Moja mama nie pracuję od (+/-) 2 lat. Szuka pracy w internecie, codziennie wysyła CV , jednak rezultaty nikłe. Jeżeli już jest jakiś odzew na jej kandydaturę i pójdzie na spotkanie kwalifikacyjne, to wraca z tą samą opowieścią: że inną stawkę podawali jej przez telefon, lub, że nie ma umowy i tym samym nie opłacają ubezpieczenia. Jest zarejestrowana w Urzędzie Pracy. Wstawia się na każde wezwanie, chodzi również na targi pracy, ale też bez pozytywnych wyników. Organizuje nie wielkie kwoty pieniędzy z MOPS-u, które tak naprawdę są naszym jedynym, stałym dochodem.
Mieszka z nami również mój ojciec. Rodzice są po rozwodzie od kilku ładnych lat. Mama sobie wymyśliła, że wynajmie ojcu pokój, bo ten nie miał gdzie się podziać. Od początku nie podobał mi się ten pomysł, bo zawsze było z nim pod górkę i również w tym przypadku, moja intuicja nie wprowadziła mnie w błąd. Pracował bodajże w pięciu firmach. Pracę w jednej z nich, zorganizowałam mu wspólnie z mamą. Było to zajęcie tymczasowe, zajmował się odśnieżaniem chodników, ale wypłata była co miesiąc. W pozostałych czterech firmach, zorganizował sobie posadę sam i tylko w ostatniej, jeden, jedyny raz dostał wypłatę po dwóch miesiącach czekania. Z jednym z jego byłych przełożonych umówiła się (sic!) moja mama i odzyskała pieniądze - w innym przypadku, nigdy nie zobaczyłby wynagrodzenia na oczy. Obecnie pracuje gdzieś na umowę-zlecenie, podejmuje dodatkowe zajęcia i (sic!) zbiera złom, aby było cokolwiek w lodówce i na obiad. Uważa, że to co przynosi codziennie jest na poczet moich alimentów. Mam ustanowione przez sąd 500 zł alimentów miesięcznie i nie widziałam tych pieniędzy na oczy od dawna, a kiedy uprzedzam, że od września będę potrzebowała tych pieniędzy do ręki, bo będę musiała opłacić szkołę, jest przewracanie oczami. Pije, jest brudny (ostatnio uczesał się moją szczotką i załapałam wszy!)...
18-stkę obchodziłam niedawno. Mając jeszcze 17 lat, chciałam pójść do pracy jako opiekunka i mama zawsze zabraniała mi. Mówiła, że moim obowiązkiem jest nauka, a ona z ojcem postarają się o kwestie finansowe. Zastanawiające jest tylko, że w wieku 16 lat, gdy pracowałam jako asystentka przy ubezpieczeniach, nie miała takich obiekcji... No tak... Tylko, że jako niania zarobię 600 zł, a tam zarabiałam 1000-1200 :-/
Jest mi przykro, bo zawsze gdy mama pośredniczy w odzyskaniu zaległych wynagrodzeń ojca, powołuje się na moje zdrowie, że są potrzebne pieniądze na moje leczenie... Jednak, gdy przychodzi zasiłek, nie dostaję na ten cel żadnej kwoty. Nie mam na wizytę u neurologia-psychiatry (choruję na zespół hiperwentylacyjny, nie mam na leki, oszczędzam na resztce, która mi została i naprawdę boję się, że któregoś dnia zgarnie mnie pogotowie z ulicy), nie mam na dentystę, na ortodontę, ostatnio dopadło mnie zapalenie węzła chłonnego i oszczędzamy już tydzień na USG, teraz kolejny tydzień będziemy oszczędzać na antybiotyki... Mama ma kolejny lotny pomysł, aby moją chorobę wykorzystać do zasiłku pielęgnacyjnego. Chce pójść do mojego lekarza, poprosić go o wypisanie wniosku, aby zdobyć zaświadczenie o mojej niepełnosprawności i dostawać 1000 zł miesięcznie. Raz mówi, że to na moje leczenie, a za chwile, że jak nie zorganizuje tych pieniędzy, to nie będziemy miały z czego żyć... Tak się dzisiaj o to pokłóciłyśmy... :( Powiedziałam, że chcę NORMALNIE żyć i jeżeli zrobi coś takiego, to może przestać się do mnie odzywać i od razu pakuję się i wyprowadzam. W odwecie usłyszałam, że ona się stara, aby było jak najlepiej, a ja nie jestem nic wdzięczna, że jestem głupia i nie wiem o co chodzi... Może zareagowałam zbyt ostro, ale mam już dosyć używania mnie jako narzędzia do zdobywania kolejnych pieniędzy.
W moim własnym domu jest mi źle...
Nie mogę już patrzeć na chroniczny brak pieniędzy, nie mogę wysłuchiwać kłótni mamy i ojca o brak pieniędzy, o to, że ojciec znowu skarpet nie zmienił i śmierdzi w całym mieszkaniu. Moja mama nie potrafi ze mną porozmawiać na inny temat jak tylko "brak kasy, brak perspektyw, brak rozrywek". Kiedy pytam, czy możemy zmienić temat, pyta "a o czym ja mam z Tobą rozmawiać?"
Kiedy mówię, że jestem nieszczęśliwa, odpowiada "A co ja mam powiedzieć?". Jest strasznie przewrotna, a ja czuję, że gdzieś w środku już się załamuję... Wstydzę się ojca... Nie utrzymuję kontaktów z ludźmi, bo nie mam pieniędzy na nic... Ani na kino, ani na pizzę, czasem nawet braknie na bilet... Wstydzę się też zaprosić kogokolwiek do domu... Mamy ogromny dług za energię, przeogromny dług za czynsz (około 20 tys.), obawiam się, że w końcu nas z tego mieszkania wykurzą...
Przepraszam za tak chaotyczny post - to mój debiut, w dodatku jestem zdenerwowana jeszcze tym "twórczym" pomysłem własnej matki. Zauważyłam, że są tu zalogowane bardzo mądre kobiety i udzielają logicznych, życiowych rad... Powiedzcie, widzicie rozwiązanie w mojej sprawie?