Też byłam w podobnym stanie. Było na prawdę źle. Fatalny czas i nawet nie chcę do tego wracać. Ciągły płacz, przygnębienie i bezsenność. Zawaliłam przez to rok na studiach. I rozumiem Cię doskonale. Ja teraz wiem co było tego przyczyną i chyba warto taką przyczynę znaleźć. U mnie było to właśnie ze studiami związane. Całkowita zmiana otoczenia, miasta, mieszkania. Więcej obowiązków. Masa zdolnych ludzi dookoła mnie. Pierwszy w życiu kredyt. Przytłoczyło mnie to i zamknęłam się w sobie. Wydawało mi się, że to wszystko nie jest warte mojego stresu i się poddałam. Nie odzywałam się do nikogo ze znajomych. Miałam już chłopaka, ale był daleko i ciągle go okłamywałam, że jest dobrze. On nie wiedział wiele bo go po prostu przy mnie nie było. Z rodzicami nie chciało mi się rozmawiać. W sumie z nikim mi się nie chciało. I wtedy stało się coś dziwnego. Pewnego dnia przyjechała do mnie koleżanka z roku. Zapytała co się dzieje, że zawalę semestr, czemu mnie nie ma na uczelni. Powiedziała, że tak nie może być i wysłała mi kilka telefonów do różnych lekarzy. Powiedziała, że ona też korzystała z pomocy nie raz i że czas z tym skończyć bo się zamęczę. No i zdecydowałam się na wizytę u psychiatry. Ona pojechała tam ze mną. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo wcześniej nie miałyśmy jakiegoś wybitnego kontaktu ze sobą.
I chyba wtedy nastąpił jakiś przełom. Siedząc tam w poczekalni. Zdałam sobie sprawę z tego, że idę do PSYCHIATRY. A przecież nie muszę! Nic mi się nie dzieje. Nie spotkała mnie żadna krzywda. Nie jestem chora i nie mam paranoi czy urojeń. I zaczęłam się zastanawiać co ja mu powiem. Przecież nie mam żadnego konkretnego problemu. I jeszcze zapłacę za to słoną kasę. Dobrze, że ona była obok, bo inaczej pewnie bym się w tym momencie rozmyśliła.
Weszłam do gabinetu no i z marszu się rozpłakałam. Z samego tego faktu, że jestem u takiego a nie innego lekarza. I... dalej było bardzo ciekawie. Zadawał krótkie pytania a ja miałam mówić. To było bardzo dziwne bo wszystko co mówiłam wydawało mi się takie banalne. To była moja jedna jedyna wizyta. Ale z tego wnioskuję, że ten stan który wtedy był dla mnie tragedią, wcale taki zły nie był. Sama rozmowa trochę mi jednak dała. On nawet zdiagnozował coś. Już nie pamiętam nazwy, ale chodziło o problemy z akceptacją rzeczywistości i problemy z rozczarowaniami. Tak przynajmniej to zrozumiałam, bo używał fachowego języka. Ale najlepsze co mi powiedział, to to, że powinnam się zastanowić czy może ten stan nie był czymś czego potrzebowałam. Mój mózg widocznie potrzebował pauzy i na ten okres się wyłączył. I nie ma się co obwiniać ani mieć wyrzutów sumienia. To mi dało siłę do tego, żeby ten rozdział po prostu zamknąć. Taka wizyta na prawdę coś daje. Przynajmniej w moim wypadku. Nie mówiąc o tym, że ten lekarz pomógł mi też formalnie. Pytał czy są jakieś konsekwencje tego, że przez długi czas byłam bierna w moich działaniach. I po prostu wypisał wsteczne zwolnienie, bo tylko on wśród lekarzy może to zrobić. Podobał mi się też początek tej wizyty. Bo zapytał po co przychodzę i czego od niego oczekuję. I to było chyba najtrudniejsze pytanie, bo ja nie wiedziałam. Więc powiedziałam, że wydaje mi się, że pomocy. To zabrzmiało tak tandetnie. On na to odparł, że on mi nie pomoże. To ja sama sobie pomogę i to że przyszłam do niego już jest pierwszym krokiem w tym kierunku.
Dzięki zwolnieniu miałam możliwość powtarzania roku lub semestru ale wybrałam pierwszą opcję, bo jednak chcę coś wynieść z tych studiów. Ten wstrząs i ta wizyta pomogła mi spojrzeć realniej na mój "problem". To tak jakbym zamknęła to wszystko w pudełku i mogła spojrzeć na to z boku. Doszłam do wniosku, że człowiek ma prawo do słabości. I ja dałam sobie pozwolenie na taką właśnie słabość. Najważniejsze to chyba to, że czujesz, że tak nie może być długo. Bo to toksyczne stany i trzeba się z nimi rozprawić. Ja proponuję, żebyś się do kogoś z tym wybrała. Możne specjaliści są różni. Jedni lepsi drudzy gorsi. Ale to racja, że to nie oni i tak nie zmienią człowieka, tylko człowiek się zmieni jeśli bardzo tego chce. Chodzi o nasze myślenie i chemię w mózgu. Ten lekarz mówił, że może przepisać mi leki, które mi pomogą. Ale nie chciałam, bo wtedy już doszłam do wniosku, że heloooł.. przecież sobie poradzę.
Nie mówię, że było szybko i lekko. Ja z reguły szybko się poddaję. Ale zaczęłam łykać witaminy. Jeść regularnie. Co do szkoły było najtrudniej. Ale jednak przemogłam się i się udało. Wszyscy okazali się wyrozumiali i życzliwi. No i świat się nie zawalił.
:)
Powiem Ci co mi teraz pomaga. Piję codziennie herbatę z dziurawca. Zioła jak to zioła, nie działają od razu, ale myślę że to dużo mi daje. Dziurawiec na takie stany melancholii jest fenomenalny. Porządek w koło mnie. Kiedy czuję że nie ogarniam świata, to zaczynam sprzątać. To poprawia moje samopoczucie i daje mi wrażenie, że jednak jestem w stanie coś uporządkować. Chociażby najbliższe otoczenie. Kiedy jest fatalna pogoda.. idę na solarium. To głupie i staram się tego nie robić często. Ale po tym czuję się lepiej. Wygrzeję się, leżę sobie nic nie robiąc. Wyobrażam sobie, że jestem na plaży i słońce mnie opala a ten wietrzyk to morska bryza.
Jedno jest pewne. Zrób ten krok. Idź z tym gdzieś. Może dowiesz się czegoś ciekawego o sobie samej. Nie musisz być taka jak Twój chłopak. On Cię za coś przecież kocha. I nie zmusza Cię do niczego. Liczy się z Twoim osobistym rozwojem i myślę, że na tym mu bardzo zależy. A rzeczy można robić masę. Może gotowanie? Albo smakowanie dobrych alkoholi (tylko bez przesady oczywiście:)? Może rośliny o które trzeba dbać? Albo jakieś zwierzątko? Jeśli nie książki, to może komiksy? Albo może chciałabyś stać się specem od filmów?
Na pewno coś lubisz bardzo. Może sztuka? Moda? Kicz we wszelakiej postaci? Bajki dla dzieci? Sport? Komputery? Gry planszowe? Znam różnych ludzi którzy interesują się okrutnie dziwnymi rzeczami. I nie chodzi o to, żeby to były zajęcia przyszłościowe czy przynoszące zysk. Chodzi o korzyści dla Ciebie i radość dla Twojej głowy. Możemy robić przecież wszystko.
:)
Mocno Cie tulę 