Witajcie. Zacznę od tego ze jestem 27-letnim polakiem. Od 10 lat mieszkam we Włoszech. Tutaj pracuje.
4 lata temu poznałem dziewczynę. Nie była to znajomość stricte anonimowa ponieważ była siostrą bliźniaczką kobiety mojego najlepszego przyjaciela. Byli w kontakcie. Kiedyś zagadaliśmy na gg. Rozmawiało nam się bardzo dobrze, ale z braku przekonania do znajomośći przez sieć, zerwałem na jakiś czas kontakt.
Pózniej ona odwiedzała mojego przyjaciela. Udało nam się znowu zetknąć, tym razem realnie. Spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu. Ona miała dosyć trudną sytuacje; Pracowała jako opiekunka dwójki dzieci w UK. Mieszkała z rodziną. Nie układał im się kontakt. W wolnych chwilach siedziała zakmknięta w pokoju. Polubiłem ją jako przyjaciólkę. Wydała mi się bardzo wartościowa. Zaczeliśmy nawiązywać porozumienie. Czas mijał a my rozmawialiśm coraz więcej, jak przyjaciele. W pewnym momencie nasz kontakt stał się tak intymny że zasypialiśmy razem na Skype, wstając razem. Mówiła że jestem jej jedynym kontaktem ze światem. Muszę powiedzieć, że ona uważała się za osobę zamknięta, nie skłoniąca do kontaktu z ludzmi. Ja jestem chyba trochę inny; Lubię poznawać nowych ludzi, spedzać z nimi czas, uważam że każdy wnosi coś innego, ale czasami jestem też samotnikiem, cenię intymność. To taka moja druga strona. Ona ją chyba w pewien sposób dopełniała, chociaż nigdy nie zdawała się dostrzegać.
Po jakimś czasie jej sytuacja zaczęła się komplikować. Pojawiły się konflikty i animozje z pracodawcami. Kwestią czasu zaczęło być że będzie musiała opuścić to miejsce. Postanowiłem ją do siebie zaprosić. Niestety, w ówczesnym czasie mieszkałem z mamą, zgodziła się, choć nie było łatwo. Udało nam się pomieszkać ze sobą przez 6 miesięcy. Zaproponowałem żeby zapisała sie do szkoły, udało się. Niestety z czasem zaczęla mówić że język jej się nie podoba, że tu w tym kraju nikt nie mówi po angielsku, zaczęły się miedzy nami pierwsze konflikty, ale jakoś poszło.
Pewnego dnia poprosiła mnie o spacer. Szliśmy razem drogą a ona powiedziała mi że musi wracać do polski bo ma tam niedokonczone sprawy (z uwagi na jej prywatność, nie zdradzam szczegółów)
Dodam jeszcze że kiedy mieszkaliśmy razem, odszedł mój tata. Nie udało mi się nigdy odwiedzić go w szpitalu. Ona była wtedy ze mną, wspierała, rozumiała; Nigdy jej tego nie zapomne. Chyba od tego momentu zaczęlo zalezeć mi bardziej na niej niż jak przyjaciólce.
Wyjechała. Po powrocie wpadła w stan strasznej tęsknoty. Bombardowała mnie smsami mówiąc "wiem że będziesz cały czas mieszkał we włoszech a ja cie tu potrzebuje, źle się ze mną dzieje". Próbowałem dzwonić, uspokajać mówić żeby wytrzymała ten rok, dopięła co trzeba a pózniej podejmiemy jakąś decyzję (miałem na myśli jej przylot do włoch) Miałem nadzieje odłożyc trochę pieniędzy, przygotować jakiś grunt. Niestety, mam dosyć trudny charakter i jestem do bólu szczery. Trochę przestraszyłem się życia razem. Zamiast siedzieć cicho, powiedziałem jej o tym, w efekcie przestała się odzywać.
Ona się wycofała a ja próbowałem ją odzyskać. Moje ówczesne dochody nie pozwalały mi na to żeby lecieć do polski. Próbowałem kontaktować się z nią przez telefon, internet. Próbowałem wytłumaczyć.
