Witam!
Jestem tu nowa, ale już bym chciała się wygadac...
Moja sytuacja wugląda następująco:
-Poznaaliśmy się z moim partnerem, gdy już mieliśmy dzieci z poprzednich związków. Wszystko było ok, dopóki jego córka nie wyprowadziła się prawie 400 km od niego i ja nie zaszłam w ciążę. Zaczęły się pierwsze kamstwa, ukrywania nocowania jego byłej żony u niego pod moją nieobecnośc... Późnieju jakoś tam było. Urodziłam zdrowego synka i jakoś to było z dnia na dzień. Przeniosłam się ze swojego rodzinnego miasta do jego rodzinnego miasta oddalonego od mojej rodziny i znajomych o 300 km. Zaczęły się pretensje, że nie pracuję. młodszy syn miał wtedy pół roku i nie miałam go z kim zostawic (brak znajomych i rodziny w nowym mieście), a oddac dzieci do żłobka i do przedszkola dwóch smyków kosztowałoby więcej niż moja pensja (zarobki są jakie są...
). Po zimie zaczęło byc względnie normalnie. nie poszłam do pracy, choc chciałam. Byłam nawet na rozmowie kwalifikacyjnej, wysyłałam maile i dzwoniłam-bezskutecznie. Wczoraj usłyszałam, że zależy mi tylko na jego kasie, bo mi wygodnie siedziec w domu. Że nic nie robię (mimo, że faktycznie nawet jego w jego obowiązkach wyręczam). Fakt-zdarzają mi się czasem dni, gdy po prostu zrobię mniej. Ale ciągle słyszę, że jestem koniec końców nierobem, a on nie wyrabia. Dostaje mi się nie raz za to, że proszę go o kupno czegoś na obiad...
Grając na komputerze twierdzi, że przeszkadzam mu pracowac i nie mogę do niego nic mówic, bo to i tak nie jest ważne, bo dla niego zarobki są najważniejsze, bo z mojej gadki i tak zawsze awantura wychodzi, a on chce miec spokój.
-W lato zeszłego roku jego córka z matką i jej nowym braciszkiem przenieśli się do miasta, gdzie mieszkamy. I tu zaczynają się schody... Moi synowie są karani za złe zachowanie, dostają czasem od męża po klapsie i twierdzi, że tak musi byc. zwłaszcza starszy syn-z mojego wcześniejszego związku. Dostaje kary za wszystko-podczas gdy jego rodzone dzieci nie dostają kary NA NIC! On oczywiście twierdzi, że wyolbrzymiam i się czepiam, bo nie trawię jego córki itd. wręcz przeciwnie-chcę, żeby zamieszkała z nami, żeby zaczęła byc normalnym dzieckiem, ale on twierdzi ,że ile będzie trzeba kasy, to nieważne, ale jak będzie trzeba, to każdą kasę wyłoży, żeby ją przekupic... Przy czym chłopcom kupi raz na kilka tygodni batonika sam z siebie. Nie zabiera ich nigdzie-siedząa w domu i nie mają nic od życia. Jego córa ma zewsząd wszelkiego rodzaju korzyści, a mój M jeszcze dodatkowo dokłada jej tych właśnie korzyści, a Synki na to patrzą i zachowują się potem źle, bo się popisują (skoro widzą, że jedno dziecko ma za złe zachowanie korzyści, żeby tylko smutno nie było, to czemu tu ma tak nie byc z nimi?!). M potrafi przy stanie portfela 50 zł dac jej 20 zł kiezonkowego na najbliższe 5 dni (dziecko ma niespełna 10 lat) zamiast odmówic jej i powiedziec, że jak będzie miał, to jej da, a ja nie mogę prosic o kupno czegoś do jedzenia, czy zabranie nas na zakupy, bo chciałam coś dzieciom kupic do pokoju (nie z jego kasy tylko uzbierali sobie z prezentów od dziadków), to wtedy nigdy nie ma jak.jednak po swoje pierwsze dziecko w nocy o północy pojedzie i powiedział, że jak jest jego pociecha u nas, to ma nie byc awantur, ani niczego, bo ma widzeic, że u nas jest różowo. Chłopaki mogą patrzec, ale ona już nie może.
Doszło do tego ,że zaczynam byc zazdrosna o dziecko, bo wszystkie kłamstwa (i drobne i poważne), wszystkie ukrywania, obrażania się i dąsy (włącznie z nieprzyjściem na święta, sywlestra i urodziny starszego syna) sa jej najzwyczajniej w świecie darowane, podczas gdy nasi chłopcy wystarczy, że krzykną w złym momencie, to mają karę srogą i odczuwalną.
Mam głębokie poczucie niesprawiedliwości, że (jak to on mówi) to n w tym domu zarabia kasę i on wymaga, że zaniedbuje synów, podczas gdy widzę, że jednak jest skłonny do poświęceń dla dziecka i gorącej miłości. Spełnia każdą prośbę swojej byłej żony, a o moich nie chce słyszec. Mówi, że kocha nas, że gdyby nas nie kochał, to by nie pracował (wszystko jest mierzone miarą finansów), że mam chore rozumowanie...
Pytanie brzmi-czy niesłusznie się tak czuję? Czy w ogóle mam prawo byc zazdrosna o małe dziecko, które niczemu nie jest winne? Co zrobic gdy tłumaczenia rozmowy i prośby nie pomagają? Czy faktycznie wyolbrzymiam? Co zrobic z taką ilością emocji, gdy te zaczynają rujnowac psychikę i poczycie humoru?
Proszę o szczerą opinię... Nawet jeżeli ma byc dla mnie osakrżeniem. Chcę zrozumiec... ![]()