Kilka dni temu rozstałam się z facetem po 3 latach związku. Jest mi teraz bardzo ciężko, jemu też (wiem, bo ciągle wydzwania i prosi żebym do niego wróciła). To naprawdę miała być miłość na całe życie, na dobre i na złe... no właśnie tylko, że tego złego miałam już dość. Często się kłóciliśmy i to zawsze o jakieś głupoty, nigdy o nic poważnego. Jednak z tych kłótni robiły się awantury, on rzucał różnymi przedmiotami, walił pięścią w ścianę, laptopa kiedyś rozwalił. Oprócz tego ja zostawałam obrzucona wyzwiskami. Po ostatniej akcji, w której "tylko" mnie obraził, stwierdziłam że mam dość i postanowiłam odejść. Mimo tego wszystkiego kocham go bardzo i nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. Jednocześnie nie wyobrażam sobie żeby tak miało wyglądać moje życie. On twierdzi, że rozumie swoje błędy i obiecuje, że postara się zmienić. Czy taki krzykacz i awanturnik może się zmienić? Dodam, że gdy się nie zdenerwuje, jest naprawdę dla mnie dobry i kochany. Mam tyle pięknych wspomnień, że ciężko mi zupełnie przekreślić ten związek. Czy powinnam dać mu ostatnią szansę i zobaczyć czy się zmieni? Czy może tacy się po prostu nie zmieniają? Napiszcie proszę co sądzicie o tej beznadziejnej sytuacji...
Podobne tematy
Może by spróbował terapii kognitywno-behavioralnej (CBT) ? Podobno pomaga w podobnych przypadkach. Z podobnego nurtu jest książka Alberta Ellis'a "Anger: How to Live With and Without It' (na pewno jest wydanie polskie, bo widziałam kiedyś na allegro).
Ogólnie - jeśli ta osoba nie będzie nad sobą pracować, to nic się raczej nie zmieni.
Kilka dni temu rozstałam się z facetem po 3 latach związku. Jest mi teraz bardzo ciężko, jemu też (wiem, bo ciągle wydzwania i prosi żebym do niego wróciła). To naprawdę miała być miłość na całe życie, na dobre i na złe... no właśnie tylko, że tego złego miałam już dość. Często się kłóciliśmy i to zawsze o jakieś głupoty, nigdy o nic poważnego. Jednak z tych kłótni robiły się awantury, on rzucał różnymi przedmiotami, walił pięścią w ścianę, laptopa kiedyś rozwalił. Oprócz tego ja zostawałam obrzucona wyzwiskami. Po ostatniej akcji, w której "tylko" mnie obraził, stwierdziłam że mam dość i postanowiłam odejść. Mimo tego wszystkiego kocham go bardzo i nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. Jednocześnie nie wyobrażam sobie żeby tak miało wyglądać moje życie. On twierdzi, że rozumie swoje błędy i obiecuje, że postara się zmienić. Czy taki krzykacz i awanturnik może się zmienić? Dodam, że gdy się nie zdenerwuje, jest naprawdę dla mnie dobry i kochany. Mam tyle pięknych wspomnień, że ciężko mi zupełnie przekreślić ten związek. Czy powinnam dać mu ostatnią szansę i zobaczyć czy się zmieni? Czy może tacy się po prostu nie zmieniają? Napiszcie proszę co sądzicie o tej beznadziejnej sytuacji...
Jeśli koleś podczas kłótni o głupoty rzuca przedmiotami, wali pięścią w ścianę i niszczy rzeczy, to aż strach się bać, co zrobi w przypadku kłótni o ważniejsze kwestie.
Nie radzący sobie ze sobą i reagujący agresją ludzie, najczęściej nadają się na terapię.
Jeśli chciałby nad sobą pracować, mogłabyś dać mu szansę.
Skoro obiecuje poprawę, możesz powiedzieć "sprawdzam".
Do czasu jednak, gdy tego procesu nie zacznie, lepiej trzymać się z daleka i obserwować; czy mu zależy czy to tylko czcze słowa, aby Cię zatrzymać.
