Może to się wydać nieco głupie, że mój pierwszy post to od razu 'biadolenie'. Przeczytałam kilka wątków, na tym forum, po czym stwierdziłam, że zarejestruję się i napiszę...
Mogę wydać się dla wielu z Was zwykłą małolatą, która poznała pierwszego lepszego chłopaka i teraz ogromnie cierpi, a lada dzień zobaczy na ulicy byle jakiego typka i od razu się 'zakocha' (nie chciałam oczywiście nikogo obrazić, ale trochę jakby się wytłumaczyć, dlaczego na starcie wyskakuję z takim tematem)
Mam prawie 20 lat. Kilka związków, a raczej można powiedzieć - krótkich znajomości za sobą. W tym wieku zawsze wszyscy radzą 'młoda jesteś, poznasz kogoś nowego, nie masz co się przejmować'. Niby to jest zgodne z prawdą. Ale niestety nie w każdym przypadku.
Mniej więcej półtora roku temu zapoznałam się przez internet z chłopakiem (A), z którym chodziliśmy do jednego liceum. Był rok starszy. Ta znajomość to zwykły przypadek, będąc w szkole, nigdy nie zwrócił jakoś szczególnie mojej uwagi, ani ja jego chyba też. Nawet za specjalnie ze sobą nie pisaliśmy. To był u mnie taki czas, kiedy zapoznawałam wielu chłopaków przez internet, spotykałam się nawet z jednym i zapowiadało się, że będziemy parą. Ale wymieniłam się z A numerami telefonów i pewnego dnia kiedy się nie spodziewałam zadzwonił. Raz, drugi, trzeci. Choć praktycznie nic o sobie nie wiedzieliśmy, nie znaliśmy się - rozmawialiśmy po kilkadziesiąt minut o wielu rzeczach. Nie spotkaliśmy się jeszcze wtedy. Kiedy pisał, pytał najczęściej czy pójdę z nim na jakąś imprezę, praktycznie co weekend padało to samo pytanie. Ja jestem z tych 'spokojniejszych' osób. Imprezuję raczej z najbliższymi znajomymi, ale na pewno nie poszłabym z obcym facetem, na starcie znajomości na imprezę, co dość szybko mu oznajmiłam. W końcu umówiliśmy się w knajpie, gdzie spędziliśmy z 5h razem rozmawiając, śmiejąc się. Ogólnie pozytywne wrażenie. Chociaż zdziwiło mnie, gdy w pewnym momencie na chwilę wpadł jego kolega, którego już jakiś czas nie widział. I A raz mnie objął, kiedy graliśmy w rzutki. Myślałam, że to zwykły podryw. I od razu wiedziałam, że to człowiek nie dla mnie, ale polubiłam go i stwierdziłam, że miło mi się z nim spędza czas. Z wielu źródeł (czasem całkiem przypadkowo) dowiadywałam się, że A raczej nie jest lubianym chłopakiem. Że lubi się lansować (niestety jest w tym trochę prawdy, ma kasę i lubi ją wydawać na drogie gadżety a potem się chwalić), że jest nie do wytrzymania.. Ale nie przejmowałam się, bo stwierdziłam, że sama ocenię jak go poznam. I tak od spotkania do spotkania, wpierw co tydzień, później w ferie zimowe częściej, bo codziennie się widzieliśmy, walentynki spędziliśmy razem, codziennie dzwonił, pisał non stop smsy (czasem, ąż zbyt często), nawet kiedy wyjechał za granicę na narty z rodziną, dzwonił kilka razy dziennie aby ciągle mieć ze mną kontakt. No i wpadłam... Zakochałam się po uszy. Choć starałam się 'nie być łatwa', tzn. trzymać go trochę na dystans - a niech się stara. Unikałam też imprez z jego znajomymi, to chyba przez to, że większość z nich to takie imprezowe, szalone towarzystwo, a ja czułabym się jak odludek, owszem - jestem rozmowna, towarzyska, ale kiedy kogoś dobrze znam. Nie