając z myślą, że może, kiedyś się domyślą, że popełnili błąd... Był więc cudny, przystojny jak syren ratownik, był licealista chodzący z głową chmurą i brzydki jak stary but, a przy tym ujmujący, a serce biło tak, że omal nie wyskoczyło z piersi. I był też chłopak, o głosie tak niskim, i tak wspaniałym, i uśmiechu uwodzącym, ale czole i oczach brzydkich, chłopak prosty, znad morza, chłopak, którego to ja poznałam z jego obecną dziewczyną, którą od pierwszego zobaczenia pokochał tak, że było widać, że nigdy jej nie opuści. I choć cieszyłam się, że mógł znaleźć kogoś takiego, to w dwa lata które wybijają od chwili ich bycia ze sobą, umieram na myśl, że mogą być tak blisko, że on lubi jej ojca, i jej ojciec nazywa go synem, a kiedyś mi może przyjdzie usłyszeć, że dziękują w imieniu swoich pięknych dzieci, że to dzięki mnie mogli się połączyć.
Byłam pewna, że przejdzie mi to, że tak było wcześniej z poprzednimi, i pewno będzie do następnego, lub do kiedy naprawdę się zakocham. Ale nigdy nie przeszło. Nie przeszło przez dwa lata, nie nadszedł następny, chociaż wiem, że następny który złamałby mi serce, by mnie wyleczył. Nie przeszło. Ja myślę tak nadal, chociaż zakochałam się. Zakochałam się ze wzajemnością. Wzajemnością silną i bezwarunkową. W kimś kogo wybrałam ja i kto wybrał mnie, kogo nie oczekiwałam. Swojego chłopaka, kocham nad życie, i to jest powód, dla którego piszę to całe okropne pisemko. Kocham go, lecz dostrzegam jego wady, wady które kłują mnie okropnie. Kocham go, a tak dziwnie, tak źle się czuję na myśl o tamtym i tamtej, o tym że mogą być blisko, że on lubi jej ojca, i jej ojciec nazywa go synem. Boli mnie to, że wybrał ją nie mnie, że ona jest brzydsza, że się widują tak często, jak ja bym z nim nie mogła, że jest dziewczyną dla niego lepszą niż ja kiedykolwiek bym mogła. Boli mnie może też to, że kochają się tak, jak ja go nigdy bym nie pokochała? Bo czuję, że swojego obecnego chłopaka, spotkałam bo musiałam. Że wszystko dążyło do tego, że powinnam go spotkać i pokochać. Czekałam na to aż pocałuje mnie po raz pierwszy, i złościłam się, że też traktuje mnie jak koleżankę, ale już kiedy to zrobił, napadły mnie wątpliwości.
I wciąż czekam na to jak pocałuje mnie, po raz kolejny, złoszczę się, że tego nie robi, choć już wiem, że bardzo mnie kocha, ale kiedy już to robi, napadają mnie wątpliwości. Kocham go, pragnę, i chcę zerwać. Patrzę na niego czule i myślę o jego przywarach.
Przywarach? Uwierzycie? A jest najkochańszy na świecie. Wytrzymuje moje wstrętne humory, moje zachcianki, moje napady niechcianek na nic, wytrzymuje moje wszystkie wady, a jest ich mnóstwo, i to, że ich nie dostrzega, boli mnie też mocno. Kiedy mu o tym mówi, karci mnie, bym nie starała się go zniechęcić do mnie. Nie zasługuję na niego, a on jest przy mnie. Jest przy mnie, a ja myślę o tym by odejść. Bo nie chcę go ranić, a wiem, że to się kiedyś stanie. Stanie się, ale chcę jednocześnie by był zawsze, bo świat, kiedy jest przy mnie, ale tylko on, tylko sami, może nie istnieć. Lubię wtedy jak mówi, lubię jak patrzy, lubię jego zapach skóry, zapach włosów, uwielbiam jego dotyk, czuję dreszcz przeszywający na wskroś, czuję zawrót głowy przy każdym pocałunku, czuję słodycz kiedy zostawia mi pocałunek na policzku. Tylko jemu wiem, że mogę się dać dotknąć w ten sposób, chociaż kiedy jadę tramwajem, i widzę mężczyznę którego opisałam na samym początku, zastanawiam się, jak to by było, gdyby to on był na jego miejscu, a ja na miejscu jego dziewczyny. Kiedy jadę tramwajem i widzę parę, która się śmieje, przytula, całuje, nienawidzę ich szczęścia, choć sama też potrafię być diabelnie szczęśliwa. Czasem to trwa tak długo, że przez tydzień, by się o tym upewnić, spisuję swoje wszystkie piękne myśli, opisuję to ciepło w sercu, które czuję, gdy go widzę, gdy mnie ściska za rękę... ale w chwilę potem... wszystko jest dobre by rozwiać to. By dodać mi jeszcze trochę wątpliwości... Był taki moment, kiedy przez głupie nieporozumienie, byliśmy bliscy odejścia od siebie a przynajmniej ja to tak zrozumiałam. Całą noc nie spałam, płacząc tak gorącymi łzami, że naprawdę parzyły, łzami podobnymi do tych, które teraz skapują z policzków na klawiaturę. Myśl, że mogłoby go nie być sprawia, że nie chce mi się żyć, że czuję, że nic już nie byłoby takie same. Może to przywiązanie, a może nie? Może prawdziwa miłość, którą wydaje mi się, że naprawdę czuję? Może jest realna, tylko co każe mi się z nim rozstać? Co każe mi myśleć o tym, że jest niski, mojego wzrostu, że mało w nim mężczyzny, że żegnając się robi buźkę-cmok jak małe dziecko, że nadstawia się z tym dzióbkiem, co z tego, że potrafi seplenić i mówić tym niskim głosowym głosem albo wysławiać się jakby był z barokowego dworu. Co z tego, że myślę o tym, że ma niezłe zakola, i że boi się że mu zniszczę fryzurę a na mnie krzyczy kiedy boję się o mój starty makijaż? Co z tego wszystkiego? Co z tego, że lubi dziecinne zespoły i polubił Zaca Efrona na Facebooku, bo widział jego jeden film? Że lubi igrzyska olimpijskie, mimo, że to taka nuda? Że nie lubi moich kultowych rockowych zespołów, że nie czyta tych mądrych książek, które ja uwielbiam, że ogląda typowe filmy dla prostego widza? Co z tego wszystkiego? Co z tego, że ma zdjęcia obrabiane w programach graficznych tak, jak nawet nie powinna mieć dziewczyna, i słit focie? Co z tego wszystkiego?
Czy to powinno mnie obchodzić, kiedy wobec mnie zachowuje się tak jak nikt inny? Kiedy patrzy na mnie tak pięknie? Tuli bym tylko była jak najbliżej? Całuje jakby to był ostatni raz? Kiedy mnie kocha... kocha, jak nie pokocha nikt?
Jak się kocha tylko raz?
Ale jednak... moje myśli... są tak silne... że rujnują każde najpiękniejsze chwile, przepełniając goryczą, moją własną fałszywością, i bólem.
I cóż mam zrobić?
Co mam zrobić?
Co robić?
Co robić?
Bo ja umiem tylko płakać...