Nie radzący sobie ze sobą i reagujący agresją ludzie, najczęściej nadają się na terapię.
Jeśli chciałby nad sobą pracować, mogłabyś dać mu szansę.
Skoro obiecuje poprawę, możesz powiedzieć "sprawdzam".Do czasu jednak, gdy tego procesu nie zacznie, lepiej trzymać się z daleka i obserwować; czy mu zależy czy to tylko czcze słowa, aby Cię zatrzymać.
Twierdzi, że pójdzie do psychologa, tylko że już to mi kiedyś mówił po czym rezygnował i twierdził, że to ja muszę mu pomagać i być jego terapeutką... Tylko, że na razie moje bycie terapeutą polegało na "weź wyżyj się na mnie".
Chcę dać mu tą ostatnią szansę i mam nadzieję, że nie będę tego żałować...
(...) twierdził, że to ja muszę mu pomagać i być jego terapeutką... Tylko, że na razie moje bycie terapeutą polegało na "weź wyżyj się na mnie".
Hm...jak chcesz stracić jeszcze trochę nerwów i czasu to masz w sam raz wystarczająco beznadziejny przypadek.
Jak się dobrze zawiniesz to może nawet uda Ci się z nim tracić nerwy do końca życia. Z kimś i tak te nerwy tracić będziesz, więc z drugiej strony - czemu nie z nim?
Zauważ proszę, że dał Ci łaskawie jakiś cel istnienia - w jego oczach MUSISZ MU POMAGAĆ I BYĆ JEGO TERAPEUTKĄ.
Czy on proponuje przynajmniej ze swojej strony jakiś rewanż - bo ja wiem: wysokie kieszonkowe albo nieziemskie orgazmy?
Czy jesteś z nim w ramach jakiejś specyficznej pokuty (np. zatrzasnęłaś przez pomyłkę kotka w pralce albo coś w tym guście)?
Trunodarmo szanse mozesz dac jeszcze jedna ale terapi nie odpuszczaj postaw warunek .Zycze powodzenia
MamTakSamoJakTy napisał/a:(...) twierdził, że to ja muszę mu pomagać i być jego terapeutką... Tylko, że na razie moje bycie terapeutą polegało na "weź wyżyj się na mnie".
Hm...jak chcesz stracić jeszcze trochę nerwów i czasu to masz w sam raz wystarczająco beznadziejny przypadek.
Jak się dobrze zawiniesz to może nawet uda Ci się z nim tracić nerwy do końca życia. Z kimś i tak te nerwy tracić będziesz, więc z drugiej strony - czemu nie z nim?
Zauważ proszę, że dał Ci łaskawie jakiś cel istnienia - w jego oczach MUSISZ MU POMAGAĆ I BYĆ JEGO TERAPEUTKĄ.
Czy on proponuje przynajmniej ze swojej strony jakiś rewanż - bo ja wiem: wysokie kieszonkowe albo nieziemskie orgazmy?
Czy jesteś z nim w ramach jakiejś specyficznej pokuty (np. zatrzasnęłaś przez pomyłkę kotka w pralce albo coś w tym guście)?
Chodzi o to, że on jak się zdenerwuje to zmienia się nie do poznania, staje się nagle innym człowiekiem. Nienawidzę tej jego drugiej twarzy, ale kocham tą, z którą mam piękne wspomnienia i który - pewnie nie uwierzycie - pokazuje, że mnie kocha. Gdy nie ma kłótni, zawsze jest jak w bajce...
Wiadomo, że czytając to w jakim świetle go pokazałam (krzyczącego i wyzywającego), można by rzecz : "Czego się dziewczyno spodziewasz? że ktoś Ci napiszę zostań z nim i męcz się dalej?"
Teraz już rozumiem problem wielu kobiet, które są z mężczyznami, którzy znęcają się nam nimi psychicznie. Kiedyś myślałam, że są po prostu głupie. Teraz wiem, że nie jest łatwo odejść od osoby, która czasami zamienia się w potwora, ale ogólnie wcale nim nie jest.