Jakoś udało nam się to przetrwać. Ona dopięła sprawy (w miedzyczasie odwiedziłem ją kilkukrotnie). Pojawił się problem, co robić dalej. Ona bardzo chciała studiować angielski. Ja, uważając że tutaj będziemy mieli lepsze możliwości, skłaniałem ją do przyjazdu do Włoch. Zaczęło robić się miedzy nami burzliwie. Było sporo szarpaniny, skonczyło się na strasznej kłotni. Na każdy mój argument odpowiadała "ale, ty też nie chciałeś przyjechać". Pewnego dnia ostro się pokłóciliśmy. Niewiem co we mnie wstąpiło. W ferworze złości powiedziałem (po raz pierwszy w życiu do kobiety) "wypierd....". Ona odpisała ze mogę uznać to za koniec. Dwa dni pózniej stałem w jej drzwiach z kwiatami, przepraszając i przyznając że zachowałem się jak cham. Miałem nadzieje że ucieszy się z tej wizyty, że zobaczy że mi zależy. Zapytałem "cieszysz się choć trochę że przyjechałem" Ona odpowiedziała "miałam nadzieje że przyjedziesz". Miałem 5 dni żeby porozmawiać. Powiedziałem jej to. Ona twierdziła "zobaczmy najpierw czy potrafimy jeszcze spędzać czas razem w przyjemności, bez kłotni".
Trochę mnie to zawiodło. Spodziewałem się poważniej rozmowy o jakiejś przyszłości. Zaczęło być między nami napięcie. Pomyślałem "no dobrze, niech będzie jak chce". Spedziliśmy ze sobą kolejne dni. One mijały, a on nadal nie chciała rozmawiać. W pewnym momencie nie wytrzymałem (jestem dosyć impulsywny), wpadłem w stan jakiejś dziwnej histerii i wykrzyczałem: "2 lata związku a nie ma szans na żadną przyszłość". To był naprawde histeryczny krzyk, przyznaje, bardzo mało męski. Ona uciekła. Zbiegła na dół po schodach. Zamiast zostawić, pobiegłem za nią. Ona uciekała a ja biegłem. W końcu ją dopadłem. Usiłowałem wytłumaczyć ze nie powinienem krzyczeć, ale ona nie daje mi żadnej pewności tym milczeniem. Usiłowałem namówić żeby pojść razem na piwo. Nie zgodziła się, weszła do autobusu na koniec mówiąc "Jesteśmy zbyt różni od siebie żeby być razem".
Załamałem się. Walczyłem miedzy smutkiem a złością. Postanowiłem że muszę się od tego odciąć, przestać myśleć na chwilę. Poszedłem na piwo z bratem. Alkohol szybko mnie upojił. Nie pijam dużo, ale nie skonczyło się na jednym.
Wstałem wieczorem. Na telefonie znalazłem 3 smsy o treści "trochę się przestraszyłam, przyjedziesz?", "Proszę przyjedź".
Co zrobiłem? Zapakowałem się w nocny autobus i pojechałem do niej. Zdawała się cieszyć. Spacerowaliśmy razem. W koncu zasneliśmy u niej wtuleni w siebie.
Na nastepny dzień, musiałem wracać. Wrociła ze mną na lotnisko, trzymając mnie za ręke. Przed odlotem na terminalu udało nam się porozmawiać. Miała wyjechać do chorwacji na 2 miesiące w kwestii pracy. Ustalilismy że po jej powrocie pomyślimy nad kierunkiem studiów we Włoszech. Pojechała. Zaczęly mijać tygodnie. Ona się nie odzywała. Napisałem do niej co się dzieje. Posnawiłem że będe stanowczy; Zapytałem czy coś do mnie czuje. Chciałem konkretnej odpowiedzi.
Odpisała mi po kilku dniach mówiąc że już nie czujemy się ze sobą dobrze, że może kiedyś kiedy nauczymy się traktować to z szacunkiem, zejdziemy się jeszcze. Byłem załamany. Znowu zamiast odpuścić, szukałem kontaktu. Mineły tygodnie. Ja ciągle cierpiałem. Nie chciałem szukać innej kobiety z nadzieją że się jeszcze odezwie. W moje urodziny napisała e-mail, że ma nadzieje że miło spedziłem dzień. Poruszyło mnie to. Odpisałem mówiąc, że jeśli ona się wycofa, nie da mi wyjścia i ja też będe musiał. Udało nam się znowu nawiązać kontakt. Zbliżały się wakacje. Postanowiłem że spędzim je razem. Ona chyba tak tego nie widziała. Powtrzała "chcesz spędzić ze mną całe wakacje, naprawde?".
