Mój partner(29l) jest bardzo zamkniętym w sobie, powściągliwym w okazywaniu emocji mężczyzną. Dodam, ze młodszym ode mnie 4 lata. Ostatnie 10tygodni praktycznie mieszkałam u niego - dość daleko od mojego miasta.
Jednak trudno było mi tam znaleźć pracę. co wiecej- czułam się obco, niepewnie, czułam się oceniana przez całe jego otoczenie. Do tego okazało się, ze nie mogę być matką-choć bardzo tego chciałam.
Mój partner jak mi się zdaje-też...
"Zdaje"-bo juz nie wiemczy mogę ufać jego słowom. Z czasem zauważyłam, ze jeśłi cokolwiek mówi-to zwykle jest to to, co wydaje mu się, ze chciałabym usłyszeć...to miłe-ale do czasu.
Jak wspomniałam jest b. skryty....co powoduje , ze -zwłaszcza ostatnio-bardzo, bardzo się gubię w tym co się miedzy nami dzieje.
Czuję, ze coraz bardziej się ode mnie oddala (a może ja od niego?)-a tak bardzo, bardzo potrzebowałam akceptacji z jego strony, potwierdzenia deklaracji (uczuć) jakie otrzymywałam od niego wcześniej...
Do tego trafiłam na jego rozmowę ze znajomym, w jakiej na ogólnikowe pytanie "jaka jestem", określił mnie jedynie (!): dziwna i marudna.
W relacji ze mną jednak zapewnia mnie, ze taka jak jestem mu odpowiadam....(nigdy nie określiłabym swogo partnera w taki sposób jak
Czułam że jest miedzy nami jakiś mur....ja mu nie ufam, on ...ech, nie wiem nawet co on-nie potrafimy ze sobą rozmawiać....zwykle to ja gadam...a on słucha...albo i nie.;/ Nie kłócimy się, nie walczymy ze sobą...ale bierność i wycofanie z jego strony doprowadza mnie do pasji...kilka dni przed wyjazdem czułam takie napięcie, ze chiałą już wyjechać....a on zaproponował, ze da mi "chociaż na pociąg"...poczułam się odepchnięta
Pokochałam go, nie chcę, żeby to się rozpadło. Chciałabym umieć być blisko z tym właśnie człowiekiem.
Kilka dni temu trafiła mi się praca w mieście z jakiego przyjechałam. Uznałam więc, ze moze dobrze nam zrobi mój wyjazd.
Wyjechałam.
Bardzo mi go brakuje-to normalne, ze tęsknię...ale mam wrażenie, ze komunikacja miedzy nami-choć i tak była na marnym poziomie-kompletnie upada...
Czuję jakby jedyne co nas łączyło to fizyczna więź ....
Tak czułam już od kilku tyg., ze z jego perspektywy jedyne spoiwo to fajny seks...
Niezmiennie zachwycam się jego wrażliwością, łagodnością, zaradnością, spokojem, orginalnym spojrzeniem na świat...a jednocześnie cały czas mam w głowie, ze (tak dla kontrastu) dla niego ja jestem tylko "dziwna i marudzę".
Chciałabym wiedzieć jak tego nie spartaczyć. Jak na odleglość pielęgnować związek, który ma tak kruche podstawy, w którym czułam się ostatnio tak niepewnie...z jednej strony chce mu mówić o tym co sie we mnie dzieje, a z 2 ...czuję jakbym gadała do ściany...jakby on pouczuł sie juz tak pewnie ze świadomością, ze go kocham, ze teraz może sie już nie wysilać..
że taka "kochająca i oddana" przestałam być dla niego warta wysiłku jaki trzeba włożyć , żeby sie przed kimś otwrzyć
naprowadźcie mnie proszę....bo kompletnie się pogubiłam