Tak naprawdę to mimo tego, że rozum mówi "nie wracaj do niego nigdy więcej", serce mówi inaczej. Jest pewnie wiele silniejszych kobiet, które w życiu nie pozwoliłyby sobie na takie traktowanie. Ja chyba w takim razie do nich nie należę, bo nie radzę sobie bez niego...
MamTakSamoJakTy, Twoje życie - Twoje decyzja. Ja byłam już obiektem szarży z nożem. I czego się potem dowiedziałam? Dowiedziałam się, że sama sobie byłam winna, bo byłam bezczelna (z tego co pamiętam spokojnie i kulturalnie przedstawiłam swoją opinię odmienną od opinii adwersarza). Kiedy rozstałam się ze złośnikiem dowiedziałam się, że jestem egoistką, że zniszczyłam życie itp. (długo by wymieniać).
Z resztą to Twoja decyzja - tylko Ty znasz tę drugą twarz wystarczająco dobrze, aby móc podjąć decyzję. Jeśli ktoś nie chce sobie pomóc to Ty nie masz szansy go zmienić.
Zanim podejmiesz ostateczną decyzję o powrocie do tego "chorego" w takiej postaci związku to zaproponuj mu najpierw terapię....i to nie z Tobą a z porządnym psychologiem.
Musisz też pamiętać cały czas o tym,że jak kiedyś mielibyście stworzyć "coś" trwałego to wtedy będziesz również brała odpowiedzialność za to co może przytrafić się z jego strony dzieciom.
I nie tłumacz sobie,że on w w krótkich chwilach jest dla Ciebie aniołem.....to bardzo złudne spojrzenie na uczucie....wyobraź sobie ile razy będziesz musiała tłumaczyć otoczeniu "jak potykałaś się i przewracałaś" i dlatego masz siniaki.
To nie miłość, tylko uzależnienie. Przeanalizuj swoje dzieciństwo, życie i odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego tak siebie nie lubisz, że skazujesz się na zycie w chorym, niszczącym Cię związku? I wiedz że tacy ludzie się nie zmieniają, mogą jedynie na jakiś czas swoje "chore akcje" wyciszyć aby zmylić przeciwnika. To wspaniali manipulatorzy kobiecymi emocjami i uczuciami. Zastanów się poważnie.
Chodzi o to, że on jak się zdenerwuje to zmienia się nie do poznania, staje się nagle innym człowiekiem. Nienawidzę tej jego drugiej twarzy, ale kocham tą, z którą mam piękne wspomnienia i który - pewnie nie uwierzycie - pokazuje, że mnie kocha. Gdy nie ma kłótni, zawsze jest jak w bajce...
To niestety powtarzający się w przypadku kobiet doświadczających agresji mechanizm - uderzył mnie, ale później przyniósł kwiaty...kocham go...
Skoro tak wiele jest tego typu problemów, to wiele pracy za pewne wymaga, by się od takiej sytuacji odciąć i nie jest to łatwe.
Postaw sobie jednak ważne pytanie: czy Ty chcesz, aby tak wyglądał Twój związek i życie z tym mężczyzną?
Owszem, chcesz mu dać szansę. A co jeśli jej nie wykorzysta? Dasz mu kolejną?
Najtrudniejsze w takich kwestiach są determinacja i konsekwencja.
Chcesz spróbować, to daj mu szansę. Ale tylko wtedy, gdy będziesz pewna, że to jedyna szansa, a jak jej nie wykorzysta, to niech spada.
Nie można przecież poświęcać swojego życia, aby kogoś zmieniać dając mu tysiąc szans i wystawiając go na milion prób.
Jeśli uważasz, że ma potencjał, poczekaj trochę. Daj mu szansę, niech udowodni, że potrafi z niego korzystać.
Ale bądź obserwatorką, a nie jakimś dziwacznym tworem partnerki-terapeutki.