Przyjechałem do polski na 3 tygodnie. Byliśmy razem, choć obiecaliśmy sobie że będziemy przyjaciólmi że to będzie bez zobowiązań. Głupio zrobiłem bo nasi przyjaciele próbowali już tego kiedy były konflikty a ja jak kretyn zamiast kierować się rozumem postanowiłem że spróbojemy. Ona mówiła "widzisz, wystraczy być tylko przyjaciólmi i już jest mniej konfiliktów".
Wakacje obfitowały w rózne momenty. Troche się kłociliśmy, głownie dlatego że ona postanowiła mimo wszystko zacząc studia w polsce. Poszedłem się z nią zapisać na uczelnie, sprzeczaliśmy ale tez godziliśmy, choć sytuacja była znowu napięta. Czas minął. Wróciłem a ona znowu zaczeła się oddalać. Zwierzyłem się z tego przejacielowi. Doradził mieć do tego dystans. Ja niestety z trudem potrafiłem. Jakoś udało im się porozmawiać. Z tego co wiem on wyjaśnił jej że ja traktuje to poważnie. Zaczęła do mnie wracać, smsować. Mówiła "co będzie z nami?". Nie mogłem zrozumieć tej metamorfozy. Postawiłem na dystans. Odpowiadałem "chyba mamy inna wizje bycia razem", "Niewiem czy można to nazwać nami".
Ona nalegała, ja znowu wróciłem do wątku przyjaciół chcąc zobaczyć jak bardzo jej zależy. Zaczęła pytać mnie o przyjazd do polski, niemniej powtarzała że broń boże nie chce nalegać. Ja upierałem się że tutaj będzie łatwiej zacząć dla nas. Udało mi się dostać stałą umowę. Zacząłem odkładać pieniądze. Ona już zaczynała studia. Zaptała mnie czy jesli mielibyśmy się rozstać też zostałbym we włoszech. Nie odpowiedziałem. Licząc żę jeśli się nie ugne, ona przyjedzie.
Cały czas byliśmy w kontakcie. Zbliżały się świeta postanowiłem że pojade do niej. Bardzo się cieszyła. Kupiłem jej bilet powrotny żeby wróciła tutaj ze mną, choć cały czas igrałem się z nią mówiąc że jestesmy tylko przjaciółmi.
Spedziliśmy razem świeta. Było też kilka innych osób. Była wycofana. Nigdy sama nie podeszła do mnie, nie okazała uczucia. Ja też już miałem trudnosci. Postanowiłem że okaze jej pożądanie (zawsze bardzo mi się podobała), ale już jakoś nie byłem w stanie wykrzesać z siebie uczucia tak prawdziwego jak kiedyś. Zacząłem traktować ją jak przyjaciólke, choć nadal było między nami łózko. Postanowiłem też że będe się zachowywał naturalnie, że nie będzie tak jak wczesniej pieknych słów, zwierzeń.
Chciałem żeby zaakceptowała mnie takim jaki byłem. Zaprosiłem do niej przyjaciół. Było wszystko w porządku.
Wylądowaliśmy u niej w domu. Był tam mój kumpel którego nie widziałem szmat czasu. Postanowiłem że pójdziemy do niego nocować a wrócimy rano. Nie chciała się zgodzić. Nalegałem. W końcu ustąpiła. Było strasznie. Nie chciała spać. Wpadła w ataki jakiejś histerii. Prawie mnie pobiła, ale znałem ją już trochę. Chciałem zrozumieć. Byłem tolerancyjny. W końcu ustąpiła mówiąc "ja jestem chora, przepraszam".
Jakoś wszystko ustapiło wróciliśmy razem do Włoch. Na lotnisku czekali na nas moi przyjaciele. Znowu była niedostępna, nie okazywała czułości.
