Kocham swoja żone mimo wszystko. Mimo trudności które nas spotkały, kłótni i nieprzychylności losu.
Niestety moja żona nie ma takiego podejscia. Twierdzi ze wszystko przez co przeszlismy, - zmęczyło ją i już nie jest pewna czy chce być ze mną.
Było troszke tego - moja choroba po której sie oddalillismy bo ja zaczałem bardzo drastyczne diety które spowodowały ze bardzo schudłem. Żona nigdy ich nie akcetpowala i twierdzila ze sobie krzywde robie - moze i tak bylo a moze i nie. Do tego schudlem na tyle ze przestalem ja pociagac. Pozniej to że nie mimo starań nie wyszlo nam z potomstwem. To ja chyba troszkę załamało. W miedzy czasie wkradła sie jeszcze rutyna...
Teraz na skraju naszego związku zastanawiamy się co dalej. Nigdy nie było między nami idealnie ale moim zdaniem nigdy tak nie jest.
Niby jej zalezy ale zastanawia sie czy to ma sens. Mowi ze juz jej nie pociagam. A ja juz mam dosyc starania sie jak widze z drugiej strony chlodne przyjecie. Wiem ze moze zaniedbalem nasz zwiazek troszke wczesniej pozwalajac bysmy sie oddalili. Nie dbalem o siebie po chorobie. No i nic nie zrobilem z pojawiajaca sie rutyna. Ale ona tez nie pomogla mi w dietach ktore nie byly dla mnie łatwe. Nie potrafiła zrozumieć dlaczego to robie. Poczulem sie opuszczony.
Ale czy mozna kogos przestac kochac? Albo poprsotu kochac slabiej i stwierdzic ze moze to juz nie ma sensu?
Zawsze wierzylem ze milość jest mimo wszystko. Ze nie moze zagrozic jej nic. Choroby, nieszczescia, rutyna etc.
Jakie jest wasze zdanie?