Dziś po raz pierwszy widziałam się z nim od rozstania. Rozmawialiśmy poważnie i mam nadzieję, że coś zrozumiał. Ostrzegłam, że zachował się tak albo ostatni albo przedostatni raz, lecz jeśli przedostatni to już mnie więcej nie zobaczy. Twierdzi, że już wie jak strasznie się czuł beze mnie i że już do tego nie dopuści. Zobaczymy... Jeśli będzie inaczej to trzeba będzie zaszufladkować go do kategorii "idź i nie wracaj" i żyć jakoś dalej...
No i minęło kilka miesięcy, a ja znowu w tym samym temacie się znalazłam... Mieliście rację... on się nie zmieni już chyba nigdy, a jeśli jednak mu się to uda, to już nie będę tego świadkiem. 3 tygodnie temu rozstałam się z nim bo w końcu powiedziałam "dość" wyzywaniu mnie i chamskiemu traktowaniu. I szczera rada ode mnie dla wszystkich kobiet: Jeśli choć raz wyzwie Cię facet - uciekaj od niego im szybciej tym lepiej, mniej będzie później bolało. Jeśli przymkniesz na to oko, dasz mu niejako pozwolenie na krok do przodu... krok, który może zrujnować Cię psychicznie...
MamTakSamoJakTy wiem jak ciezko wyrwac sie z zwiazku gdzie slyszy sie tylko obelgi ja czesto slysze jestes nieudacznikiem debilem, pierd....itp. zastanawiam sie czym sobie zasluguje na takie wyzwiska...kiedys powiedzialam w zlosci "jestes chory"przepraszalam za to i nie moglam spac po nocach tak bardzo bylo mi przykro...wiecej tego nie zrobilam
MamTakSamoJakTy wiem jak ciezko wyrwac sie z zwiazku gdzie slyszy sie tylko obelgi ja czesto slysze jestes nieudacznikiem debilem, pierd....itp. zastanawiam sie czym sobie zasluguje na takie wyzwiska...kiedys powiedzialam w zlosci "jestes chory"przepraszalam za to i nie moglam spac po nocach tak bardzo bylo mi przykro...wiecej tego nie zrobilam
brzanka26 tyle, że taki facet jest chory... i zanim zaplanuje poważny związek, powinien iść leczyć swoją agresję. A czy on Cię kiedykolwiek przeprosił za swoje słowa? Czy stwierdził może, że nic takiego złego nie powiedział? Ja po wyzwiskach (tylko, że u mnie trochę gorszych...) zawsze słyszałam, że niby przepraszam, że niby mi głupio, ale... to było w złości a to Ty mnie zdenerwowałaś, więc nie powinnaś aż tak się dziwić, że mi nerwy puszczają... Faceci są beznadziejni...
nigdy nie uslyszalam slowa przepraszam, zawsze slysze ty mnie prowokujesz dlatego taki jestem, nigdy wczesniej taki nie bylem, przez ciebie taki jestem...z czasem zaczelam sie zastanawiac czy moze rzeczywiscie to moja wina. Ktos mi powie nie usluguj mu,wypnij sie to sie opamieta ale po mezu splywa to jak po kaczce sam wstawi pranie, zrobi sobie jedzenie wiec dla niego to nie nauczka...
17 2012-11-12 23:52:57 Ostatnio edytowany przez sam22 (2012-11-12 23:54:59)
Jeśli osoba A nazywa osobę B jakąś inwektywą, to celem osoby A jest skrzywdzenie osoby B. Lepiej, aby osoba B z tego związku uciekła.