chciałam żeby ktoś pomyślał, że dziewczyna A to jakiś dzikus, choć z drugiej strony nie chodząc nigdzie, też mogli tak pomyśleć.. Także spotykałam się z nim ile mogłam, a zbliżała się matura, więc czas był nieco ograniczony. Jego też. Chociaż wyrzucili go ze studiów, stałej pracy nie miał, codziennie był w domu, oddalonym od mojego o 15 min drogi spacerkiem. Coraz mniej czasu. Dochodziło do tego, że widzieliśmy się raz na 2 tygodnie, a kontakt telefoniczny też osłabł. I w czerwcu, po maturze zerwałam z nim.. Szczerze mówiąc, liczyłam, że on tak tego nie zostawi, że będzie się starał... Ale to typ człowieka, który nie stara się, a woli odczekać aż mi przejdzie. I odezwał się dopiero po 2 tygodniach jak gdyby nigdy nic ale byłam chłodna. Po 2 miesiącach spotkanie nastąpiło z mojej inicjatywy. Nie wytrzymałam. Spotkaliśmy się początkowo 'na piwo', a wyszliśmy już objęci i pogodzeni. Myślałam, że tak już zostanie, ale kontakt nadal był marny... Kolejny raz spotkaliśmy się u niego po miesiącu. Myślałam, że tęsknił jak mówił. Ale zaraz przyszedł jego kolega z nową dziewczyną, nagle wpadł drugi i stwierdził, że porywa nam A na półtorej godziny. Zapytałam go, czy to aż tak pilne, bo i tak za pół godziny musiałam wyjść. Podobno był z nim umówiony. Myślałam, że A nas nie zostawi, ale jednak zrobił to. I stwierdziłam, że dla niego chyba kumple będą zawsze najważniejsi... Obraziłam się, nie odzywałam, napisałam kilka smsów kilka dni później, ale on się tym nie przejął... 3 miesiące ciszy. To była tragedia. Nie miałam ochoty nigdzie wychodzić. Czułam, że moje życie straciło sens, mimo tego, że zaczęłam pracę, że poznałam tyle świetnych osób na studiach. Nikt nie umiał mi go zastąpić. Na święta wysyłałam życzenia do znajomych, to wysłałam i jemu. On za to odezwał się w sylwestra. Dzwonił kilkakrotnie, ale nie miałam przy sobie wtedy telefonu, wypisywał 'wszystkiego najlepszego w nowym roku myszka' itp. i wszystko wróciło... Mimo tego, że myślałam, że był pijany jak to pisał. Znów rozmawialiśmy przez telefon co raz, po pewnym czasie się spotkaliśmy. Chciałam, żeby to była zwykła znajomość. Wiedziałam, że jesteśmy jak ogień i woda, że go nie interesuję, nawet nie pamiętał o mnie w moje urodziny, w ogóle mało się mną interesował. Ale stwierdziłam, że wolę byle jaki kontakt, głupią znajomość, niż nic i non stop płakać jak przez te 3 miesiące... Wszyscy znajomi mnie uprzedzali, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, większość go z resztą nie lubi, ale jakoś zaakceptowali, że znów z nim jestem. Ale powtarzała się historia sprzed roku. Spotykaliśmy się co 2-3 tygodnie, smsy raz na tydzień, owszem - ja pracuję, co 2 weekend studia, on studiuje dziennie w Warszawie i tam mieszka, ale to tylko 20 km i gdyby chciał nie byłby to dla niego problem przyjechać.. Dla mnie też nie.. Ale najwyraźniej nie chciał. A ja miałam być twarda a zaczynałam strzelać coraz więcej fochów. Że mu nie zależy na mnie, że tęsknię, że chcę mieć z nim większy kontakt - nic to nie dawało... Odzywał się praktycznie tylko w weekendy. Momentami pisałam już teksty typu, że nie będę mu się więcej narzucać, że usuwam się, a pewnie jego to tylko ucieszy - nie odpisywał, a