Niespełna rok temu, po bardzo długiej samotności poznałam człowieka, z którym próbuję ułożyć sobie życie. Oboje jesteśmy już w wieku, w którym nasi rówieśnicy wychowują nastoletnie dzieci. Po kilku tygodniach znajomości uznaliśmy, że szkoda czasu na prowadzanie się za rączki i postanowiliśmy zamieszkać razem. Okazja nadarzyła się sama, gdyż mój partner właśnie kupił mieszkanie, w którym - po latach mieszkania z matką ? postanowił zacząć nowe samodzielne życie. Przyznaję, że było mi to na rękę, bo niemal całe swoje życie mieszkałam z rodzicami i od dawna marzyłam o tym, żeby się wyrwać z mojego toksycznego domu.
Pierwsze tygodnie były przykładem wzorowego związku, jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Zdarza się, że pracuję do późna dwa, trzy razy w tygodniu i mój partner wracał do domu wcześniej ode mnie. Wtedy to on przygotowywał obiad i czekał na mnie, a jeśli zdarzyło się, że oboje wróciliśmy późno, zmęczeni, to robiliśmy do jedzenia cokolwiek, albo zamawialiśmy coś z dostawą do domu. Dla nas to było normalne i nie stanowiło problemu. Niestety taka sytuacja nie pasowała do szablonu życiowego matki mojego partnera. No bo jak można zjeść kanapki na obiad? Wydawać pieniądze na fast foodową truciznę? I kto to widział, żeby obiad jeść na kolację?
No i się zaczęło. Na czas remontu we własnym domu przeniosła się do nas i codziennie czekała z ciepłym obiadkiem. Pranie na suszarce, w domu ani pyłku kurzu, zakupy w lodówce. Wystarczy po powrocie z pracy wsunąć nogi w ciepłe kapcie i przez kilka godzin kwitnąć przed telewizorem opychając się domowym ciastem. I jakoś tak się zasiedziała, że została na zawsze.
Spełnienie marzeń o wygodzie? Dla wielu osób może i tak. Dla mnie nie. Zwłaszcza, że wszelkie próby podjęcia jakichkolwiek czynności domowych (w tym samodzielne nałożenie sobie obiadu) kończyło się kłótnią z ?mamusią?. Mój partner na początku stawał po mojej stronie, ale chyba spodobała mu się ta sytuacja, bo najpierw stał się obojętny, a później zaczął mi przetłumaczyć, że mama taka jest, że ona to z serca, żebym nie zwracała uwagi itp.
Chwila. Moja matka zawsze dyktowała mi co, kiedy i ile mam jeść, kiedy mam iść spać, kiedy się kąpać, ale miałam wtedy kilka lat i bardzo szybko się spod tej dyktatury uwolniłam. Teraz mam lat trzydzieści parę i od nowa mam przeżywać to samo? Nie jestem konfliktową osobą i starszych zawsze traktuję szacunkiem, ale o swoje zdanie walczę niezależnie od pozycji drugiej strony. O tej walce można by książkę napisać. Wypychanie siłą z łazienki podczas prób prania własnej bielizny, przycinanie szufladą moich palców sięgających po sztućce to tylko niewinne przykłady. Nie pomagały nerwowe dyskusje, ani spokojne rozmowy. Wytłumaczenie było tylko jedno. Przecież jest w domu i ma czas, żeby to wszystko zrobić.
Po którejś takiej mój partner zwyczajnie nie zdzierżył i zareagował po męsku. Znalazł sobie w pubie przytulny kącik i tam postanowił przeczekać nasze przepychanki. Kiedy kurz po bitwie opadł, pierwsza rękę do zgody wyciągnęła mamusia. Rękę z telefonem oraz kluczami do auta. Kiedy usłyszałam, że mam dzwonić i prosić, żeby wrócił, albo najlepiej jechać i przywieźć jej synka do domu, myślałam, że się przesłyszałam. Oburzyła się na mój protest oburzyła się, ale nie ustąpiłam. Natychmiast usłyszałam, że to moja wina, bo to kobieta powinna umieć zatrzymać mężczyznę w domu! Czym? ? pytam ? Czym mam go zatrzymać, kiedy to ona podrzuca drew do domowego ogniska. A ja to przepraszam od czego jestem w tym wszystkim? Wtedy pokłóciliśmy się bardzo poważnie, tj ja mu powiedziałam, a nawet pierwszy raz wykrzyczałam, co o tym wszystkim myślę, a on tylko słuchał, po czym przyznał, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Cóż z tego, kiedy zaczęła się powtarzać coraz częściej. Nie wytrzymałam. Wyprowadziłam się. No i wtedy wybuchła bomba. Skrzywdzony przez los biedny człowiek pogubił się i z rozpaczy niemal zamieszkał w swoim barowym kąciku za jedynego przyjaciela mając ?samoanpełniającysiępiwem kufel?. Popadł w chorobę, zaniedbał pracę, stracił sens życia i popadł w niełaskę naszych wspólnych znajomych. A ja jestem temu wszystkiemu winna, bo gdybym przy nim trwała jak kamień, nie doszłoby do tego, do czego doszło.