Nigdy żony słowem nie skrzywdziłem przez kilkanaście lat znajomości. Taką mam satysfakcję... W odwrotną stronę różnie było, ale ona nigdy mnie inwektywą nie nazwała, zatem nie było jej celem krzywdzenie mnie.
zawsze slysze ty mnie prowokujesz dlatego taki jestem, nigdy wczesniej taki nie bylem, przez ciebie taki jestem...
o boziu... jakbym słyszała mojego eks... zawsze mi wmawiał, że taki nerwowy stał się przy mnie i że tylko mnie taki zaszczyt kopnął... Długo jesteście już razem? I długo małżeństwem? Od zawsze Cię tak traktuje? Ja już się opamiętałam i od niego odeszłam, ale przyznaję było bardzo ciężko i nadal jest. Tęsknota za miłymi chwilami, samotność... ech... Jednak perspektywa bycia poniżaną do końca życia była bardziej przerażająca od tej samotności i pękniętym sercem. To że nie zrobisz mu obiadu myślę, że nie pomoże...
Odpowiem tak: Jestem na tym forum nowa i założyłam dziś nowy wątek bo potrzebowałam się wygadać i potrzebowałam by ktoś mądrzejszy mnie skrytykował i potrząsnął mną.
Tak się stało. Postanowiłam po zrozumieniu tego jak głupio postępuje, że muszę zdjąć te klapki na oczach które mam i się zmienić. Ludzie się zmieniają jeśli tylko chcą, zrozumieją na czym polega problem i zrozumieją, że daleko nie zajadą na takim myśleniu i postępowaniu.
Wy się ciągle, kłócicie, zupełnie jak my, my jednak staramy się nie poddawać tak łatwo, rozmawiać ze sobą i zmieniać swoje postępowanie. każdy kto nie popełnić wielkiego błędu zasługuje moim zdaniem na drugą szansę. Tylko powinnaś z nim porozmawiać, otwarcie powiedzieć, że rzucania przedmiotami nie będziesz tolerowała a poza tym gdy on krzyczy, Ty mów cicho, pomaga uwierz mi... W końcu i on się uspokoi.
Ja też jestem taką choleryczką jak twój facet, tyle, że ja wiem, że popełniłam błąd i za wszelką cenę postaram się go naprawić i więcej nie popełnić bo mogę dużo stracić, dużo więcej niż zyskać...
Jeśli uważasz, że twój facet jest wart dania mu drugiej szansy i wierzysz, że gdy do niego dotrze, że zrobił źle a myślę, że rozstanie mu to pokazało, to się raz a porządnie zmieni, to myślę, że powinnaś spróbować raz jeszcze i rozmawiać z nim spokojnie. Twoja cierpliwość, przy takim wybuchowym charakterze to wielka cnota i bardzo dobra rzecz...
Tylko nie pozwól się jednak poniżać bo on nie ma do tego prawa. Powinien zachować trochę godności i powinnaś mu uświadomić, że nigdy sobie więcej nie pozwolisz na takie traktowanie.
Co do stracenia przez kogoś cierpliwości to powiem tak. W imieniu wszystkich choleryków powiem, że nie trudno do takiego stanu nas doprowadzić. Dlatego twój spokój, twoje opanowanie i twoje spokojnie zachowanie może go tylko uspokoić. Czasem bardzo trudno ale uwierz mi bo tak mam, że kiedy ja się wściekam a ktoś jest spokojny to ja w końcu też przestaję krzyczeć i opanowuję się...
Problematyczna20 oczywiście każdy zasługuje na szansę, ale nie na nieskończoną ilość szans, których nie potrafi wykorzystywać. Ja niestety po wyzwiskach w moją stronę nie potrafię powiedzieć "uspokój się mój najukochańszy". Rozumiem być cholerykiem, zdenerwować się z byle powodu, nawet krzyknąć... ale nie wyzywanie od najgorszych. Tego nigdy więcej nie zaakceptuje. Wiem jak takie traktowanie potrafi zniszczyć psychikę i poczucie własnej wartości. Szarpanie, przytrzymywanie siłą też nie są oznakami "chcę się zmienić". A na pewno już nie "potrafię się zmienić". Ja przyznaję, że też nie jestem oazą spokoju i mi czasami nerwy też puściły, ale ludzie na boga traktujmy się z szacunkiem! Prawie 4 lata mojego związku pokazały mi, że charakteru nie da się zmienić a przytakiwanie na wszystko byle by ukochanego nie zezłościć też nie jest wyjściem na dłuższą metę. A przecież z takim zamysłem ludzie się dobierają w pary... by być do końca życia razem. Ale czy trzeba się męczyć przez to życie? Ja myślę, że zasługujemy na szacunek a jego brak oznacza brak prawdziwej miłości do drugiej osoby. Obiecałam sobie, że już nigdy przenigdy nie pozwolę sobie na takie traktowanie... już nigdy...
