witam,
stoję chyba na rozdrożu i nie wiem, w którą stronę się udać.
jestem z facetem od 3 lat, dzieli nas 1oo km. on mieszka sam, ja mieszkam z córką. ostatnio często rozmawiamy o wspólnym zamieszkaniu - a ponieważ on ma lepsze warunki mieszkalne a ja i tak muszę zmienić pracę, byłaby to przeprowadzka do niego, ale bez dziecka. i nie wiem, co zrobić. córka w sumie do tej pory mieszkała po kilka miesięcy u mnie, i po kilka miesięcy u swojego ojca - i tak od rozwodu, gdyż taki był układ z jej ojcem. ale ostatnio miałam problem, żeby dziecko zamieszkało ze mną i boję się, że jak zamieszka z tatą, już jej nie odzyskam. poza tym, ona ma 12 lat i dorasta, a co za tym idzie coraz bardziej mnie potrzebuje. jednakże za jakiś czas to się skończy a ja wtedy nie chciałabym zostać sama. kocham ją i też trudno jest mi powiedzieć, że będzie mieszkała od teraz z tatą, bo ja się przeprowadzam. z drugiej strony mam szansę na normalne ułożenie sobie życia, powiem Wam, że mam już dość tych dojazdów i takiego życia na dwa domy. i boję się, że jak poczekam z tą przeprowadzką do niego, to potem będzie już za późno.
czy ja jestem za dużą egoistką? już kiedyś postawiłam wszystko na jedną kartę, przeprowadziłam się do innego miasta, potem wróciłam i do dziś tego żałuję.