Miała bóle w klatce piersiowej. Chodziło o jakieś wlokniaki. Żartując że muszę zatroszczyć się o moją przyjaciółkę postanowiłem że zabiorę ją do szpitala. Nie chciała. Mówiła że skoro jesteśmy tylko przyjaciółmi to nie moja sprawa. Nalegałem mowiąc że chodzi o jej zdrowie. Kazałem jej się ubierać. W szpitalu znowu były sceny. Pózniej jakoś jej przeszło. Byłem znacznie wkurzony, musiałem to rozładować. Był sylwester. Zaproponowałem że wyjdziemy do przyjaciół. Nie oponowała. Kiedy już tam byliśmy siedziała w kącie, zupełnie oddalona. Nie wytrzmałem. Powiedziałem jej że kolega zawiezie ją do domu. Ona sie podniosla. Zaczęła pić jak najeta. Zamkneła się w lazience z moją przyjaciółką nie chcac mnie widzieć. Rozmawiały. W końcu wyszła. Ja już byłem zmęczony.Postanowiłem że przespimy się na wygodnej kanapie. Ona nawet nie chciała o tym słyszeć. Chciała iść sama do domu a była tak pijana że ledwo trzymała się na nogach. Wkońcu moja przyjaciólka zamknęła drzwi dla żartu. Ona znowu wpadła w jakiś atak. Zaczeła krzyczeć "let me out" (często kiedy krzyczy używa angielskiego). Wkurzyłem się. Kazałem się ubierać i zadzwoniłem po taksówkę. Przyjechaliśmy do domu. Znowu była jazda. Nie chciała spać na łózku. Jakoś ją tam umiesciłem. Rano, nic nie pamietała. Kazałem jej przeprosić przjaciólkę. Zrobiła to. Kiedy odwoziłem ją na lotnisko, bardzo chciałem pokazać jej że mimo wszystko mi na niej zależy, poglaskać. Niestety, zasneła w czasie drogi. Umówiliśmy się ze przeniesie się do mnie, że przerwie studia. Nie była z nich zadowolona. Mówiła że gdy mogła zmieniłaby zdanie które podjęła w wakacje. Znowu palnąłem głupotę mówiąc że chce sprobować choć sie boje i nie mogę jej obiecać że nie będą mi się podobać inne kobiety. Chciałem zobaczć jak zaareaguje. Powiedziała "obiecaj mi że dopóki będzie sens, będziesz sie starał". Zrobiłem to. Poszliśmy razem oglądać mieszkanie. Miało być do wynajęcia. Na lotnisku rozstaliśmy się w objęciach. Jej zależało na czasie. Mieszkała w wynajetym mieszkaniu i chciała uniknąć czynszu za kolejny miesiąc. Ja mówiłem żeby sie organizowała i przyjeżdzała.
Niestety, po jakimś czasie okazało się że mieszkanie już było wczesniej zaklepane. Musiałem się spieszyć. Postanowiłem że powiem jej żeby zaczekała , ale nie podejmowała żadnej decyzji. Miałem odłożone pieniądze i zamysł (nie powiedziałem jej o tym) żeby pokryć jej czynsz na kolejny miesiąc. Obiecała że nie podejmie żadnych kroków które mogłyby zmienić to co ustalone. Niestety, doowiedziałem się kilka dni pózniej że to zrobila. Prosząc pracodawców o przedłużenie jej umowy do tych wakacji. Bardzo się wkurzyłem że zrobiła to sama, że o tym nie porozmawialiśmy.
Kilka dni wcześniej napisał do niej facet. Jest finem. Juz zanim mnie poznała mieli kontakt (może nawet związek) przez internet. To było lata temu. Nigdy nie udalo im się spotkać i gdzieś sie urwało. Wiedziałem że on się dla niej liczy, ale że nie mam w charakterze wielkiej zazdrości, poprostu akceptowałem fakt że rozmawiają. Po powrocie, kiedy byłem wkurzony przeciąganiem tego wszystkiego z jej strony pisała "rozmawiam z nim bo ciebie nie ma i dzięki temu czuje sie mniej samotna". Wierzyłem w to. Któregoś wieczoru napisała że jest jej źle, że chciałaby porozmawiać. Ja już byłem znaczie wkurzony, kazałem jej dać mi spokój. Ona odpisała mówiąc :"jestem tu i chce rozwiązać problem". Ja ją odrzuciłem.
Przeszło mi po kilku dniach. Umówiliśmy się na rozmowę w niedziele. Postanowiłem ją przeprosić. Wysłuchać co ma do powiedzenia, pozwolić się wyżalić a pózniej porozmawiać o tym czego chce naprawde.
Tydzień pózniej, spędziliśmy czas słuchając razem muzyki. Ona się często uśmiechała. Zapytałem "czy rozmawiasz z nim teraz?". Zbywała mnie mówiąc "słuchaj poprostu".
Kilka chwil pózniej wyznała mi że nie chce już związku, że dużo nad tym myślała. Jako powody podała że nie działamy już dobrze na siebie. Było między nami za dużo szarpaniny. Zapytałem czy to odległość, ona odpowiedziała "nie, nie tylko".