ja wariowałam. Następnego dnia go przepraszałam. Jak histeryczka. Uzależniłam się od niego... A on tylko kręcił, że a to nie odpisał bo sms nie doszedł do niego, a to ma ciężką sytuację rodzinną, a to ma dużo nauki. I tak zawsze. Choć a to znalazłam jakieś zdjęcia na facebooku z popijawy, a to z jakiegoś wypadu z kumplami, na to ma czas... Kiedyś mi wszystko to proponował, żebym z nim poszła, teraz nawet o niczym nie wiem... Na ostatnim spotkaniu, które było po miesiącu nie widzenia się, chciałam z nim porozmawiać. Ale ciągle coś przeszkadzało. W końcu musiał gdzieś jechać i odwiózł mnie do domu. Całą drogę milczałam, myślałam, że zobaczy, że coś jest nie tak. Ale o nic nie spytał, pojechał. Po kilkunastu minutach zadzwoniłam i powiedziałam, że nie mieliśmy nawet możliwości porozmawiać, że jednak chciałabym to wszystko wyjaśnić, że nasz związek nie jest normalny... Miał podjechać za parę minut czego nie zrobił. Zadzwoniłam później, rozmawialiśmy, znów tłumaczenie, że 'musiał wrócić do domu', słyszał, że płakałam, mówiłam mu, że widzę, że się narzucam i chyba wolałabym usłyszeć wprost, że mnie nie chce, niż się tak męczyć i robić sobie nadzieję, niech mi powie co czuje, a nie tak olewa, na co usłyszałam bardzo niewyraźnie, ale coś w stylu 'to miałem ci powiedzieć zostańmy przyjaciółmi czy co?', prosiłam, żeby powtórzył, ale usłyszałam 'nic'. Miał zadzwonić następnego dnia, ale się nie odezwał. Zaliczyłam już 2 przepłakane noce. Non stop jedyne co robię to czytam jego smsy sprzed paru dni, że tak mu na mnie zależy, że nie doceniam jego 'starań', że nie widzę, że potrafiłby rzucić wszystko gdybym tylko chciała. Wypisuję tylko jakieś smsy robocze, tym, co chciałabym mu powiedzieć, ale ich nie wysyłam. Przeklinam kogoś, kto wymyślił porozumiewanie przez telefon.To jest już prawie jak choroba. A wiem, że to dupek, że na mnie nie zasługuje, dla niego liczą się tylko te imprezy i nic więcej... Nigdy nie był wylewny, podobno ma problemy z wyrażaniem uczuć, jakoś rok temu tego nie zauważyłam... Nie wiem zupełnie co miałabym zrobić, gdybym nagle dostała smsa co robię w weekend, lub co u mnie... Nie wiem. Nie umiem z nim skończyć. Nie umiem się nikim zainteresować. Chociaż powodzenie mam raczej spore i na studiach i na codzień... Każdego faceta zbywam tylko dlatego, że nie jest NIM. Myślałam, że jestem silna. Już nie jednego chłopaka straciłam, nieraz płakałam. Straciłam swojego ukochanego Tatę, który chorował prawie rok na raka. Po tym zdarzeniu w moim życiu, myślałam, że mam silny charakter, że przeszłam to, to jakieś byle uczucie mnie nie załamie. Znajomi mówią, że robię wokół siebie taką zasłonę, że staram się być taką twardą sztuką, nie do złamania. Jest tylko jeden, przez którego cierpię i nie mogę tego powstrzymać. I nie wiem co z tym dalej zrobić. Te 2 dni już i tak były tragiczne. Nic nie mogłam nawet przełknąć. Boję się kolejnego okresu czasu. Nawet nie mam z kim porozmawiać, rodzina myśli, że od czerwca już z nim nie jestem, a teraz spotykam się rzadko tylko 'po kumpelsku'. Znajomi są zajęci swoimi sprawami. Dlatego piszę to tutaj. Może ktoś to przeczyta i mnie zrozumie, a nie potraktuje jak jakąś małą, załamaną dziewczynkę...