Wzniosłam się na wyżyny mojej dobroci i łaski (słowa mamusi), i wyciągnęłam go z tego bagna. Zawiozłam do lekarza, dopilnowałam badań, wykupiłam leki i pilnuję, żeby stosował dietę i podtrzymuję na duchu.
Ciągle go kocham i martwię się, gdy coś złego się z nim dzieje, ale nie wiem, co dalej z tym wszystkim będzie. Wszystko się zmieniło. Myślę teraz inaczej. Rozum potrafi przekonać pękające serce, które jednak żyje własnym życiem.
Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego mój partner z mężczyzny mojego życia zmienił się w maminsynka i domowego świerszcza, który ciągle jest małym chłopcem. Teraz już wiem. On zawsze taki był. Przez lata z rąbkiem maminego fartuszka w ręce szedł przez życie nie mając pojęcia o realnym świecie. Mama zawsze była blisko kiedy upadł i stłukł kolano. I takim sposobem nie nauczył się normalnego życia. Może i chciał, co wynikałoby z początkowych planów i poczynań. Rok to nie całe życie, ale uważam, że gdybyśmy byli sami wszystko ułożyłoby się inaczej. Los nie dał nam szansy. A może dał, tylko bardzo szybko ją odebrał. Mnie nie pasowało się stawiać w kwestii mieszkania z matką w jego bądź co bądź mieszkaniu, a on nie zauważył, kiedy czas na przecięcie pępowiny przeminął.
Teraz nawet gdyby dane nam było żyć tylko naszym życiem, chyba nie potrafiłabym znowu zaczynać wszystkiego od początku. Od początku uczyć się zaufania, wspólnego życia. Nie wiem.
Ostatnie tygodnie otworzyły mi oczy na dzielące nas różnice i mnożące się problemy.
Pracuję na dwa etaty i jestem niezależna finansowo, podczas, gdy mojemu partnerowi zdarzają się kilkutygodniowe przerwy, w których wspiera go mamusia. Kolejny fakt jest taki, że opłaty i stałe wydatki też pokrywa ona, a synek ma pieniądze na własne potrzeby. Jest to dla mnie sytuacja nie do przyjęcia, bo jak dwoje dorosłych ludzi może zbudować związek na pieniądzach matki? Czy to normalne, że kobieta pracuje, zarabia na życie, a facet jak mały chłopiec bawi się swoimi pieniędzmi, realizuje marzenia o lepszym aucie, nowoczesnych gadżetach?
Innym problemem jest alkohol, od którego mój partner bynajmniej nie stroni, zwłaszcza w tym czasie, gdy nie pracuje. Nie chcę go niesłusznie wrzucać do jednego worka z moim ojcem alkoholikiem, ale po latach piekła w ?rodzinnym domu? to mnie drażni i burzy mój spokój. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy, przenigdy, nawet po alkoholu nie zdarzyło mu się nawet niewłaściwie do mnie odezwać, nie mówiąc o jakiejkolwiek agresji.
Wiem, ze są rodziny, w których alkohol, przemoc, niezgoda, życie na koszt rodziny są na porządku dziennym. Znam to z własnego domu. Znam, co nie znaczy, że wyniosłam. Wręcz przeciwnie. Obiecywałam sobie od dziecka, że mój dom, moja rodzina będą normalne. A co dziś oznacza to słowo, sama nie wiem. Może właśnie takie życie jest normalne, a ja żyję marzeniami? Może wymyśliłam sobie księcia i życie jak z bajki, podczas, gdy inni jakoś w takich domach żyją? Czy to moja wina, że nie chcę żyć "jakoś", w niepewności i obawie o każdy kolejny dzień, z matką swojego faceta w garnku, pralce i pod materacem, bo na jej koszt, choc to niezgodne z moją wolą?
Nieprawda. Chcę mieć normalne zwyczajne życie. Ugotować obiad, zrobić pranie, posprzątać, wieczorem obejrzeć film i przytulona bez skrępowania zasnąć u boku swojego faceta, a na weekend wyjechać za miasto.
Zawsze, gdy nie potrafię podjąć decyzji biorę kartkę papieru, dzielę ją na pół i wypisuję argumenty na tak i na nie po dwóch stronach. Niemal wszystko przemawia za zakończeniem tego związku, a za jego utrzymaniem niestety niewiele. Mam wrażenie, że moje uczucie w świetle tego wszystkiego nie jest już tak silne jak wcześniej, choć nie mogę powiedzieć, że zupełnie wygasło. Nie wiem nawet, czy byłabym w stanie znowu z nim zamieszkać, nawet, gdyby matka się wyprowadziła. Zbyt wiele się zmieniło. Czasami mam ochotę rzucić to wszystko w diabły, wrócić do swojej jaskini, do książek i pozwolić, żeby praca pochłonęła mnie jeszcze bardziej, bo jest jedyną w miarę udaną stroną mojego życia. Boję się jednak znowu zostać sama na nie wiem jak długo, może na zawsze. I nie wiem co będzie większym tchórzostwem.