MamTakSamoJakTy W zwiazku malzenskim jestem od poczatku roku, nie jestem w ogole wspierana przez niego w jakiejkolwiek kwestii takiej zyciowej, potrafi przechodzic kolo mnie jak cien i tygodniami sie nie odzywac jak przepraszam ja chociaz to nie moja wina, zawsze mnie odpycha mowiac daj mi spokoj lub zostaw mnie...nawet w kwestii pieniazkow nie jest za mna...jestem mloda zadbana kobieta a daje sie tak traktowac jak przescieradlo doslownie...
brzanka26 całe życie przed Tobą. Czy warto je marnować dla kogoś kto Cię nie docenia? Z tego co piszesz to wygląda na to, że albo Cię nie kocha albo jest psychopatycznym egoistą, który nie zważa na ludzkie uczucia. Albo jedno i drugie... sorry, ale jak czytam co piszesz to nie widzę tu miłości...
a ja myślę ze tacy ludzie się nie zmieniają ,może faktycznie tylko terapia , ale to moze byc jak z alkoholikami po terapi nie piją ale , wystarczy jeden raz i juz po terapi , mimo wszystko taki daj warunek , pozdrawiam
To co opisujesz to nic innego jak "toksyczny związek"
Poczytaj o tym w google
To co opisujesz to nic innego jak "toksyczny związek"
Poczytaj o tym w google
Faktycznie warto o tym poczytać... Ja właśnie to zrobiłam i chyba byłam w toksycznym związku. Może nie wszystkie "objawy" na to wskazują jednak wystarczająco wiele... Trzeba tylko umieć przyznać się przed samym sobą, że tak to właśnie wygląda. Trzeba uświadomić sobie, że mnie ten problem również może dotyczyć.
bardzo dobre zrobilas ,ze odeszlas.....zastanow sie , czxy u niego w rodzinie sa takie napady wscieklizny, wyzwiska, rzucanie przedmiotami.....bo to chyba genetyczne....kompletnie niekontroluja sie ci ludzie, wszedzie gdzie sie pojawi pieklo, nie wiadomo o co....100osob mowi tak..on 1 NIE , NIE , bo NIE.....poczulam ulge, ze podjelas decyzje DOBRA...
gra1234 jego rodzice są po rozwodzie i może to też jest jakaś przyczyna, trauma, niepoprawny sposób patrzenia na związek. Chociaż twierdził, że to moja wina, że kiedyś taki nie był. No cóż... skoro aż tak wyprowadzałam go z równowagi, to dobrze, że tak się stało. Odgrażał się niestety przez prawie 3 tygodnie, teraz jest już spokój. Twierdził, że sobie coś zrobi, bo nie potrafi beze mnie żyć. Później, że mi coś zrobi, że też będę cierpiała skoro on musi cierpieć przeze mnie, "oko za oko, zobaczysz do czego jestem zdolny"... Groził, że będzie wystawał pod domem, pod moją pracą, że uprzykrzy mi życie. Następnie znowu przepraszał, kolejno wysłuchiwałam wiązankę wulgaryzmów w moją stronę, na następny dzień znów przepraszał. Jak nie po prośbie to po groźbie. Dzięki jego zachowaniu po rozstaniu, uświadomiłam sobie, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Zdałam sobie sprawę, że męczyłabym się przez całe życie, a jego obietnice o cudownej przemianie nigdy by się nie spełniły.
