Ciężko jest to opisać, ale sama nie wiem co o tym myśleć. Mam 22 lata jestem studentką z miasta rodzinnego wyjechałam na studia. Odkąd pamiętam zawsze był jakiś problem z wychodzeniem z domu, spotykaniem się. Mogłam wychodzić, ale zanim to nastało matka przeprowadzała wywiad "po co? na co? z kim? ile osób?". Nie wychodziłam, bo hmm wstydziłam się wypytywań jej, brania telefonu do znajomych itd. Jako dziecko bawiłam się tylko z sąsiadka obok gdyż remontowaliśmy dom po pradziadku, a ona mieszkała obok.
Zawsze miałam problemy zdrowotne, często chorowałam i czułam się taka odizolowana od reszty. W podstawówce i gimnazjum świetnie się dogadywałam z rówieśnikami. Jednak w liceum zaczął się problem nie umiałam jakoś się dostosować do zwyczajów itd. Mogę powiedzieć, że dopiero w klasie maturalnej złapałam dobry kontakt. Nie miałam bliskich koleżanek więc z każdego niepowodzenia spowiadałam się mamie. Gdy później kłóciła się wypominała mi wszystko to co się stało i, że to z mojej winy. Uczyłam się według mnie bardzo dobrze zawsze świadectwo z czerwonym paskiem. Nie moglam dostać 3, bo była awantura.
Wyjeżdżając na studia cieszyłam się, a jednocześnie bałam nowego otoczenia. Zamieszkałam w akademiku, ale za każdym razem gdy mama dzwoniła a przyszedł jakiś kolega do koleżanki czy coś to były pretensje, że się puszczam itd. Padały mocniejsze słowa. Poznałam mojego obecnego chłopaka, który pomagał mi, gdy koledzy z akademika nie zachowali się odpowiednio. Wtedy zaczynałam patrzeć na zachowanie mamy inaczej. Dzwonienie kilka razy dziennie, wypytywanie o wszystko. Gdzie byłaś? itd. Mogę powiedzieć, że spowiadałam się ze wszystkiego. Zaczęłam trochę się izolować od niej, ale były awantury, kłótnie. Zaczynałam bardziej żyć swoim życiem, ale nie udawało się. Chciałam iść do kina ona w tym czasie dzwoniła pisałam, że nie mogę odebrać to potem się naśmiewała, że chodzę do kina, ze mam życie jak w cyrku. Udałam się do psychologa i powiedział mi mądre słowa "burek będzie nas gryzł do tego momentu do póki go od siebie nie odgrodzimy". Patrząc na to wszystko nie mam ochoty z nią rozmawiać, nie mam ochoty przebywać w domu, jeździć tam. Matka mówi babci jaka to ja jestem niedobra itd. potem słucham, że matka jest tylko jedna i ją trzeba szanować. Brałam leki depresyjne i nasenne. Jednak musiałam przerwać leczenie, bo prywatnie nie stać mnie na leczenie, a od rodziców nie dostaje zaświadczenia o posiadaniu ubezpieczenia zdrowotnego.
Sytuacja z tego weekendu: "pojechałam z narzeczonym do jego bratanka bo miał urodziny, nie chciałam jej mówić. Jednak i tak się dowiedziała i wielka awantura. Nie mam ochoty z nią rozmawiać, bo czuje się jak mała dziewczynka, ktora musi mówić o wszystkim i robić tak jak jej się karze. Słyszę nie ubieraj tego, to brzydkie, to za mało eleganckie. Przy niej nie mogę chodzić w trampkach. Źle się z tym czuje nie wiem co mam robić teraz. Chcę się od tego uwolnić chcę żyć i oddychać. Czy rodzice powinni wymagać kilkakrotnego kontaktu dziennie? Dostałam staż na studiach i własne biurko na instytucie cieszy mnie to niezmiernie chcę dostać stypendium, ale wiąże się to z poświęceniem wakacji. Są już pretensję, że jak to wygląda przed sąsiadami. Nie chcę za X lat obudzić się z ręką w nocniku i nic nie osiągnąć. Rozmawiałam z mamą wiele razy ale mówi, że nie widzi w swoim zachowaniu nic złego a mnie z każdym słowem coraz bardziej nienawidzi. Proszę o pomoc