Moze w skrocie wyjasnie o co mi chodzi.
Od kilku miesiecy jestesmy razem, chociaz znamy sie od prawie trzech lat. Caly czas wydawal mi sie dojrzaly, meski, pomocny. Zanim zaczelismy byc razem, bardzo dlugo sie przyjaznilismy, byl zawsze pierwsza osoba do ktorej dzwonilam, kiedy cos zlego sie dzialo - i odwrotnie. Wiedzialam, ze zawsze moge na niego liczyc. A pozniej zaczal sie zwiazek..
Czasami wydaje mi sie, ze to ja jestem facetem, a on chodzi, gledzi, narzeka, ciagle szuka dziury w calym, smuci sie, potrzebuje ciaglych dowodow milosci i oznak, ze NAPRAWDE chce z nim byc i wcale nie zamierzam tego zakonczyc. Nie, nie mam romansu z kolega. Tak, jestem z Toba szczesliwa. Nie, nie chce cie zostawic.
Z jednej strony to slodkie, bo widze ze mnie kocha i po prostu boi sie, ze to wszystko sie skonczy, ale z drugiej takie jego zachowanie "blokuje" moje kobiece wariactwa. Czasami czuje, ze nie moge sobie pozwolic na slabszy dzien, chwile smutku, bo wtedy nie bedzie mnie mial kto pocieszyc. Siadziemy razem na kanapie i oboje bedziemy rozczulac sie nad zlem swiata (..)
// Dodam, ze to nie jest tylko kwestia tego jednego faceta. W kazdym zwiazku bylam dosc stanowcza i oschla, nie bylo "misiaczkowania", nie bylo slodkich SMSow "na dobranoc/ dzien dobry", nie bylo tych wszystkich przeslodzonych schematow. Sama nie wiem, dlaczego nie umiem byc cieplą i milą, "do rany przyloz" dziewczyną. Pewnie ma to jakis zwiazek z dziecinstwem, ale moze nie bede tego teraz analizowac ![]()
Jak to jest u Was? Kto jest "miększy" :-)?