Mam w życiu dość ciekawy problem, którym chyba łatwiej podzielić się z kobietami niż z mężczyznami. Kobiety jako istoty z natury wrażliwsze chyba lepiej będą potrafiły to zrozumieć, a i sam problem jak sądzę częściej przytrafia się kobietom niż mężczyznom. Dlatego tu właśnie (i z premedytacją) trafiłem.
Otóż ... jestem sobie singlem. Nie do końca z wyboru - chodź czasem jest mi w tym wygodnie. Myślę, że głównym sprawcą mojego "singielstwa" jest przedziwna, frustrującą, doprowadzającą do szału przypadłość, która polega na tym ... że zakochuje się wyłącznie w kobietach w związkach.
Niewiele mogę na to poradzić. Moje życie jest jak cykle aktywności Słońca. Co jakieś 2-3 lata poznaję kobietę, która zaczyna mnie fascynować. Zaczynają się rozmowy, przyjacielskie kontakty, poważniejsze rozmowy, dobra zabawa, humor - wzajemne dobre samopoczucie w obecności tej drugiej osoby. Potrafię być interesujący, więc kontakty nie są wyłącznie moją inicjatywą. Z czasem gdzieś następuje przełamanie bariery, pojawiają się delikatne sygnały zainteresowania i ... zaczynam wariować. Jeśli poczuję, że to jest to i dostanę jakiś drobny gest zachęty to zaczynam wariować. Robię się nieziemsko kreatywny, zaskakuję, robię niespodzianki. Bez nachalności, potrafię sprawić, że to wszystko jest chciane i oczekiwane.
Oczywiście wcześniej czy później dowiaduje się, że jest ktoś innych - chłopak, narzeczony. Zwykle związek raczej poważny niż trywialny. To oczywiście zapala czerwone światło , zaciąga hamulec, włącza alarm, budzi rozterki i rozważania ... jednak nigdy nie powstrzymuje. Brnę w to, rozwijam uczucie pod wpływem różnych zdarzeń i sygnałów. Zawsze kończy się jednak tak samo ... moje wybranki wynoszą z tego to co najlepsze i wracają do swoich związków. Ja zostaje sam. Rozczarowany. Rozbity. Z krwawiącym sercem. Dalej żal, smutek, frustracja ... ale czas leczy rany.
Zawsze obiecuję sobie, że nigdy więcej nie zrobię sobie krzywdy. I ... na obietnicach się kończy. Prędzej czy później znów wsadzam palce między drzwi a futrynę. Zapomniawszy jak to boli, znów pakuję się w kłopoty.
Jak przerwać to błędne koło? Jak się z tego wyleczyć? Czy znacie na to jakąś receptę? Ktoś pewnie powie ... szczęśliwa miłość. Tylko jak tu spotkać takie cudowne osóbki, jak te przez które cierpiałem - tylko wolne?
Nie jestem brzydki, ani głupi, chodź nie jestem też typem, który działa na kobiety jak lep na muchy, ale były i są takie osóbki dla których jestem interesujący - sęk w tym, że wówczas to ja nie jestem zainteresowny. Przynajmniej dotąd tak się trafiło. Nie potrafię próbować budować relacji na siłę, budować związku na fundamencie - byle ktoś był. Muszę poczuć to coś.
Nie oczekuję na jakieś "idee fix", ale może któraś z Was drogie Panie, napisze coś co mi pomoże, naprostuje, postawi na nogi