MamTakSamoJak ty,
Dobrze zrobilas. Szanse dalas... nie skorzystal. Jego strata, ty przynajmniej zaczniesz nowe zycie z czystą kartą. I nie będziesz musiała się oglądać za siebie.
On się już nie zmieni. Życie z kimś to nie bajka, ale nie może być to droga przez mękę.
100 razy lepiej jest byc samemu niz z taką toksyczną, agresywną osobą.
Chociaż twierdził, że to moja wina, że kiedyś taki nie był.
Jeśli kobieta daje sobie wciskać taki kit, przepadła.
Kim trzeba być, żeby w tak bezczelny sposób oskarżać bliską sobie osobę. Dobrze, że zrozumiałaś, że bycie z takim kimś byłoby daremne, skoro on sam z sobą nie daje sobie rady.
Odgrażał się niestety przez prawie 3 tygodnie, teraz jest już spokój. Twierdził, że sobie coś zrobi, bo nie potrafi beze mnie żyć. Później, że mi coś zrobi, że też będę cierpiała skoro on musi cierpieć przeze mnie, "oko za oko, zobaczysz do czego jestem zdolny"... Groził, że będzie wystawał pod domem, pod moją pracą, że uprzykrzy mi życie. Następnie znowu przepraszał, kolejno wysłuchiwałam wiązankę wulgaryzmów w moją stronę, na następny dzień znów przepraszał. Jak nie po prośbie to po groźbie. Dzięki jego zachowaniu po rozstaniu, uświadomiłam sobie, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Zdałam sobie sprawę, że męczyłabym się przez całe życie, a jego obietnice o cudownej przemianie nigdy by się nie spełniły.
W dodatku byłabyś z facetem, który totalnie nie ma klasy, jest tchórzem i popaprańcem, który chce Cię wziąć na litość albo poprzez zastraszenie. Kiedyś zdobył, a teraz nie potrafi zatrzymać.
Gratuluje decyzji.
A z groźbami z jego strony też sobie możesz poradzić. Jest policja albo dobrze zbudowani koledzy z pojemnym bagażnikiem ![]()
Jeśli możesz - to nie wracaj.
Jeśli musisz bo nie masz wyjścia to odezwij się do mnie - jestem w podobnej sytuacji i szukam kogoś podobnego by razem zacząć na nowo. Z dala od nich. Możemy sobie pomóc.
Ja wierzyłam, że się zmieni...że jak będę się bardziej starać to zrozumie... Na takiej naiwności minęło mi 12 lat życia. To toksyczny człowiek, będzie tylko coraz gorszy. Nigdy, przenigdy nie zrezygnuje z potrzeby ubezwłasnowolniania ciebie. Jemu jest potrzebna niewolnica, przedniot posłuszny a nie partnerka. Wierz mi, zapomnij że będzie lepiej. Podaję ci rękę. Uciekaj.
Moje rozstanie to też jest bardzo świeża sprawa.
Mój były też mówił, że to moja wina, że to ja zrobiłam go takiego, że to przeze mnie stał się taki zły. Momentami już zaczęłam w to wierzyć. Ranił mnie, wrzeszczał i krzyczał. Próbowałam rozmawiać, tłumaczyć. Na wrzaski starałam się nie zwracać uwagi. Rozmawiałam na spokojnie, gdy już emocje opadły. Ale niestety. Wtedy to on nie chciał rozmawiać, uważał moje próby rozmowy za ?psychologizowanie?. Nie chciał słuchać. W końcu ja też przestałam słuchać jego. I chyba też zaczęłam go ranić, olewać, odsunęłam od siebie. Mam duże poczucie winy, poczucie przegranej. Że nie potrafiłam stworzyć stałego partnerskiego związku. Mam poczucie, że nie dałam z siebie wszystkiego w tym związku, że mogłam się starać bardziej. Bo mogłam, ale zabrakło mi sił.
Trzymam za nas wszystkie kciuki, dziewczyny.
Też mam krzykacza, powiem Ci. Postawiłam sprawę jasno. Ma iść na terapię do psychologa na kontrolowanie agresji albo adieu.