Bedąc pewien że uda się to jeszcze jakoś naprawić. Powiedziałem że mam plan na ukrócenie odległości. Zapytałem czy chce się jeszcze starać. Ona odpowiedziała mi przez smsa że była poza miastem, nie mogła rozmawiać i podkreśliła że uznała że nie powinniśmy kontynuować.
Już wtedy poczułem że była z nim. W końcu udało im się spotkać. Ta kobieta jest osobą nietuzinkową. Trudno to wytłumaczyć, ale to nie jest ktoś kto poszedłby z byle kim. Ona musi się najpierw zbliżyć do osoby, nawiązać jakąś wieź, dopiero pózniej wychodzi z tego związek. Fakt faktem, nie miała ich dużo. I chyba byłem pierwszym poważnym.
Wracając do historii. Rozmawialiśmy kilka dni temu. Powiedziała "Ja już dawno odeszłam od wizji związku międz nami i zaangażowałam się z nim".
Chciałem dowiedzieć się ile to już trwa. Ona twierdzi że niedługo, że to pierwsze spotkanie. Mówi że on jest z nią bardzo kompatybilny, że jest jej bratnią duszą.
Dodaje mówiąc, że to nie jest tak że się poznali i już, że to jest coś co stworzyli już lata temu.
Zapytałem co z realizmem ona przecież ma jeszcze przed sobą 3 lata studiów, jak to więc będzie wyglądać.
Ja niewiem, ona pochodzi z rozbitej rodziny. Nigdy nie było alkoholizmu ale tata odszedł z domu kiedy była mała. Z mamą stosunki też nie były łatwe, ale teraz jakoś powoli wszystko wraca do normy.
Nie mam pojęcia co się stało. Ona twierdzi że moje ciągłe żarty na temat innych kobiet i to że wtedy kiedy czuła się samotna ją odrzuciłem (to było przez e-mail),
zbliżyły ją do niego i oddaliły ode mnie. Usiłowałem tłumaczyć że to zawsze była dla mnie ona, że przez te 4 lata nie zaangażowałem się z żadną inną kobietą, że to wszystko co mówiłem to były żarty i że musimy się siebie poprostu uczyć a nie szukać kompatybilności. Niestety, nie dała mi szansy.
Minęło kilka dni i cierpie straszliwie. Budzę się w nocy zlany potem. Nie potrafie spać. Nawet czasami w głowie słysze jej głosy kiedy mowiła mi "wszystko będzie dobrze". Łkam jak dziecko
Ona twierdzi że nie jest jej łatwo. Ja nie mogąc już wytrzymać napisałem do niej dosyć mocny e-mail. Wyznając jej że tak naprawde ona zawsze o nim myślała, że ja byłem tylko etapem. On rozszedł się z dziewczyną i postanowili spróbować. Że nie potrafie myśleć inaczej niż że to wszystko nie było dla niej wystarczająco ważne.
Trochę tego żałuje. Próboje wczuć się w jej sytuacje, ale nie potrafie. Może gdyby powiedziała mi o tym kiedy była tutaj ostatnim razem, może sam z miłosci do niej odsunąłbm się w cień. Zawsze ją kochałem i ceniłem. Niestety teraz nie jestem w stanie z nią swobodnie rozmawiać. Pousuwałem ją z komunikatorów żeby nie widzieć jej statusu. Wiem że z nim spędza czas. Czuje się zdegradowany. Jestem prostym człowiekiem. Czasami się napije, zapale. Nie jestem wystarczająco inteligentny dla niej chyba. Ona ma styl, dba o siebie, tego samego wymaga od innych. Ja pod tym względem mam raczej relatywny stosunek do siebie. Nie jestem brudasem, ale nie kupuje sobie nowych ubrań o ile nie skonczą mi się "zapasy"
Wiem że nie wróci. Nie mam co na to liczyć. Jest osobą która mocno się angażuje i ich relacja napewno potrwa długo. O tym facecie wiem od niej że jest typem samotnika, chodzi na długie spacery i chyba jest bardzo wrażliwy i ciepły. Ja może nie byłem wystarczająco.
Jeśli komukolwiek z was chciało się to wszystko czytać, dziękuje z całego serca. Jeśli macie jakieś rady lub opinie, bardzo chętnie przeczytam.
wybaczcie chaos