Witajcie
Trafilam tu przypadkiem, szukajac podobnych powikłanych sytuacjii, majac zarówno nadzieję,
że ich nie znajdę, bo nikomu tego nie życzę, jak i że znajdę... może ktos wie jak postąpić?
Wybaczcie proszę długośc posta...
Męża poznałam ponad 9 lat temu. Oboje po rozwodach, potrzaskani, szukaliśmy kogoś kto zrozumie.
Nie potrzebowaliśmy zbyt wiele czasu na to, by zamieszkać razem. Mi nie przeszkadzał fakt, że
on ma 8 letniego syna, fajnego małego 'faceta'. Byłam pelna wiary i optymizmu. zaczęło się źle
dziać w kilka miesięcy, niespełna rok poźniej, gdy straciłam pracę. Słowa jakie wtedy słyszalam
były okrutne. Czułam sie jakbym była osoba mniej wartą. Po 3 miesiącach moich starań o pracę i
wysłuchiwania poniżających słów uciekłam. Jak gówniara uciekłam do innego. Nie trwało to długo,
okazało się że jestem w ciąży. wróciłam. Mówił, że nie ważne czyje, ale wychowamy malucha i damy
sobie radę. Poroniłam niedlugo poźniej. Wylizywałam się z tego sama, gdyż on nie uznawał słowa
depresja. W końcu jakoś sie pozbierałam. Odkresliliśmy gruba linia to co było, zaczęliśmy od nowa.
Starania o dziecko odsunelismy na daleki plan, postanawiając najpierw jednak uregulować sprawę
pracy. Ale jak to w życiu bywa... zaszłam w ciążę i tylko dzięki pomocy mojej mamy wiązaliśmy
koniec z końcem. Kłócąc się zażarcie, godząc, kłócąc... Mąż nadużywał alkoholu, co mnie po prostu
wykańczało. Nie to że pił, bo wszystko jest dla ludzi. Tylko to jak sie zachowywal poźniej...
Obwiniał mnie o wszystko co tylko można było. To że pil było moją winą. To że pieniędzy brak było
moją winą... Nie jestem pewna czy było coś, czemu winna nie byłam. By odetchnąć od niego, a jemu
tez dać czas na przemyślenie, co wakacje wyjeżdżałam do matki, zabierając ze soba synka. Przez
pierwszy tydzień byłam szczęśliwa. Oddychałam! Drugi tydzień byłam niespokojna.... trzeciego
tęskniłam za nim. Wracałam i dlugo poźniej bylo wspaniale. Znalazłam pracę, synek poszedł do
żłobka, a mąż obiecał solennie że będzie w domu pomagał, bo przecież jest nas dwoje... żeby
mi było lżej... W obietnicach wytrwał kilka miesięcy. Tak więc podzieliłam losy wielu kobiet,
łączących pracę, dom, opieke nad dzieckiem własnym, jego... Buntowałam się. Nie chciałam pokornie
znosić tego co mówił o mnie. O kobietach. Że to ich rola zadbac o dom. Czy posiadanie biustu
oznacza wpasowane w rece żelazko i mopa? Czułam się ciągle gorsza, stawiałam sie, kłociliśmy
się ciagle... Miał kompleks wykształcenia, poszedl na studia... Wciągnęło życie studenckie.
Piwko po egzaminie, imprezka z kolegami. Płakałam, błagałam, prosiłam teściową o pomoc...
Jego syn zaczął miec kłopoty w szkole, więc postanowiono że zamieszka z nami. Pomagałam z nauką.
W końcu jestem nauczycielką więc lepiej sobie z tym poradze, prawda? Pilnowałam by chodził spać
o odpowiedniej porze, karmiłam prałam... W końcu jestem kobietą, więc wiem jak to zrobić.
zaprzyjaxniłam się z tym chłopakiem, starałam sie mu pomóc. Po 2 latach mieszkania u nas,
znowu zaczął 'dostawac rogów'. Gdy postawione miał warunki i poznał zasady jakich jednak musi
w tym domu przestrzegać, wyprowadził sie znowu do matki. a ja?
Coraz bardziej zmęczona, nadal stawiająca się, znerwicowana, nie mająca ochoty na sex...
Poszłam do psychologa, a następnie psychiatry. Depresja. Leki. Rok czasu i słowa, że zobacz jaka
jesteś, nawet leki ci nie pomagają. Marny ten lekarz. Nadal sie o wszystko wkurzasz, z byle
czego robisz wojne. Trwałam nadal. wytrwałam do października tego roku. Po kolejnej kłótni,
wysłuchaniu że jestem społecznie upośledzona, i dlatego jestem nauczycielem, zagryzłam zęby,
spakowałam torby, powiedziałam że się wyprowadzam i... wprowadziłam słowa w czyn.
Było wszystko. groźby że doniesie na policje, że syna porwałam. Wysłuchiwałam, że rozwalam
rodzinę. Że sobie nie poradze i wróce na kolanach. Że rozwodu nie da, albo syna zabierze, bo sie
leczyłam u psychiatry wiec dziecka nie dostanę. Później pił. Dzwonił do mojej rodziny pijany.
Płakał, że rodzine odebrałam. Jaka ze mnie egoistka bo o synu nie pomyślałam. Minęło kilka
tygodni, kiedy musiałam właściwie wyłączac telefon, co marnie mi szło, albo zagryzać zęby żeby
na smsy nie odpisywać... bo było mi go szkoda. Zapadł się w sobie. Przestał pić. Obiecywał zmianę.
Powiedziałam mu, że pozwu o rozwód nie składam jeszcze, ale to czy złożę, sie zwyczajnie okaże.
Spałam i nadal śpię źle. Wiele rzeczy przez te 3 miesiące gdy nie mieszkamy razem usłyszałam...
Nieustannie krążą mi po głowie i ciagle sie zastanawiam... Dac szansę? Uwierzyć? Wiele osób mówi
mi, że on się nie zmieni. A jeśli już, to napewno nie w 3 miesiące. On twierdzi, ze wiele zrozumiał.
Wie, jakim podłym człowiekiem był, nie docenił tego co miał, aż to stracił. Świetnego syna, piękną
inteligentna żonę (że niby ja...). Mówi, że mnie kocha. Nie będe kłamała. Obojętny mi nie jest.
Ale czuję się tak skopana, zbita i przerażona... Poszłam do psychologa, bo zwyczajnie nie umiem
się ogarnąć.
Powiedzcie mi, co wy o tym wszystkim myslicie? Czy człowiek może się zmienić z manipulatna i
tyrana w męża? Partnera? Zdaję sobie sprawę, że decyzja należy do mnie. Nikt za mnie jej nie
podejmie. Uwierzyć? Boję się. Nie wierzyć? a może jednak on naprawde wszedł na właściwą scieżkę...