Natychmiast oprzytomniał, bo dla niego psycholog to już psychiatra i żółte papiery ![]()
Także polecam podobnie, postawić ultimatum, zapytać o przyczynę wybuchów, porozmawiać co także Ty możesz zrobić dla związku i dajcie sobie drugą szansę, aczkolwiek z ultimatum, że cokolwiek przeszarżuje to koniec.
Jeśli możesz - to nie wracaj.
Jeśli musisz bo nie masz wyjścia to odezwij się do mnie - jestem w podobnej sytuacji i szukam kogoś podobnego by razem zacząć na nowo.
A Ty nie masz wyjścia? Zawsze jest jakieś... ja je znalazłam, bo w końcu odnalazłam w sobie siłę. Ty też ją odnajdź. Pamiętaj, że w związku nie jest się za karę tylko z własnej nieprzymuszonej woli. Jeśli jest przymuszona, zastosuj najdrastyczniejsze metody byleby tylko odciąć się od psychopaty. Nie oglądaj się za siebie. Nie przejmuj się, że zostanie sam. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że to on ponosi odpowiedzialność za to, że taki związek się rozpada. Nie marnuj swojego życia.
Mam duże poczucie winy, poczucie przegranej. Że nie potrafiłam stworzyć stałego partnerskiego związku. Mam poczucie, że nie dałam z siebie wszystkiego w tym związku, że mogłam się starać bardziej. Bo mogłam, ale zabrakło mi sił.
poniewierka, w związku siły i starania jednej osoby nie wystarczają. Potrzebne jest partnerstwo, ale takie oparte na zaufaniu i szacunku do drugiej osoby. Kiedy jedna osoba wyklina drugą - nie ma mowy o szacunku. Kiedy się na nią wydziera - nie ma szacunku. Kiedy uderzy - już nawet nie mówię... Najgorsze jest to, że mimo tych wszystkich upokorzeń, kochamy tak bardzo tą drugą osobę, że trudno jest odejść. Zazwyczaj wiele prób, dawanie sobie kolejnych szans, które nie przynoszą żadnych skutków. Jednak miłość to nie wszystko i musimy same się jej wyrzec... w imię spokojnego życia i szacunku dla samej siebie.
MamTakSamoJakTy, ja wyrzekłam się właśnie tej miłości i tego uczucia. I chwilami jest mi z tym bardzo źle. Bo ja w sumie nie dałam drugiej szansy. On nie był dobry dla mnie, ani ja dla niego. Ale jeden krytyczny moment zaważył na tym, że już odpuściłam. I choć prosił o szanse, żebym dała mu możliwość poprawienia się, nie skorzystałam. Ciężko to wszystko mi ogarnąć, bo to pierwszy związek, byłam przekonana, że jedyny i że na całe życie. I w momencie rozstania to moje pięknie ułożone życie się posypało. Staram się być dzielna, ale nadrabiam miną. Poczucie winy przytłacza, ale nie wiem czy ono nie wynika czasem z tego, że krzykacze tak działają na innych: powodują, że same zaczynamy wierzyć, że wszystko co złe, mi się należy.
To ja pierwsza zaczęłam w związku obelgi. A on pociągnął to dalej i dalej.
poniewierka, ja bym nie wracała, ale to pewnie dlatego, że znam to z własnego doświadczenia. Nie twierdzę jednak, że nie ma wyjątków od reguły, która w moim przekonaniu brzmi: ludzie się nie zmieniają... Też masz coś widzę na sumieniu, więc może i nie tylko on jest tu winien. Próbować niby można, bo teoretycznie tylko tak można się przekonać o tym czy ktoś jest się w stanie poprawić. Sama musisz zdecydować co będzie dla Ciebie najlepsze. I nie możesz oczekiwać, że po rozstaniu będzie Ci lekko. Jest ciężko, ale kiedyś zapomnisz i możesz być szczęśliwa z kimś innym.